Stąpając na palcach, zaniósł ją do sypialni; nie do swojej, ale bocznej, gdzie nocowała matka, gdy przyjeżdżała w odwiedziny.
Położył dziewczynę na łóżku, zdjął jej leciutkie pantofelki. Przykrył ją pledem.
Rozpalił ogień w kominku, postarał się, żeby stół ładnie wyglądał: świece w srebrnym lichtarzu, róże z rynku, butelka „Złotego Szampana”. Porozkładał sztućce, ułożył na talerzach delikatesowe specjały z rozdzielnika KC. Kilka razy podszedł i zajrzał przez szparę w drzwiach. Stojąc nieruchomo, przyglądał się rozsypanym na poduszce lokom – ze sturublowej fryzury zostało niewiele (a do diabła z nią). Na zwieszające się z łóżka nagie ramię starał się nie patrzeć, bo Metronom nie wytrzymywał.
O tym, co nastąpi po kolacji, bał się myśleć. Przecież była jak dziecko. Ale tylko z wyglądu, bo w rzeczywistości to kobieta, najprawdziwsza z kobiet, do czego jak do czego, ale do tych spraw Siergiej miał nosa. Małolat nie znosił, po prostu nie cierpiał, chociaż wieszały się na nim dosłownie jak winogrona. Jedna wielbicielka w Czelabińsku czy też w Swierdłowsku wlazła nawet przez balkon do jego pokoju hotelowego. Wymalowana, włosy farbowane, cyce po parę kilo każdy, a miała najwyżej szesnaście lat – zdradził ją szczenięcy zapach. „Najpierw trzeba dorosnąć” – powiedział Siergiej i wrzeszczącej dziewczynie kazał wrócić tą samą drogą, którą weszła, przez balkon.
Ale Maria pachniała jak trzeba. Oj, jak pachniała…
Tylko że była bardzo delikatna, bał się, że ją uszkodzi. Była taka jak te jej konwalie. Jak kielich z cienkiego szkła. Jak złota rybka w akwarium.
Nie śmiał jej budzić. Wyszła z sypialni sama, dosyć szybko, a może to czas tak prędko mu zleciał.
Zobaczyła stół, rozpromieniła się – doceniła starania Dronowa. Skosztowała i czerwonego kawioru, i czarnego, spróbowała krabów, fińskiego salami, ananasowi zaś, nim wzięła kawałek, długo się przyglądała. Może nigdy nie widziała takiego owocu.
Siergiej siedział, jak idiota, z butelką szampana, której w żaden sposób nie mógł otworzyć, tak trzęsły mu się ręce. Kiedy rozlewał wino do kieliszków, wylał połowę trunku.
Wtedy podniosła na niego oczy, spojrzała pytająco.
– Kocham cię – ochryple wyrzekł Dronow słowa, jakich nikomu nigdy nie mówił i nie spodziewał się, że kiedykolwiek je wypowie. A przecież tyle razy klarował zakochanym w nim babom: w tej sprawie słowa nie zdadzą się na nic.
Maria kiwnęła głową, uśmiechnęła się. Zrozumiał to tak: no cóż, dziękuję.
Podszedł, niepewnie wyciągnął do niej ręce, gotów cofnąć je przy najmniejszej oznace niezadowolenia czy bojaźni.
Ale ona podniosła się ku niemu, zamknęła oczy i wyciągnęła stulone wargi.
Wszystko szło świetnie, po prostu cudownie.
Spokojnie, spokojnie, przykazał Siergiej sercu. Nie wariuj, to szczególny przypadek.
Ostrożnie wziął Marię na ręce. Teraz, kiedy nie spała, wydało mu się, że w ogóle nic nie waży.
U siebie w sypialni miał już zawczasu pościelone łóżko – olbrzymie, z rumuńskiego kompletu w stylu Ludwika XVI, białe ze złotymi ozdóbkami.
Ale nie starczyło mu opanowania. Doniósł ją płynnie, ułożył ostrożnie, kiedy jednak zaczął dziewczynę rozbierać, nie wytrzymał. Załomotało serce, wybuchł Metronom, i więcej Siergiej już nic nie słyszał, tylko „toko tak, toko tak, toko tak!”.
Wszystko poszło znakomicie. Jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Inne kobiety jak gdyby ustępowały jego rytmowi, a ta – jedyna z nich wszystkich – sama go podjęła, z taką samą szybkością jak Siergiej. A może nawet z jeszcze bardziej zawrotną. Po raz pierwszy poczuł, że otrzymał nie mniej, niż ofiarował.
Tylko jedno niemile go dotknęło. Jakoś nie miał wątpliwości, że jest niewinna, że nie miała nikogo przed nim.
