A on bał się odwrócić głowę, ledwie żywy trzymał kierownicę. Nerwy spowodowały, że wyprzedził na trzeciego, tuż przed nosem jadącej z naprzeciwka ciężarówki, i omal na nią nie wpadł.
Za to kiedy Maria powoli, w zadumie, kiwnęła głową, i to niejeden raz, był po prostu wniebowzięty.
Poczucie szczęścia, a zarazem zwolnienie Metronomu sprawiły, że zaczął gadać bez sensu:
– No i bardzo dobrze. Nie pożałujesz. Jeszcze nie wiesz, kim jestem. Jestem Siergiej Dronow. Słyszałaś o takim?
Pokręciła głową i z zakłopotaniem podniosła brwi.
– Coś ty? – zdumiał się. – W telewizji o mnie film leciał wiele razy. Nazywa się Lot sokoła. I w wiadomościach. Jestem dwudziestoczterokrotnym mistrzem świata, zdobywcą rekordów…
Wtedy parsknęła dziewczęcym śmiechem, zasłaniając usta dłonią, i Dronow się zamknął, poczerwieniał. Cholera wie, dlaczego zaczęła chichotać. Dobrze jeszcze, jeśli miało to znaczyć „no, ale bujać to ty potrafisz” – to się da naprawić. Ale najwyraźniej nie był to śmiech niedowierzania, tylko jakiś taki… No, jakby smarkacz przechwalał się swoimi zabawkami czy papierkami od cukierków, a dorosłego to rozbawiło. Taki to był śmiech.
Siergiej się rozzłościł, nawymyślał sobie samemu: no, czego się krygujesz, baranie, co ją tak obskakujesz? Zwyczajna moskiewska dziewuszka, po prostu bardzo ładna. No dobra, poprawił się, może nie zwyczajna, tylko wyjątkowa, niech będzie. Drugiej takiej może nie ma na całym świecie – ani w Ameryce, ani w Azji, nigdzie. Ale mimo wszystko kobieta. Cóż to on, nie zna babskich sztuczek? Jak jesteś dorosły facet, to zachowuj się rzeczywiście jak dorosły, jak facet.
– Trzeba by cię ubrać – powiedział, patrząc na jej płaszczyk i bawełniane pończochy. – No i w ogóle… Makijażyk, manikiur, pedikiur. Co, masz coś naprzeciwko?
Chciałby zobaczyć taką dziewczynę, która by miała coś naprzeciwko.
Maria w pierwszej chwili jakby nie zrozumiała; lekko zmarszczyła czoło. Potem potrząsnęła kosmykiem włosów i energicznie przytaknęła.
No właśnie – dziewczyna jak dziewczyna, ulżyło Siergiejowi. Nawet, jak się okazuje, potrafi się też normalnie uśmiechać, a na nasadzie nosa ma, dopiero teraz zauważył, bladozłote plamki piegów. No, też coś – piegi… Ale to odkrycie sprawiło, że serce omal znowu nie przeskoczyło na Rytm, ale się rozmyśliło, zadrżało tylko i znowu szybko wróciło do stanu poprzedniego. Pewnie właśnie to nazywa się „czułością” – przyszło na myśl Dronowowi słowo, którego w życiu nie używał i o którym zawsze myślał, że istnieje tylko w książkach.
Skoro tak, to Siergiej pojechał nie do Żuczyłowki, tylko najpierw na prospekt Kalinina, do Centrum Urody.
Dyrektor niedawno dostał działkę letniskową, więc przyjął Dronowa z otwartymi ramionami. Ucałował dłoń jego towarzyszki, na jej wyjątkową powierzchowność nie zwrócił uwagi (w pracy kobieca uroda na pewno już mu się opatrzyła) i od razu zaczął wypytywać, czy nie można by dostać cegły sylikatowej i tłucznia, przez Andrieja Wieniaminowicza, czyli Müllera.
– Widział pan? – przerwał Siergiej, wskazując Marię. – Dziewczyna prosto z ekspedycji, przyjechała w tym, co miała. Geolog, dwa miesiące w tajdze. Z zimna straciła nawet głos. A wieczorem mamy przyjęcie w ambasadzie włoskiej. Proszę, niech pan ją obsłuży według pełnego programu. Różne tam maseczki, masaż, paznokietki – no, sam pan wie. Kosmetyki, oczywiście, nie żadne tam polskie, tylko francuskie…
Dyrektor podjął temat:
– Dla pana, Siergieju Iwanowiczu, wyjmę z sejfu prawdziwego Lancóme’a, dopiero co dostałem komplet z nowej kolekcji. A co do włosów, proszę się nie niepokoić, zadzwonię do Albiny Pietrowny, do „Czarodziejki”. Tam dzisiaj jest Pierre, niech mu zabierze któregoś z klientów. Proszę wrócić przed szóstą, nie pozna pan swojej przyjaciółki. To jak będzie z tą cegłą i tłuczniem?
