Dzisiaj zaś serce wyraźnie podpowiadało: skręć tam, skręć.
No więc skręcił. Serca trzeba słuchać.
Rozdział ósmy
Na wąskiej Szosie Rublowskiej Darnowski wlókł się czterdziestką, bo przed sobą miał wywrotkę. Wyminąć jej nie mógł – podwójna ciągła linia, a zasad ruchu z przyzwyczajenia nie naruszał; uważał, że wszystkie nieszczęścia Rosji biorą się właśnie stąd, że nikt nie stosuje się do przepisów. Ludzie przechodzą ulicę na czerwonym świetle, parkują w miejscach niedozwolonych, rzucają śmieci na chodnik, a potem się dziwią, że w kraju jest burdel.
Muzyka tymczasem grała coraz szybciej, coraz wdzięczniej, jak gdyby zarazem i przynaglała, i wabiła.
Nawet powiedział głośno i z rozdrażnieniem:
– No, wiem, wiem. Przecież jadę.
Czy mógł podejrzewać, że ma kalendarz wmontowany w podświadomość? Jakaś szara komórka zareagowała na połączenie słów „dziesiąty maja” i samorzutnie się włączyła. Ciekawe, czy gdyby mamińska nie przypomniała, on sam by się domyślił, że dzisiejszy koncert jest jubileuszowy?
Wywrotka w końcu skręciła, a Robert rozpędził się do dozwolonych sześćdziesięciu na godzinę. Z mapy wynikało, że zaraz będzie pole, a potem posterunek drogówki i zakręt w prawo, na most.
Skręcił.
Soundtrack od razu zmienił rytm i tonację, muzyka stała się cicha, liryczna, ale nie uspokajała; przeciwnie, sprawiała, że serce się ściskało.
To nic, powiedział sobie Robert, o, już widać most. A za nim będzie zakręt. Wkrótce zagadki zostaną wyjaśnione. Nie wydarzy się oczywiście nic szczególnego. Po prostu wysiądę, złożę imaginacyjny wieniec, postoję chwilę. I tą minutą ciszy koncert raczej się zakończy. Szara komórka się uspokoi i poczeka cicho do następnego jubileuszu.
Na moście trwały chyba jakieś roboty naprawcze; napływające bez końca z naprzeciwka potoki aut sprawiły, że „dziewiątka” Darnowskiego stanęła w długiej kolejce.
Zdaje się, za Koliną Górą była wtedy wieś i puste pole, przypomniał sobie Robert, rozglądając się dookoła. A teraz gdzie tylko popatrzeć – same budowy, wille, wille; z pola nie został ani skrawek. Boom na domy letniskowe.
A ile samochodów! Przy czym ani jednego zaporożca albo starego moskwicza, przeważnie łady i wołgi, drogie modele, niemało też zagranicznych marek. Jeździ nimi nowa wersja dawnych nepmanów z lat dwudziestych. Bawią się w kantrylajf, małpują Zachód. A obok limuzyn uwijają się przedstawiciele „przedsiębiorczości indywidualnej”, jeszcze jeden produkt pierestrojki: wyrostki o zakazanych gębach proponują umycie szyb, jakaś babcia niesie miskę z pierożkami, jednonogi inwalida sprzedaje broszurki, a chudziutka dziewuszka, okutana w chustkę – bukieciki konwalii.
Te wszystkie ajencje i tak zwana legalizacja szarej strefy to pic i fotomontaż. Teść ma rację: osłona dla nomenklaturowego złodziejstwa, żeby można było kraść bez obawy. Nic sensownego nigdy w tym kraju nie powstanie (ten wniosek Robert już sam wyciągnął), żadna prywatna inicjatywa, żaden tam „kapitalizm z ludzką twarzą”. Sklepy jak były, tak będą puste. A cały kapitalizm to ci chłopaczkowie o martwych oczach, którzy najpierw mazną brudną szmatą po czystej szybie, a potem bezczelnie żądają rubla. Babcia ze swoimi niehigienicznymi wypiekami. I zerwane wbrew wszelkim zakazom konwalie, które niedługo w ogóle znikną z podmoskiewskich lasów.
Akurat wtedy podeszła kwiaciarka.
Miała na sobie stary płaszcz ortalionowy, jakich od stu lat nikt już nie nosił, i gumowe kalosze, zbyt obszerne dla jej szczupłych łydek. Spod chustki wysuwał się kosmyk włosów miodowej barwy, bardzo popularnej wśród firm wytwarzających farby do włosów, ale w naturze występującej niezwykle rzadko.
Robert pomyślał o dziewczynie: jaka nieładna, biedulka. Trójkątna twarz, szerokie usta, perkaty nos. Nie ratują jej nawet wielkie, zamknięte ze znużenia oczy; wręcz przeciwnie. Taka żabka z oczami ważki.
