Kiedy Robert zszedł się z Inną, Wsiewołod Ignatjewicz Strojew byi już młodym generałem i miał absolutnie fantastyczne znajomości. Mógłby jak Knurow z Panny bez posagu powiedzieć sobie: „Mnie nie wystarcza niemożliwe”. Pracował wtedy, w osiemdziesiątym czwartym roku, w jakiejś straszliwie utajnionej komórce – nawet Inna nie wiedziała, czym się tam zajmuje.
W osiemdziesiątym szóstym jednak pozwolił sobie na niespodziewany wyskok: podał się do dymisji i stanął na czele potężnej organizacji ekologicznej o dźwięcznej nazwie Centrum SOS (nieco naciągany skrót hasła „Spróbujmy Ocalić Środowisko”, które wtedy, po Czarnobylu, było bardzo na czasie).
Dopiero po paru latach Robert docenił, jak przewidujący był teść, który wcześniej niż inni zorientował się, że epoka KGB przemija, i zawczasu zapewnił sobie bezpieczne lądowanie w terenie niezabagnionym, wiele za to obiecującym. Tutaj również czekały na niego zagraniczne delegacje i konferencje, finansowanie budżetowe i pozabudżetowe, hojne granty organizacji międzynarodowych, a nawet z góry ustalony procent miejsc w organach przedstawicielskich.
Wsiewołod Ignatjewicz jeździł teraz nie wołgą, ale lincolnem, prezentem od kolegów z Ameryki. Żył nie z pensji, tylko ze stypendium; nie studenckiego oczywiście, lecz Światowej Organizacji Zdrowia, w odpowiedniej walucie i z dużą liczbą zer. Centrum nie miało wprawdzie żadnych osiągnięć w dziedzinie ekologii i gazety nie pisały o nim zbyt często, ale ważne było to, że w ZSRR istnieje taki pozarządowy organ, cieszący się autorytetem. Pod koniec dwudziestego wieku każdy cywilizowany kraj powinien mieć coś takiego. Centrum zajmowało spory ogrodzony obszar za moskiewską obwodnicą. Darnowski nie był tam ani razu, nie miał ochoty; parę razy tylko podwiózł teścia do bramy. W Centrum SOS bez końca przeprowadzano jakieś kosztowne i, jak podejrzewał Robert, absolutnie lipne doświadczenia z florą i fauną. Niekiedy teść udzielał jakiegoś wywiadu prasie: „Problem ratowania jenota barguzińskiego został rozwiązany” albo „Nic już nie zagraża fiołkowi ałtajskiemu”.
Łeb facet ma nie od parady, któż zaprzeczy.
Od wizyty Wsiewołoda Ignatjewicza wszystko się zaczęło. Właśnie wtedy najzwyklejszy ze wszystkich ranek wywinął numer, zapowiedziany przez soundtrack.
Kiedy w głowie Roberta kłębiły się zawistne myśli o teściu, który zawczasu ewakuował się na zbawcze brzegi ekologii, zadzwonił dzwonek u drzwi.
To właśnie był on, o wilku mowa.
Swoim zwyczajem wpadł do środka jak huragan.
– Córuniu, alarm lotniczy! Podjęto uchwałę o zamrożeniu kont walutowych ludności. Zarządzenie jest już na biurku u Pawłowa, dzisiaj ma je podpisać.
– Co ty mówisz?! – krzyknęła Inna. – Ja w Zagranbanku uskładałam z delegacji prawie dwa tysiące!
– A mnie z krwawych czasów nomenklatury zostało dziesięć tysięcy – rzucił wesoło teść. – Nie przerywaj, kochana, pozwól ojcu skończyć. Umówiłem się z magazynem Zagranhandlu, mają tam lodówki Rosenlev, telewizory Panasonic i jakieś inne drobiazgi. Tylko szybko, do trzech dni. Potem wywąchają to pracownicy i rzucą się hurmą. Zbieraj się, żywo! Gotowość za dwie minuty. Robert, jedziesz z nami?
Pytał tylko dla porządku. Wsiewolod Ignatjewicz wiedział, że zięć nie jest entuzjastą handlu.
– Niech Inna sama decyduje. Ja muszę wyszlifować artykuł o współpracy radziecko-niemieckiej.
Żona stukała drzwiami szafy, dudniła po półkach, starała się w dwie minuty zrobić to, co zwykle zajmowało jej co najmniej pół godziny. Ojciec był jedynym człowiekiem na świecie, który mógł sprawić, by się pośpieszyła.
Tymczasem teść usiadł naprzeciwko Roberta i skrzywił się, czując dym tytoniowy (sam nie pił i nie palił).
