O swojej zasadniczej pracy Sensej nigdy nie mówił. To zrozumiałe – „Sokołami”, a szczególnie Dronowem, zajmował się z potrzeby duchowej, to znaczy, żeby odpocząć od ważnych spraw, na chwilę o nich zapomnieć. W dodatku (Siergiej z czasem to zrozumiał) Iwana Pantelejewicza jako potężną szychę nomenklaturową kilkakrotnie przenoszono z jednego kierowniczego stanowiska na inne. W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych pracował chyba w Centralnej Radzie Związków Zawodowych – w każdym razie Sierioga zajeżdżał po niego do jej siedziby przy prospekcie Lenina. Potem miejscem pracy Senseja stał się plac Stary, a ściślej, jeden z gmachów Komitetu Centralnego. Ale czymkolwiek tam, na swoich urzędowych wysokościach, się zajmował, namiętność miał jedną: sport, któremu poświęcał cały swój wolny czas. A ile z Dronowem, szczeniakiem z obwisłymi uszami, się namordował, to już mu się za to człowiek przez całe życie nie odwdzięczy, nie odpłaci. Osobiście prowadził rokującego nadzieje sportowca, przy czym nie po amatorsku, ale profesjonalnie, jak trener o najwyższych kwalifikacjach.
Wtedy latem osiemdziesiątego roku przeczołgał Sieriogę przez wszystkie chyba dyscypliny sportu i wybrał najlepszą.
Ciężką atletykę odrzucił od razu, powiedział, że chłopak ma zbyt kruchy szkielet, a i szybka reakcja nie jest tam rzeczą najważniejszą.
Boks też wykluczył – refleks świetny, ale sił trochę za mało.
Nie bardzo również nadawał się Dronow do biegów na długie i nawet średnie dystanse – rozpędzał się, że ho, ho, ale potem szybko się męczył.
Za to kiedy Sensej kazał mu pobiec na setkę, Sierioga (ma się rozumieć, za pomocą ukrytej igiełki) miał wynik trzy i pół sekundy! Iwanowi Pantelejewiczowi aż pot wystąpił na czoło.
– Wiesz co – powiedział ochrypłym głosem – aż tak szybko nie biegaj. Bo rozwalisz w diabły całą światową lekką atletykę. Niedługo minie dziesięć lat, jak nikt nie może pobić rekordu Jima Hinesa – 9,95, a ty masz trzy i pól! Naucz się powściągać szybkość, twoje zadanie to 9,90, rozumiesz?
Dobra, potem poszli na pływalnię. Sierioga pływał pieskiem, jak wieśniak, ale kiedy się puścił wzdłuż basenu, to woda po prostu zakipiała. Stumetrowy dystans przepłynął w dwadzieścia dwie sekundy z hakiem. A rekordzista świata, Jim Montgomery, jak się okazało, na olimpiadzie w Montrealu w stylu wolnym ledwie osiągał pięćdziesiąt.
W dal wyłącznie dzięki szybkiemu rozbiegowi Dronow dał susa na dziesięć z hakiem, a przecież rekord Boba Beamona (8,90) był niepobity od przeszło dziesięciu lat.
Wzwyż skoczył dwa metry osiemdziesiąt siedem, i to bez żadnych treningów.
Po pierwszym rekordzie Sieriogi Iwan Pantelejewicz zatroszczył się o to, żeby dalsze próby przeprowadzać bez świadków.
– Trzeba by na tobie przybić pieczątkę „ściśle tajne” – mówił podekscytowany i zacierał ręce. – Jesteś bombą wodorową radzieckiego sportu. No, jeszcze nam zatańczą!
W sumie Sensej uznał, że Dronow nadawał się świetnie do ping-ponga, tenisa, piłki nożnej, hokeja, ale wybór padł mimo wszystko na lekką atletykę.
– Masz taki zapas mocy, że mógłbyś co roku bić nowy rekord. Będziesz stopniowo coraz mniej powściągliwy, i już. Kiedy wytrenujesz mięśnie i wyrobisz sobie technikę, to uzyskasz rezultat półtora raza lepszy od obecnego. Nie zadzieraj nosa, nie naruszaj dyscypliny, a zostaniesz największym sportowcem wszech czasów, gwarantuję ci.
Ej, szczęśliwe to były lata.
Sierioga przestał używać głupiego słówka „kastalety”. Żeby określić tajemnicze wewnętrzne stukanie, bardziej nadawało się piękne słowo „metronom”. Dronow umiał teraz bezbłędnie nastawiać Metronom na Rytm. Niekiedy nie trzeba było nawet wyjmować igły, wystarczyło przypomnieć sobie, że ma ją przy sobie, w specjalnej kieszonce spodenek czy kąpielówek.