Kwiaciarka w milczeniu podała mu bukiecik przez opuszczoną szybę.
– Zrywanie w lesie konwalii jest prawnie zakazane – rzekł surowo Darnowski. – Co, nie wiedziała pani?
Myślał, że mieszkanka wsi coś mu odszczeknie, ale tamta się nie odezwała. Wyraz twarzy też miała jakiś dziwny. Mówiąc ściśle, jej twarz nie miała żadnego wyrazu, czego się na ogół nie spotyka. Zasłużony antropolog Robert wiedział to dobrze.
Stuknięta, domyślił się. Dlatego wygląda jak sierota i nie otwiera ust.
Na sekundę zdjęła go ciekawość, co taka wariatka może mieć w głowie?
Popatrzył w oczy ważki, które najpierw okazały się niebywale niebieskie, potem, jak należy, błysnęły zielonymi światełkami i po chwili znowu zrobiły się niebieskie.
Zdumiewające, ale Darnowski nie usłyszał żadnych myśli. Jej rozum śpi, czy jak? Zero emocji czy chociażby jakiegokolwiek bełkotu? Po raz pierwszy zetknął się z takim fenomenem, że w czyimś wnętrzu panuje absolutna cisza.
Wtem rozległ się głos, cichy i bardzo piękny, absolutnie nieodpowiadający wyglądowi zewnętrznemu.
– Szczęśliwej drogi – rzekł.
Wtedy z Robertem coś się stało. I to nie z jego słuchem, ale ze wzrokiem.
Zaskoczony, zamrugał oczami, a kiedy po ułamku sekundy podniósł powieki, zamarł ze zdumienia.
Nie, nie zobaczył nic nowego. Patrzył po nowemu.
Ta sama dziewczęca twarz, ale, mój Boże, cóż za wytworny kontur, cóż za delikatne usta, cóż za nos, jak gdyby wyrzeźbiony z alabastru! A skóra, jak gdyby podświetlona od wewnątrz!
Ja cię kręcę, cóż za piękność, co za fantastyczna piękność, pomyślał wstrząśnięty Robert. Jak mogłem od razu tego nie dostrzec?!
A oczy, co za oczy! Słoneczne światło w błękitnej wodzie.
Ale jako człowiek z natury skłonny do refleksji zaraz się skrzywił z niesmakiem. „Słoneczne światło w błękitnej wodzie”. Gratuluję, Robercie Łukiczu, tak banalnego określenia! Fu! „Chodźcie, bo piękne kwiaty mam, to tylko chwila krótka, do klapy różę przypiąć wam postara się Aniutka”.
Potrząsnął głową, odganiając przywidzenie. Odwrócił oczy.
Ze schowka, gdzie leżały pięciorublówki dla milicjantów, wyciągnął papierek i podał dziewczynie przez okno.
– Masz. Nie potrzebuję twoich konwalii. – Odsunął ręką bukiecik.
Akurat wtedy sznur samochodów ruszył do przodu, Robert nacisnął więc na pedał gazu.
Kiedy jechał powoli przez most, ciągle kręcił głową.
Co to było? Cóż to za transformacja, a raczej zakłócenie odbioru, bo przecież dziewczyna została taka, jaka była? A jeśli naprawdę jest taka ładna, dlaczego od razu nie dostrzegł jej zjawiskowej urody?
Dziwne, że muzyka prawie ucichła, nie mógł dosłyszeć melodii.
Nagle wzdrygnął się.
Kwiaciarka powiedziała: „Szczęśliwej drogi” – wyraźnie to słyszał. Ale jej wargi się nie poruszyły, przecież na nie patrzył!
To znaczy, że tak pomyślała? Naprawdę życzyła szczęśliwej drogi nieznajomemu, w dodatku takiemu, który ją szorstko potraktował? Zdumiewające.
Tymczasem bezwiednie dojechał do końca mostu i ocknął się dopiero, kiedy do celu jazdy, czyli do pamiętnego zakrętu, została już bardzo niewielka odległość.
Co robisz, idioto? Zawróć!
„Przegapiłeś szczęście” – przemknęła mu przez głowę niespodziewana myśl, absolutnie irracjonalna, a przez to jeszcze bardziej uderzająca. Robert nie wiedział, jakie to szczęście, dlaczego je przegapił, ale poczucie straty – ogromnej, nie do odrobienia – dosłownie go przytłoczyło.
Jakieś dwieście metrów przed zakrętem Darnowski zrobił coś, na co nigdy sobie nie pozwalał i za co zawsze trąbił z przyganą na innych: po chamsku, przed samym nosem jadących z naprzeciwka żiguli, zawrócił przez podwójną linię. Tamci oczywiście też na niego zatrąbili. A co mu tam.