– Czegoś taki skwaszony? Słońce świeci, ptaszki śpiewają, żona piękna, przywiezie ci jeszcze jedną fińską lodówkę, wideo. Potem wykaże się inicjatywą, wciśnie to komuś za cały worek rubli. A ty zwiesiłeś nos na kwintę. Germanisto mój, czego ci trzeba, chłopcze, przyznaj się, czego ci brak? Czy też masz dzisiaj zły dzień?
Co to znaczy bezpieczniacka szkoła! Sobie do duszy wleźć nie pozwala, ale w mig wyczuł nastrój zięcia.
Oczywiście nie po dwóch minutach, ale też i nie po trzydziestu huragan opuścił mieszkanie, zabierając ze sobą Innę.
Robert został sam.
Teść zabił mu ćwieka. Zły dzień? Rzeczywiście, cóż to mu dzisiaj tak doskwiera? Majowe słońce, liście, a sercu coraz smętniej i smętniej.
Zdarzają się takie dni w życiu. Człowiek nagle uświadamia sobie, że pełzał po ziemi jak ta mrówka, zbierał na kupkę świerkowe igiełki i wiórki, a tu zawiał wiatr i rozwalił mu wszystko w diabły. No i po co się tak męczyłem? – pyta człowiek. Po co się krzątałem?
Robert rozzłościł się na siebie. To ci Eklezjasta się znalazł: marność nad marnościami i wszystko marność. Cały kraj teraz został z niczym, a on może się uważać za szczęśliwego, bo całkiem nieźle się urządził.
Głupi byłem, że poszedłem do instytutu, pomyślał nagle. Trzeba było do konserwatorium, na wydział kompozycji. Wystarczyłoby nauczyć się nut, i już, zapisuj, człowieku, muzykę, która od rana do nocy dźwięczy ci w głowie, a w dodatku przez te wszystkie lata ani razu się nie powtórzyła.
Ach, co za cudownego marsza grano teraz w Darnowskim: wzruszał, wzywał, żeby dokądś wyruszyć, może na spotkanie czegoś radosnego, a może niesamowitej przygody. Przypominał uwerturę z filmu Dzieci kapitana Granta, tylko miał jeszcze więcej ikry, aż w nosie kręciło. No dalej, dalej, dokąd wzywa go ta muzyka?
Natężył się, czując, że jeszcze chwila, a domyśli się, melodia podpowie, dlaczego dzień jest dzisiaj szczególny i co w takim dniu trzeba robić.
Przeszkodził, wszystko zepsuł telefon.
W dodatku zupełnie nieważny, od mamińskiej. Co u ciebie, jak się czujesz, i takie tam.
Odpowiadał monosylabami, ze złością. Muzyka prawie ucichła i w końcu nic nie podpowiedziała.
– …Byłam na rynku. Wołowina po dwadzieścia rubli kilo. Rzodkiewka po pięćdziesiąt kopiejek! Wszyscy powariowali. Pół pensji wydałam. A co miałam zrobić? Rafaił Sigizmundowicz przyjdzie z wizytą. Nadano mu tytuł zasłużonego pracownika kultury…
Robert prawie całkiem się wyłączył; nie lubił słuchać o absztyfikancie mamińskiej; jednak nie przyzwyczaił się do myśli, że Lideczka Lwowna może mieć swoje przedklimakteryczne przyjemności.
Potem jak zwykle zaczęła mówić o wnuku (a jeszcze lepiej – wnuczce): czy się nie zdecydowali.
– Nie – po raz tysięczny odpowiedział Rob. – Inna uważa, że jeszcze za wcześnie. Wiesz co, mamo – popatrzył na zegarek, chociaż matka w żaden sposób nie mogła tego widzieć – wybacz, ale teraz czekam na telefon, mają dzwonić z pracy.
– Już, już – zreflektowała się mamińska. – Przecież nie dlatego zadzwoniłam. Dzisiaj mija dziesięć lat. Pamiętasz? Boże! – Zaszlochała. – Przecież cudem, cudem się uratowałeś!
Wtedy wreszcie Darnowski zajarzył, co dzisiaj za dzień. Dziesiąty maja! Dokładnie dziesięć lat!
I muzyka jak nie huknie, na cały regulator: tak, tak, gorąco! Naprzód!
„Naprzód”, ale dokąd?
Wsłuchał się w siebie i zrozumiał dokąd.
Od dawna zamierzał przejechać się w tamto miejsce, ale jakoś nie starczało mu odwagi. A teraz poczuł: dzisiaj można. Nawet trzeba. Koniecznie.
Tym bardziej że to jubileusz. Okrągła rocznica.
Rozdział siódmy
Tego samego dnia, to znaczy w czwartek, dziesiątego maja 1990 roku, zasłużonego mistrza sportu, kawalera Orderu Czerwonego Sztandaru Pracy, członka KC Komsomołu, wielokrotnego mistrza świata Siergieja Dronowa obudził dzwonek telefonu.