Выбрать главу

Dwieście tysięcy rubli! Pomimo wszystkich delegacji i premii za medale Dronow oczywiście na oczy nie oglądał takiej kasy.

– A co miałbym robić? – spytał ostrożnie.

– Założymy fundację użyteczności publicznej. „O zdrowy styl życia” czy tam, powiedzmy, „Dla weteranów sportu”. Ty będziesz prezesem, ja zastępcą. Pojedziesz ze mną do paru naczelników. Zjesz z nimi szaszłyczek, opowiesz o wielkich ludziach – i wszystkie basmanowskie kacyki pomdleją ze szczęścia. A szczegóły to już potem ja z nimi omówię. Wszystko grzecznie, zgodnie z prawem. Jedyne, co jeszcze może być potrzebne, to telefon z komitetu obwodowego. Dasz radę załatwić?

– Jasne. Mogę nawet z KC. Mam tam znajomych.

– No właśnie – ucieszył się Müller. – Teraz takie czasy, Sierioga, że nie można być łosiem. Trzeba iść do biznesu. Sam widziałeś, jak ci narobili siary na tej olimpiadzie. Chuj tam ze sportem. Niech teraz inni pobiegają za ciebie i poskaczą.

Wszystko poszło jak z płatka, bez żadnych problemów – jeszcze łatwiej, niż mówił Müller. Nawet telefon okazał się niepotrzebny. Rejonowa władza sfotografowała się z żywą legendą, pierwszy sekretarz wypił z Sieriogą bruderszaft. Fundacji „Zdrowie i Sport” (taką nazwę przyjęła nowo powstała organizacja) obiecano zielone światło jako inicjatywie społecznie użytecznej.

Po trzech tygodniach Siergiejowi wręczono dyplomatkę wypełnioną sturublówkami. Müller powiedział, że to dopiero początek. Bo zdrowie i sport to nie tylko domki w sosnowym lesie, ale także zdrowa żywność, rozrywki, bilardy i Bóg wie co jeszcze.

Zdumiewające było to, że Sensej zdemaskował Dronowa od razu przy pierwszym spotkaniu. Rzucił okiem na pierścień z brylantem (Siergiej kupił go na Arbacie, w komisie, za siedemnaście tysięcy), na zegarek marki Rolex, i wziął Dronowa na spytki: dalej, gadaj, skąd masz na takie szpanerstwo.

Dronow musiał rzecz wyjaśnić, wobec Iwana Pantelejewicza nie miał zwyczaju ściemniać. Był przekonany, że ten natrze mu uszu, ale Sensej uważnie wysłuchał i zamyślił się.

Potem zmrużył oczy i powiedział jak gdyby sam do siebie:

– Jest teraz taki trend, że mamy się bawić w kapitalizm. No cóż, to będą mieli kapitalizm, zgodnie ze wszystkimi prawami dżungli. A przy okazji skorzystamy z doświadczeń budownictwa socjalistycznego.

Siergiej ni czorta z tego nie zrozumiał. Poprosił raz jeszcze o wyjaśnienie. A wtedy Iwan Pantelejewicz go zadziwił.

– Niech ta twoja durna fundacja sobie działa. Ale pod moim nadzorem; nie będę tolerował chałupnictwa. Co to za gadanie: władza rejonowa obiecała, że się nie będzie przyczepiać do waszych letniskowych machlojek. A jak za rok władza się zmieni, to co? Nie, bratku, tu trzeba działać rozumnie, jak to robią dorośli ludzie. Jest decyzja partii, żeby rozwijać indywidualną gospodarkę rolną. W tym celu będzie się przydzielać grunty. Oczywiście różnej klasy i na pewno nie każdemu. Ale organizacjom o społecznym znaczeniu przede wszystkim. Według z góry ustalonej kolejności. Kapujesz?

Sensej naszkicował schemat.

Najważniejszą sprawę – otrzymanie zezwolenia na przydział ziemi – bierze na siebie. Z drobnym bandytą Mielnikowem nie chce się zadawać bezpośrednio, do tego się nie zniży. Kontakt tylko przez Dronowa. Były gruppenführer może załatwiać mniej ważne sprawy, zajmować się bieżączką i lokalnymi problemami, jeśli takie będą.

