To, że była niemową, wcale mu nie przeszkadzało, nawet przeciwnie. W dwudziestym roku życia, gdy Siergiej wypróbował już sto czy dwieście bab, dokonał odkrycia: twoja prawdziwa kobieta to ta, przy której słowa nie są potrzebne. Słowa mogłyby tu co najwyżej zaszkodzić.
Szkoda tylko, że nie miał możliwości zapytać jej, czego by chciała. To po prostu męka i skaranie boskie: forsy jak lodu, możliwości prawie nieograniczone, a jak chce dać ukochanej prezent – to ma problem. Kwiaty jej oczywiście przywoził, codziennie, ale raczej z przyzwyczajenia. W ogrodzie były i róże, i tulipany, i lilie – czego dusza zapragnie. Próbował pokazywać palcem ilustracje w jej ulubionych pismach. Pokaż, co ci mam kupić. Maria tylko się śmiała, kręciła głową. Zdaje się, że lubiła oglądać nie modne szmatki, tylko ładne i ładnie ubrane modelki.
Ale z czasem Dronow nauczył się odgadywać jej życzenia, to było o wiele milsze. Na przykład zauważył, że Maria marszczy brwi za każdym razem, kiedy popatrzy na palisadę wokół domu – czterometrowy parkan. Domyślił się. Zmienił parkan na ażurową kutą kratę, wybulił trzydzieści tysięcy, ale chłopaki się postarali, postawili nowe ogrodzenie w trzy dni. Marii się spodobało, teraz, patrząc na podwórze, uśmiechała się, a ogród też od razu zrobił się jasny, radosny.
Kiedy we dwójkę siedzieli przy kominku, słuchając, jak trzaska ogień w palenisku, Siergiejowi wydawało się, że rozmawiają właśnie o czymś istotnym, ważnym, czego nie sposób wyrazić zwykłymi słowami. W sercu czuł niepokój, ale zarazem błogość. Coś w nim drgało, napinało się, jak gdyby duszę ciągnęło w dwie różne strony, i to mocno, prawie ją rozrywając. Kiedyś Dronow się domyślił. To jego dzienne i nocne życie nie chcą już być dłużej ze sobą. Dlatego, że Müllera, przewałów i przekrętów, chciwych gąb urzędasów nic nie łączy z Marią, kiedy tak siedzi w fotelu, patrzy na ogień, a jego odblaski czynią jej twarz na wpół przezroczystą.
A w życiu dziennym, co tu kryć, zdarzały się rzeczy najrozmaitsze, w tym także i straszne.
A już to, co zdarzyło się w pierwszym tygodniu nowego, szczęśliwego życia Dronowa, to była prawdziwa masakra.
Bardzo długo ciągnął się syf z leśną działką, należącą do domu wypoczynkowego „Swoboda”. Na górze Sensej już załatwił przekazanie ziemi, w rejonie dawno dali zgodę, ale dyrektor okazał się upartym mułem i za nic nie chciał ustąpić. Müller podchodził do niego i tak, i owak – a ten nic, uparł się i już. No więc poprosił o pomoc Senseja, niby żeby okazać szacunek weteranowi. Weteranowi. Bo ten baran wysłał już nawet zawiadomienie do prokuratury.
Dobra. Umówili się na spotkanie w kawiarni „Na Wodzie”, którą ochraniał jeden z chłopaków Müllera.
Wszystko grzecznie i z kulturą: tabliczka „Obsługa specjalna”, żadnych obcych, stół nakryty na trzy osoby. Ale bez kelnerów, żeby dyrektor nie scykał się świadków. Tylko w kącie, przy osobnym stoliku siedział ochroniarz Müllera, Fieduł (od nazwiska Fiedułow czy Fiedulin, jakoś tak, Siergiej nie pamiętał dokładnie). Od jakiegoś czasu Müller się bez niego nie ruszał, nadepnął na odcisk wielu ludziom, w tym także poważnym, więc nie zawadziło być ostrożnym. Fieduł był żołnierzem specnazu, afgańskim weteranem. Strach człowieka przejmował, jak się popatrzyło na jego gębę.
A zatem Müller urabiał dyrektora nazwiskiem Wasiljew, Fieduł siedział przy nietkniętej szklance wody mineralnej, a Siergiej, chociaż niby uczestniczył w rozmowie, ale głównie uśmiechając się i przytakując, tak naprawdę myślał o Marii, o tym, że za dwie godziny znowu ją zobaczy.
