Dronow otworzył oczy, popatrzył na żyrandol. Kryształowe wisiorki pobłyskiwały tęczowo, ranek był, zdaje się, ładny. Na jego prawej ręce spoczywała czyjaś głowa. Siergiej spojrzał leniwie. Twarzy nie zobaczył; zasłaniały ją rozrzucone jasne włosy. Wziął lok w palce, przyjrzał się. Farbowane.
Nie zwracając uwagi na wściekający się telefon, Siergiej wyswobodził rękę, przeciągnął się. Przez okna widać było ogród, który zaczął się już zielenić. Teraz nieźle byłoby wskoczyć do basenu, pomyślał. A co – zbudować to przecież nie problem. Działka, chwalić Boga, jest wystarczająco duża, ośmioarowa. A dostać pozwolenie to zupełny drobiazg. Wybulić trzeba by pięćdziesiąt tysięcy, nad czym tu się zastanawiać.
Na szafce stała butelka koniaku i kieliszek. Siergiej akurat nie potrzebował alkoholu, ale piła ta, jak jej. Gala chyba. A może Ola. Z zespołu „Brzózka”, wczoraj wyhaczył ją na otwarciu klubu golfowego.
Nieźle jej dogodził. Chrapie jak pod narkozą. Siergiej twarzy sobie nie przypomina, ale ładna, to na sto procent. Te „brzózki” wszystkie są ładne. Tyle że farbowana.
Wstał, zrobił parę przysiadów, pomachał rękami. Odkąd skończył z treningiem po cztery godziny dziennie, ciało już nie było takie lekkie jak kiedyś. Trzeba mimo wszystko chociaż parę razy na tydzień wybrać się na stadion – zrobić trochę okrążeń, poskakać.
Telefon w salonie wciąż się pieklił. Wyłączyć go nie miał ochoty, podnieść słuchawki też mu się nie chciało. Nie było na świecie ludzi, od których telefon byłby ważny dla Siergieja Dronowa. Nie szkodzi, zadzwonią drugi raz. Trzeba się umyć, wziąć prysznic.
Serce stukało równo: to tak, to tak. I nagle, ni stąd, ni zowąd, podskoczyło.
Toko tak, toko tak, toko tak!
W powietrzu zastygła mucha. Widział teraz powolne ruchy przezroczystych skrzydełek.
Co za diabeł? Dlaczego akurat teraz?
Po kilku sekundach Rytm wyłączył się, też sam z siebie; ale dlaczego się włączył? Coś takiego nigdy się nie zdarzyło. Chyba że w nocy, kiedy śni się coś strasznego.
Siergiej bardzo się zdumiał. I zaniepokoił.
A tutaj jeszcze telefon nie chciał się uspokoić. W końcu ostatecznie mu dopiekł.
Dronow podniósł słuchawkę i spytał z rozdrażnieniem:
– No co?
A jednak nie miał racji. Był człowiek, od którego telefon się dla niego liczył.
– Gówno drogą szło! – rozległ się w słuchawce rozgniewany głos Senseja. – Co ty tam, babę od rana posuwasz? Dziesięć minut czekam jak głupi, wciąż tylko sygnał i sygnał…
– Sensej, pan przecież… – Siergiej chciał powiedzieć „rano nigdy nie dzwoni”, ale w porę przypomniał sobie o wczorajszej umowie. – Wszystko okej. Uprzedziłem. Czekają o dwunastej. Mówił pan, że przyjedzie o wpół do dwunastej, a oni będą o dwunastej. W porzo. Pokażą działki, a potem pojedziemy…
– Nie dam rady – przerwał Sensej. – Mam posiedzenie, pilne. Jedź sam!… – Zaklął, na co rzadko sobie pozwalał, tylko kiedy był wyjątkowo wściekły. – Sekretarkę automatyczną byś sobie sprawił, jak nie podnosisz słuchawki. Ile ja czasu przez ciebie… straciłem.
Rozłączył się.
Nieładnie wyszło. Nie dzwoni przez sekretarkę, tylko osobiście. A Dronow kazał czekać takiemu człowiekowi. Można powiedzieć, najważniejszemu w swoim życiu.
Gdyby nie szczęśliwe spotkanie z tym, którego Siergiej miał zwyczaj nazywać „Sensejem” (po japońsku znaczy to „nauczyciel”), to nie byłoby niczego – ani medali, ani stanowiska, ani mieszkania przy prospekcie Lenina, ani daczy. W ogóle niczego. Najpewniej jacyś groźni bandyci wykończyliby zwinnego Sieriogę; jeśli nie wtedy, na przejeździe kolejowym, to następnym razem. Głupi był, że sam nie skumał, jaką los mu podarował szczęśliwą kartę.