– Nie ma sprawy.
Z prospektu Kalinina Siergiej popędził po delikatesy z rozdzielnika KC, potem szybko na rynek Centralny, stamtąd do Wandy, czarodziejki w dziedzinie ciuchów – u niej wydał cztery i pół bańki. Mieszkanie Wandy wyglądało jak magazyn – pudełka z obuwiem sięgały sufitu, szafy pękały od szmatek, szuflady od różnych rajstop, szali itepe, diabeł się w tym nie rozezna. Trzeba było zadzwonić do Centrum Urody, żeby Marii zmierzono obwód talii, bioder, podano rozmiar obuwia. Wybrał najlepsze rzeczy, według swego gustu.
No i tuż przed szóstą podążył na Kalinina.
Ale niepotrzebnie się tak śpieszył, bo wokół Marii uwijał się jeszcze wielki fryzjer Pierre. Setkę weźmie, co najmniej. A niech tam.
Siergiej przekazał asystentce torby i pudło z obuwiem. Usiadł w fotelu i czekał. Zdenerwowany, przeglądał „Burdę”.
Maria wyszła za kwadrans siódma. Wyglądała tak, że Dronowowi żurnal wypadł z rąk na podłogę.
Nie, nie była piękniejsza, bo nie mogła być. Ale z usmolonego Kopciuszka zmieniła się w taką laskę, że choćby się z nią człowiek pokazał na najbardziej odlotowym wernisażu, i tak zostałaby królową. Nie na darmo Siergiej wydał tyle kasy na gipiurową bluzkę, przez którą przeświecał liliowy stanik, na skórzaną minispódniczkę, na zamszowe botki powyżej kolan i czerwone siatkowe rajstopy.
Maria z ciekawością przeglądała się w lustrze, mrugając przyklejonymi rzęsami – to tak się obróci, to siak. Pociągnęła się za włosy, potargane tak, jakby nocowała na sianie. Zachichotała.
– Mademoiselle, proszę nie dotykać fryzury – spłoszył się Pierre, z dumą oglądając swoje dzieło. – To delikatna konstrukcja. I po ulicach proszę nie chodzić. Do samochodu, z samochodu, i tyle.
Niedbałym gestem wziął od Dronowa banknot.
– Merci. Może pan zabrać swoją gadulską. Ani słowa przez bitą godzinę. Po raz pierwszy widzę taką klientkę. Oczywiście, do tej fryzury lepiej pasowałaby czarna suknia koktajlowa i klapki na obcasie. A to już całkiem nie pasuje. – Pierre, krzywiąc się, wskazał na czerwone rajstopy.
Marię jego słowa najwyraźniej zaniepokoiły. Znowu spojrzała do lustra, potem na Dronowa. Jakże lubił u kobiet to spojrzenie pełne wątpliwości!
Podniósł kciuk do góry i zamknął oczy. Roześmiała się.
– Nie szkodzi, sama potem zobaczy, co jej się spodoba. Ma wybór.
Co prawda, to prawda – całe tylne siedzenie dżipa zawalone było pudłami, torbami i pakunkami.
Zanim Dronow zabrał Marię, zdążył jeszcze skoczyć do „Pragi”, zarezerwował stolik na dwie osoby, z widokiem na plac Arbacki, ale teraz pomyślał: po jakiego grzyba „Praga”? Do domu i żeby nikogo więcej nie było. Tylko my sami, we dwoje.
Ledwie Maria wsiadła do samochodu, od razu zasnęła. Na pewno z nadmiaru wrażeń. Dronow prowadził dżipa bardzo spokojnie, tak jak nigdy. Nie zjeżdżał na lewy pas, nawet nikogo nie wyprzedził. Serce nie wskakiwało w Rytm, ale kołatało się na samej jego granicy. Na światłach patrzył na dziewczynę, nie odrywając oczu, i ciągle nie mógł się napatrzyć.
Odrzuciła głowę do tyłu, otworzyła usta; między cienkimi, bladoróżowymi wargami błyszczały wilgotne zęby, na szyi pulsowała błękitna żyłka.
Tak sobie marzył: oby nie obudziła się aż do samego domu, usnęła mocno, mocno. Żebym mógł przenieść ją przez próg.
I tak się stało!
Nacisnął guzik pilota, brama bezszelestnie się rozsunęła. Żwir na podwórzu zaskrzypiał trochę, ale cicho. Drzwi się otworzyły, prawie nie zgrzytając, i pozostały otwarte. Drugie też nie zawiodły.
Tracąc nieomal dech od owego książkowego uczucia, Siergiej ostrożnie wziął Marię na ręce. Ta, nie budząc się, objęła go za szyję i cmoknęła ustami jak dziecko. Czterdzieści kilo, Boże kochany. Płatek śniegu.