– Za to będziecie mieli obaj jedną trzecią zysków, do spółki. Jak się podzielicie, to już wasza sprawa. Dwie trzecie będziesz oddawał mnie. A jak twój Müller zacznie podskakiwać, to wezmę go pod obcas i rozdepczę.

– Nie zacznie – obiecał Siergiej, oszołomiony otwierającymi się perspektywami. – Potrafi myśleć.

Odtąd Siergiej zaczął żyć tak, że pozostawało mu tylko łamać sobie głowę, na co by tu jeszcze wydać forsę.

Do tej pory uważał się za bogatego, ale dopiero teraz dowiedział się, co to znaczy prawdziwe bogactwo.

Przeniósł się do piętrowego domu, z cegły, do dawnej daczy rządowej, wykupionej za śmieszne pieniądze – sześć tysięcy. Wołga i łada już drugi rok stały pokryte kurzem w garażu. Siergiej rozbijał się teraz dżipem Grand Cherokee, a do bardziej eleganckich eskapad służyło mu audi.

Osiemdziesięciometrowe mieszkanie na prospekcie Lenina oddał mamie. Od dawna już nie pracowała, żyła za pieniądze syna, a teraz w ogóle się rozbestwiła: wstawiła sobie porcelanowe implanty, zrobiła lifting w Centrum Urody i wyglądała po prostu jak Edyta Piecha, a nawet lepiej. A co ma sobie żałować, nie jest taka znowu stara. Lat czterdzieści pięć, a jeszcze ma chęć. Niech sobie użyje za całą poprzednią poniewierkę. Futra nie futra, pierścionki nie pierścionki, manikiur-pedikiur – daj Boże zdrowie. Spodobało się kobitce wydawanie forsy, ciągle jej mało. Dobra, niech ma. No bo dla kogo to całe siano? Przecież nie dla koni.

Na zakręcie

Sierioga nigdy nie był pazerny. To, co miał, w zupełności mu wystarczało. Ale wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i ony. Sensej zawsze działał z rozmachem, letniskowy biznes tak rozkręcił, że ho, ho. Dronowowi nie brakowało roboty.

No więc dziś trzeba było gnać za rzekę, oglądać nowe działki – nadają się, nie nadają. Lepiej by było oczywiście z Iwanem Pantelejewiczem, ten ma oko, widzi wszystko perspektywicznie, na lata naprzód. Ale i Siergiej przez półtora roku tego i owego też się nauczył.

Krótko mówiąc, wsiadł do dżipa i pojechał.

Skręcił ze swojej Szosy Lubawińskiej na Rublowkę, popędził przez rezerwat, który – Sensej obiecał – wkrótce też zostanie rozparcelowany. Wtedy dopiero się nazbiera kasy. Że ceny od osiemdziesiątego ósmego poszły w górę, to mało powiedziane; teraz za działki letniskowe brano wyłącznie w zielonych. Kiedyś za operacje walutowe na szczególnie dużą skalę dawano czapę, a teraz ludzie ani trochę się nie boją. Wolność.

Kiedy hamulce na zakręcie zapiszczały jakoś wyjątkowo przenikliwie, Siergiej zerknął na szybkościomierz.

O kurde! Sto osiemdziesiąt! Jak to się stało, że jeszcze nie wyleciał z trasy?

Okazuje się, że serce pracowało w Rytmie, bębniło czterokrotnie szybciej. A on się zamyślił, nie zauważył.

Dronow gwałtownie zwolnił, potem w ogóle zahamował.

Co jest grane? Drugi raz w ciągu dnia. Może jest chory?

Nagle go olśniło.

Z przodu, ledwie o sto metrów dalej, był zakręt na Kolinogórę, potem most, a za nim zakręt, gdzie wtedy zobaczył Biały Słup i o mało nie przejechał się na tamten świat.

Może Metronom poczuł bliskość miejsca, gdzie zaczął kiedyś wystukiwać swoje „to tak” i „toko tak”?

E, nie. Tą szosą w ciągu minionych lat Dronow jeździł wiele razy, ale nic podobnego się nie zdarzyło.

Trzeba zresztą powiedzieć, że dotąd ani razu nie skręcił w prawo. Jeśli trzeba było się wybrać w tamtą stronę, jeździł dookoła. Nie z jakiegoś konkretnego powodu, ale po prostu tak. Jakoś nie miał serca.