Długo zbierał się na odwagę. Już odetchnął, wrócił do zwykłego rytmu. Głaskał ją po ramieniu, wzdychał. W końcu wykrztusił:
– Nie jestem twoim pierwszym…
Ona roześmiała się bezdźwięcznie, pokręciła głową i pokazała mu palec. „Tak, pierwszym”. A może: „Ty jesteś moim jedynym”. Tym samym palcem połaskotała go w czubek nosa. A Dronow też się roześmiał. Po prostu musiał jej uwierzyć.
Zaczęło się szczęśliwe życie.
Rankiem budził się pierwszy i oparty na łokciu patrzył na nią, śpiącą – nigdy mu się to nie znudziło.
A serce, przeczuwając, już niecierpliwie się rozpędzało, podprowadzając go pod Rytm.
Kochali się zawsze długo – tak mu się w każdym razie wydawało. Rozłączali się mokrzy od potu, ale zegar pokazywał, że wszystko trwało nie więcej niż pięć minut. To powodował czterokrotnie szybszy upływ czasu. Może „toko tak” było nawet szybsze niż cztery razy, nikt przecież w takich chwilach nie mierzył Siergiejowi pulsu.
No, a jeśli trzeba było z rana trochę wcześniej wyjechać w sprawach Fundacji, Dronow wstawał po cichutku i do wieczora nosił w sobie niezaspokojony głód, gromadził energię, i to też było szczęście.
W dzień przez cały czas był w rozjazdach, uganiał się po rejonie: po obiektach, do komitetu, jednego, drugiego, do biur obwodowych, w których zawsze miał jakiegoś znajomego od interesów, czyli, jak teraz mówiono, „biznes partnera”.
Nie wiedział, czym Maria zajmowała się w ciągu dnia; przez telefon nie mógł z nią rozmawiać, a wieczorem też mu przecież nic nie powie. Próbował ją wypytywać, ale rozmowy nie były długie.
– Czytałaś książkę?
Kręci głową.
– Oglądałaś telewizję?
Też kręci (chociaż w domu są aż trzy telewizory, i wszystkie japońskie).
– A wideo?
To samo.
Zajmuje się kwiatami, stwierdził Siergiej, kiedy zauważył, że ogród zrobił się ładniejszy i bujniejszy. Lubił zieleń, a w pokojach było do licha i trochę roślin w doniczkach i skrzynkach; tylko kiedyś źle się przyjmowały, schły, a teraz tak się rozrosły, że dom zaczął przypominać oranżerię.
Zrobiło się też czysto. Kobieta z sąsiedztwa, która przychodziła sprzątać, powiedziała, że więcej nie przyjdzie, bo nie ma po co. Ani okruszyny, ani odrobiny kurzu.
A jednak, jeśli nawet Siergiej wracał wcześnie albo udawało się mu skoczyć do domu w połowie dnia, nigdy nie zastał Marii z konewką albo odkurzaczem w ręku. Kiedykolwiek wszedł, zawsze była w tym samym miejscu, jak kotka: siedziała w salonie, w głębokim fotelu, i przeglądała najnowsze żurnale. Przywoził je tonami, wszystkie jak leci. A zanim Maria podniosła głowę i zauważyła, że Siergiej na nią patrzy, miała wyraz twarzy małej dziewczynki, która ujrzała coś niezwykłego: oczy szeroko otwarte, usta na wpół rozchylone, języczek przesuwa się po wargach. Na świecie nie ma z pewnością nic piękniejszego niż ten obraz. Wieczorny zmierzch, cisza, ma człowiek własny dom i swoją własną, siedzącą z podkulonymi nogami w fotelu kobietę, na którą pada łagodne światło lampy.
Szorstka nieco dusza Dronowa z trudem przywykała do czułości, jego myśli więc w owej bezcennej chwili były nie łagodne, ale przeciwnie, gwałtowne: no, niech kto tylko spróbuje tknąć ją palcem albo choćby spojrzeniem. Siergiej zgrzytał wtedy zębami, wyobrażając sobie, co zrobi z takim śmierdzielem.
W jego nowym szczęśliwym życiu wieczór był najlepszą porą dnia. Siergieja czekało wówczas jeszcze tyle rzeczy – i kolacja we dwoje, i wspólne milczenie przed kominkiem, i oczywiście miłość, nasłuchiwanie, aż ona zacznie równo oddychać; wreszcie pozostawało mu tylko uśmiechnąć się i zasnąć samemu.
Za to dni bardzo nie lubił. Robił wszystko, czego od niego wymagano, ale nie żył tym, zaledwie to znosił, i co chwila spoglądał na zegarek. Okazało się, że życie też ma dwa rytmy – powolny, kiedy nie ma Marii, i przyśpieszony, kiedy jest.