Ale zdarzył się cud – pierestrojka. Jak gdyby specjalnie dla Siergieja Dronowa po kilku zgrzybiałych dziadach na fotel genseka wgramolił się żwawy i gadatliwy reformator, wiele zatem rzeczy, które wczoraj jeszcze, zdawałoby się, były absolutnie nie do pomyślenia, nagle stało się możliwe. Na przykład uczestnictwo w olimpiadzie bez oglądania się na fakt, że ZSRR i Korea Południowa nie mają stosunków dyplomatycznych. Czy to nie fantastyczne?
Do Seulu jechał Dronow z zamiarem zdobycia co najmniej dziesięciu żółtych krążków, po czym z pewnością stałby się najjaśniejszą gwiazdą w historii sportu. Nadchodziła pora, by Księgę rekordów Guinnessa przemianować na księgę Dronowa.
Ale zamiast niebywałego triumfu skończyło się na niesłychanym skandalu.
Podczas kontroli medycznej przed startem, przewidzianej przez regulamin, Siergieja użądliła w szyję podła południowokoreańska osa. Pod wpływem bólu Rytm włączył się sam, a wszystkie wskaźniki zwariowały. Lekarze się spłoszyli, uznali, że Rosjanie wynaleźli jakiś nowy stymulator, odesłali Dronowa na powtórną kontrolę antydopingową, a tamtejsi gestapowcy w pogoni za sensacją zdyskwalifikowali Mr Mercury’ego bez żadnego ale.
Nasi oczywiście narobili hałasu, że to nikczemna prowokacja, że spisek mający na celu pozbycie się głównego konkurenta, i tak dalej, ale nieszczęścia już nie dało się naprawić. Do Siergieja zadzwonił osobiście sekretarz generalny KC KPZR, powiedział mu wiele ciepłych słów, niemniej fakt pozostał faktem: z wielkim sportem – skończone.
Kilka miesięcy Dronow przeżył jak we śnie – ciągle nie mógł przyjść do siebie, uwierzyć w to, co się stało.
„Leninowskiemu sokołowi”, Sieriodze Dronowowi, złamano skrzydła w szczytowym momencie lotu, kiedy miał niecałe dwadzieścia pięć lat. Jak w poemacie prozą Gorkiego: „I upadł sokół z piersią rozbitą”.
Państwo nie pozwoliło skrzywdzić ofiary seulskich intryg, co do tego akurat nie ma wątpliwości. Dano mu do wyboru kilka świetnych możliwości: pracę trenerską, społeczną, nawet członkostwo Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej. Siergiejowi było wszystko jedno. Kiedy w Goskomsporcie poradzono mu, by objął stanowisko w Federacji Lekkiej Atletyki (delegacje, rozdzielnik, zagranica, perspektywy awansu), zgodził się.
W tym trudnym okresie życia najwięcej pomógł mu Iwan Pantelejewicz, oczywiście w sensie moralnym.
Powiedział mu bardzo ważną rzecz: „Jeśli znalazłeś się w najniższym punkcie, nie załamuj się; przecież stamtąd jest tylko jedna droga – w górę. Kto nie upadał, nie wzleci wysoko. Czekaj, patrz, wsłuchuj się w siebie. Wewnętrzny głos ci podpowie, w którą stronę masz dalej iść – może w najbardziej nieoczekiwaną”.
Ostatecznie zgnębiony Siergiej nie przydał wtedy większego znaczenia tym słowom. Na taką wysokość, z której spadł, drugi raz nie wzleci. Cóż to miałaby być za „nieoczekiwana strona”? Jaką może osiągnąć korzyść z Metronomu poza sportem? Przecież nie zostanie tancerzem; nie będzie robił z siebie durnia.
Tymczasem okazało się, że Sensej, jak zwykle, miał rację. Życie na tym się nie skończyło.
W drugim miesiącu nieróbstwa, to znaczy pracy w Federacji, kiedy Siergiej już zaczynał się zastanawiać, czy nie rzucić tego w diabły i nie pójść do cyrku, żeby zostać akrobatą czy innym ekwilibrystą, do gabinetu weszła sekretarka.
– Siergieju Iwanowiczu, interesant do pana.
Na wizytówce – pomysłowej, z emblematem: rycerzem w hełmie, widniał napis:
Młodzieżowy Kompleks Mieszkaniowy „Ruski Witeź”
Andriej Wieniaminowicz Mielnikow
Prezes zarządu
Siergiej westchnął. Znowu będą go zapraszać jako honorowego gościa na jakąś zakichaną spartakiadę rejonową. Albo na spotkanie z komsomolcami.
Wszedł mężczyzna niedużego wzrostu, tęgawy, dziwnie ubrany: we frencz ochronnej barwy, jak Stalin na filmach. Do tego granatowe spodnie z czerwonymi lampasami i buty wyczyszczone do połysku. Czyżby jakiś rezerwista? Z Afganistanu?