Pomógł Siergiejowi przypadek. Iwan Pantelejewicz pojechał w swoich sprawach w teren, a kiedy w powrotnej drodze samochód zatrzymał się przed szlabanem, zapragnął nagle wysiąść i pooddychać wieczornym powietrzem. A gdyby nie zapragnął?
Wtedy, po drodze do centrum medycznego w klubie sportowym, odbyli zasadniczą rozmowę.
– Jesteś z ferajny? – spytał Sensej. Siedział z przodu, obok kierowcy, a Sierioga z tyłu. – Nie kłam, na głupiego nie trafiłeś. Ja sam od tego zaczynałem. Bo byłem głupi, dookoła same zamknięte drzwi, a siła bije wszystkimi porami. Pokażę ci, gdzie tej siły użyć. Jeśli oczywiście będziesz chciał.
– Gdzie? – Żółtodziób, szesnastoletni Dronow, wyciągnął szyję.
– W sporcie.
– Aaa – rzekł rozczarowany Sierioga.
A on, głupi, myślał, że obywatel z wesołymi oczami zaraz zwerbuje go do wywiadu, żeby łapał szpiegów.
– Co „aaa”? W twoim wieku najważniejsze to wyrobić sobie charakter. A sport to jest właśnie to. Jeśli oczywiście człowiek ma dane fizyczne. Ty je masz, sam widziałem. No dalej, sprawdzimy reakcję. Łap.
I rzucił mu w twarz landrynkę w papierku (zawsze miał je w kieszeni, lubił kwaśne, berberysowe). Ruch błyskawiczny, ledwo dostrzegalny – i cukierek trafił Sieriogę prościutko w nos.
– Nie śpij!
Rzucił jeszcze raz. Dronow, chociaż był przygotowany, nie zdążył nawet podnieść ręki.
– Jeszcze raz!
Teraz chyba nawet w porę podniósł rękę, rozczapierzył palce, ale i tak się nie udało – ku jego niezmiernemu wstydowi landrynka uderzyła go w czoło.
– Ej, bratku, może się omyliłem co do ciebie?
To już dotknęło Sieriogę do żywego. Lewą ręką wyszarpnął z kołnierza igiełkę, ukradkiem przyłożył ją do paznokcia i przestraszył sam siebie: „Jak cię teraz wsadzę!”.
Zadziałało.
Następne pięć landrynek złapał bardzo łatwo.
– Nieźle! – Iwan Pantelejewicz uśmiechnął się. – Jest ruda, będzie i metal. Tylko uważaj, Sierioża, nie zmarnuj swojego talentu. To największa zbrodnia, jaką może popełnić człowiek. Słuchaj mnie, a ja zrobię z ciebie prawdziwego człowieka, wyprowadzę cię na szerokie wody.
Sierioga zaufał mu wtedy, od razu. Bo nigdy w życiu takich ludzi nie spotykał.
No i dobrze zrobił, że zaufał.
Siergieja umieszczono w hotelu „Leninowskich Sokołów” i bez egzaminów wstępnych przyjęto do Instytutu Kultury Fizycznej, gdzie studiował pięć lat, prawie nie przychodząc na zajęcia. Po pierwsze, miał indywidualny program nauki i treningu, a po drugie, jakie też sesje i zaliczenia mogą obchodzić mistrza?
Kiedyś klub sportowy, którego nazwa wkrótce stała się nieodłączna od nazwiska Siergieja Dronowa, należał do sił powietrznych i nazywał się trochę inaczej – „Stalinowskie Sokoły”. Aktualnie znajdował się pod opieką ministerstwa lotnictwa cywilnego, ale była to sprawa czysto formalna, taka jak związek „Spartaka” z przemysłem mięsnym i mleczarstwem. „Sokoły” były organizacją samodzielną, bardzo potężną i cieszącą się autorytetem. Klub nie stawiał na piłkę nożną czy hokej – w tych dyscyplinach była za duża konkurencja – ale starał się utrzymać prym w lekkiej atletyce, i tu nie miał sobie równych nie tylko w Sojuzie, ale chyba w całym świecie. Nie bez powodu w gazetach nazwę „Leninowskie Sokoły” wymieniano zawsze z zaszczytnym dodatkiem „kuźnia rekordów świata”. A wraz z pojawieniem się nowego talentu młoty w sławnej kuźni zastukały z podwójną (nie, z poczwórną) szybkością.
Iwan Pantelejewicz Dybajło (Sensej miał takie niezwykłe nazwisko – mocne, o metalicznym brzmieniu) w ogóle nie był zatrudniony w „Leninowskich Sokołach”. Ten wysoko postawiony człowiek, działacz państwowy, sportem zajmował się społecznie; niby że takie miał hobby. Kierownictwo klubu wprost tańczyło wokół niego, bo stanowił jego oparcie i nadzieję. Mógł wszystko – załatwić bazę treningową, przydzielić importowany sprzęt czy nawet zbudować nowy stadion.