A co do kastanietów (nie „kastaletów”, jak mówił dawny ćwok z Basmanowa): gdyby chciał, to mógłby nawet w tańcu osiągnąć wielkie sukcesy. Na dyskotece czy gdzie tam się tańce odbywały, Metronom raz-dwa dostrajał się do muzyki, a Dronow ciałem, nogami, szyją wyrabiał takie rzeczy, że wszyscy dookoła zamierali z podziwu. Gdyby na przejeździe kolejowym trafił się wtedy Sieriodze nie działacz sportowy, ale, powiedzmy, Igor Moisiejew, byłby teraz artystą ludowym, jakimś Machmudem Esambajewem.
Ale Iwan Pantelejewicz interesował się nie rytmami, tylko metrami i ułamkami sekund. Tamtego lata w Moskwie odbywała się olimpiada, na którą Sierioga oczywiście się spóźnił. Za to pod kierownictwem Senseja dublował wówczas wszystkie konkurencje lekkoatletyczne, bijąc dziesięć czy nawet piętnaście rekordów świata, i to jakich!
– Nie szkodzi – rzekł trener z przekonaniem. – Następna olimpiada będzie twoja.
Co do tego to się, trzeba przyznać, pomylił, ale to już nie wina Sieriogi, a na pewno nie Senseja. O tym będzie mowa później, ale tak w ogóle w owych latach spadł na Dronowa istny grad rekordów, tytułów i złotych medali, tak że nawet zaczęło mu się to nudzić.
Dobrze, że oprócz sportu w życiu były i inne fajne rzeczy – tańce i seks.
Z dawnego basmanowskiego kaczątka wyrósł piękny mężczyzna: jasnowłosy, z gęstymi, zrośniętymi u nasady nosa brwiami, otwartym i pewnym siebie spojrzeniem. Wzrost metr osiemdziesiąt siedem, a o sylwetce, postawie to nawet nie ma co mówić. Takiemu zuchowi wystarczy gwizdnąć, żeby zaciągnąć babę do łóżka. Ale Siergiej nie rozmieniał się na drobne, przy wyborze przyjaciółek był bardzo wybredny, interesowały go wyłącznie piękności. Nie miał się za babiarza. Babiarz chce tylko przelecieć, wszystko jedno którą, żeby jak najwięcej zaliczyć; i już, skacze dalej, na inny kwiatek. Siergiej natomiast stawiał na jakość. Jak już kobieta trafiła do niego do łóżka, to powinna go przez całe życie pamiętać; obojętne, ilu by potem miała chłopów. Nie było trudno to osiągnąć, wystarczyło wciągnąć ją w swój własny Rytm. I – do omdlenia, do zamknięcia oczu. Niech wie, jak ma być: toko tak, toko tak, i tylko tak. Nie inaczej.
Cudowny atleta, jak przystało na „sokoła”, szybko wzleciał na szczyty. Do końca roku olimpijskiego Siergiej Dronow został mistrzem Spartakiady Wszechzwiązkowej w sześciu konkurencjach, zimą po raz pierwszy pojechał na zawody międzynarodowe, wywołał sensację i zyskał przezwisko Mr Mercury: „Pan Rtęć”. Rtęć, a zarazem bóg Merkury – ten właśnie, którego przedstawiają ze skrzydłami u nóg. Klip My, rekordziści, w którym Mr Mercury w parze ze swoim imiennikiem ze sławnej grupy rockowej wytańcowywał u czaszy z ogniem olimpijskim, przez kilka miesięcy utrzymywał się na listach przebojów czołowych kanałów telewizyjnych; raz nawet pokazano go na pierwszym programie radzieckim, w noworocznej „Czarodziejskiej Latarni”. Co prawda Dronow nie dostał za to pieniędzy, wszystkie miliony inkasował Goskomsport, ale to nic, on też nie miał krzywdy, grzech byłoby się skarżyć. Kraj Rad umiał się troszczyć o swoich bohaterów. Obdarował Siergieja, czym tylko mógł: cudownym mieszkaniem w domu Komitetu Centralnego przy prospekcie Lenina, aż dwoma (!) samochodami, ładą i wołgą, a co najważniejsze – miłością państwa, która warta była więcej niż miliony dolarów kapitalistów.
W ogóle wszystko w życiu Dronowa się udało. Poza jedną sprawą.
Na próżno tańczył na Akropolu wokół znicza, na próżno udawał mieszkańca Olimpu. Nie udało mu się stanąć na najwyższym podium sportowej sławy.
Związek Radziecki nie uczestniczył w olimpiadzie w Los Angeles w 1984 roku – obraził się za bojkot sprzed czterech lat. Reakcyjne zaś kierownictwo MKOL-u postanowiło rozegrać następne igrzyska w Korei Południowej, której marionetkowemu reżimowi kraje socjalistyczne zdecydowanie odmawiały uznania. A rok 1992 wydawał się fantastycznie odległy; Sierioga miałby wtedy prawie trzydziestkę, dla lekkoatlety to już wiek emerytalny. W dodatku po dwóch nieudanych olimpiadach wydawało się, że dni dziecięcia barona de Coubertina są już policzone.