– Cześć, Sierioga. Nie poznajesz? – powiedział niepewnie wchodzący i dopiero wtedy, po uśmiechu (usta się uśmiechają, oczy nie), Dronow go poznał.
– Müller!
Teraz były protektor Dronowa bardziej przypominał gruppenführera Müllera. Twarz nalana, blond włosy wyraźnie przerzedzone.
– Jestem Mielnikow. – Müller z zakłopotaniem machnął ręką. – Dobre rosyjskie nazwisko. A tamto to była zabawa, miałem nasrane w głowie.
Siergiej ucieszył się na widok starego kumpla. Prosto z gabinetu zawiózł go do „Uzbekistanu”, przecież w pracy ni cholery nie miał do roboty. W restauracji okazało się, że obaj nie piją. Dronow powiedział, że ze względu na sport (chociaż w rzeczywistości chodziło o Metronom – ten po alkoholu zaczynał wariować), a Mielnikow był z zasady przeciwnikiem pijaństwa.
Gorączkując się, mówił, że naród rosyjski jest nikczemnie, planowo rozpijany i wiadomo, kto za tym stoi. Potem, kiedy jedli gorące danie, przeszli na wspomnienia.
– Kiedy zwiałeś z Basmanowa, źle ze mną było. Nie mówię tego, żeby cię krytykować – pośpiesznie dodał Müller. (Ani Mielnikowem, ani Andriejem dla Dronowa jednak nie został). – Wszystko gra, była szansa, to wykorzystałeś. No i w ogóle super, broniłeś honoru ojczyzny. Narodowy bohater, rosyjski witeź. Nie o to chodzi. Pamiętasz Sztyka?
Jak tu nie pamiętać? Siergiej przytaknął.
– Bez ciebie zrobił się bezczelny, trzeba było z nim dzielić miasto. Ale w zeszłym roku Sztyka stuknęli Azerowie, tak że teraz Basmanowo jest jedno i niepodzielne. W stu procentach moje. – Müller przełknął kawałek szaszłyka, popił wodą mineralną. – Kontroluję rynek, kapujesz? Handel samochodami, benzyną. Kompleks mieszkaniowy to tylko szyld, żeby zwiększyć limit materiałów budowlanych. Buduję oczywiście też, chociaż nawet z tym mam teraz problemy. A w ostatnim czasie ciasno mi już jest w mieście, chcę wyjść na cały rejon. Wszystko zaplanowałem i przygotowałem. Brakuje mi tylko wsparcia administracyjnego.
Już było wiadomo, że Müller nie przyszedł ot tak, pogawędzić ze starym przyjacielem. Ma konkretną sprawę. Dronow nie popędzał go, nie wypytywał; tamten sam powie.
No i powiedział.
– Pamiętasz kołchoz „Świetlana Droga”? Pięć kilometrów od miasta? Jest plan, żeby nam odpalili lasek, piętnaście ha. Dogadałem się z przewodniczącym. Muszę mu tylko załatwić dziesięć traktorów – wymiana barterowa, żeby się papiery zgadzały. Jemu samemu – nową wołgę, żonie futro z norek i jeszcze dwadzieścia sztuk na rękę. Ale bez partii i komitetu wykonawczego rejonu nie dam rady. Próbowałem i nic, ściana. Nie mój szczebel, sam tego nie przepchnę, ale gdybyś ty się podłączył… W naszym rejonie jesteś drugi po Leninie. – Müller uśmiechnął się pod wąsem. – Naprzeciwko komitetu wisi tablica „Oni są chlubą Basmanowa”, i twój portret jest największy. Władza z okien codziennie podziwia twoją fizjonomię.
– Wiem – powiedział Siergiej z zażenowaniem. – Matka mi mówiła. I co, chcesz się zająć leśnictwem?
Müller zarechotał i zrobił się podobny do dawnego Müllera.
– Co, pogięło cię? Pomyśl, jakie tereny są u nas za miastem – bór sosnowy, dwie rzeki, Moskwa o rzut beretem. A z dacz są tylko państwowe i dawne spółdzielcze, tak jak Kolina Góra. Gdyby to posprzedawać, działki poszłyby przeciętnie po tysiąc za ar, leciutko. W Moskwie teraz dzianych gości jest od metra, raz-dwa rozkupią. Zarejestrowałoby się to jako teren leśny, a potem podzieliło na działki, i po sprawie. Tylko żeby władza się nie dopieprzyła. Ja dla nich jestem ferajna, element kryminalny. A dla ciebie załatwić coś takiego to tyle co splunąć. Popatrz, Sierioga: jeśli zapewnisz nam przykrywkę, to możesz liczyć na dobrą kasę, bo ja żydzić nie będę. Półtora tysiąca arów, przeciętnie po tauzenie, wyczuwasz, ile to będzie. Wystarczy i dla komitetu rejonowego, i dla nas obu. Sto pięćdziesiąt masz jak w banku. No, dwieście, i koniec, dobra?!