I tak się rozmarzył, że przegapił moment, od którego sprawa zaczęła się sypać. Niby nawet słyszał, że tamci zaczęli mówić podniesionymi głosami, ale włączył się za późno, dopiero kiedy Wasiljew walnął dłonią w stół. Gęba czerwona, oczy błyszczące. Facet był przysadzisty, już niemłody, siwy nawet, i mówił basem.
– Mielnikow, ty mnie nie próbuj straszyć! Jestem pułkownikiem Armii Radzieckiej, w Wietnamie nie bałem się napalmu, to ciebie, gnojku zaczesany, tym bardziej się nie przestraszę!
A naprawdę winę ponosił tu Siergiej – nie włączył się w porę, nie zorientował, czemu dziadyga jest taki wkurwiony. Najpewniej chodziło o córkę. Müller po drodze mówił: „A jak nie weźmie kasy, to go przycisnę przez dziewczynkę. Późno mu się córka urodziła, to ma hopla na jej punkcie”. Na pewno przycisnął, idiota.
Ale i Wasiljew nie powinien był mówić o zaczesywaniu. Müller bardzo się denerwował, jak mu przypominali o łysince; niedawno wywalił pięć tauzenów na przeszczep. Nie pomogło.
Zrobił się cały blady, przechylił się przez stół, i łaps starego za krawat. A ręce miał silne, czarny pas w karate. Dyrektor zachrypiał, rękami zaczął macać po stole, na ślepo.
– Koniec, obrzydłeś mi, kundlu! Jutro wycofasz swoje zawiadomienie z prokuratury. A jak nie wycofasz, to moi ludzie złapią po szkole twoją Ludkę i przelecą sztafetą. Masz to u mnie jak w banku! – pienił się Müller.
Siergiej widział, że ręka Wasiljewa natrafiła na nóż i zacisnęła się na rękojeści. Ale Rytm się nie włączył, więc Dronow zdążył tylko krzyknąć:
– Müller!
A dziad już się zamachnął i jak nic wsadziłby tępe żelazo Müllerowi w szyję czy gdzie tam, ale wtedy Fieduł walnął ze swojego makarowa – i dyrektorowi tylko łepetyna się zakołysała. Czerwone bryzgi na obrus, na półmisek z sandaczem w galarecie.
Müllerowi szczęka opadła. Rozluźnił ręce i Wasiljew bez krzyku, bez jęku runął razem z krzesłem na podłogę.
Akurat wtedy zastukało Siergiejowe „toko tak”, ale za późno.
– Coś narobił, pokrako! – krzyknął, nie wiadomo, czy do Müllera, czy do Fieduła, sam tego nie wiedział.
– Cooooo? – zaśpiewał Müller, zakłopotany, bo nic nie zrozumiał. – Odbiiiiłooo miiii, Sieeeriooogaaa. Chuuuj z niiim, zaaaraaz mu skrzyyynkeee piiiiwaaa przyyywiąąążeeemy i do rzeeekiii.
A tuż pod tarasem płynie Istra, dlatego właśnie lokal nazywa się „Na Wodzie”.
– Jaką skrzynkę, bydlaku? – wydarł się Dronow, którego wściekłość ogarnęła, kiedy pomyślał, że tego, co się stało, już nie da się odwrócić. – To członek biura komitetu rejonowego! Kierowca czeka na niego w bryce! Jego też chcesz do rzeki? Wołgę też?
– Cooo? – Müller znowu nie zajarzył.
Siergiej złapał go wtedy za kołnierz i rrryz gębą w zakrwawioną rybę, tak że kolesiowi z nosa pociekło i dodało barwy galarecie.
– Ręeeceeee wooon! – zaryczał wtedy Fieduł, podnosząc się, i znowu sięgnął pod pachę.
Ale gdzie tam specnazowiec mógł się mierzyć z Dronowem, gdy ten był w Rytmie!
W dwóch skokach Siergiej znalazł się na drugim końcu pokoju i zanim Fieduł zdążył wyciągnąć spluwę z kabury, przylutował mu z całej siły. Tamten walnął o belkę, aż chrupnęło paskudnie, osunął się i ucichł.
„Toko tak” od razu się wyłączyło.
– Sierioga, ja go przegonię precz – wybełkotał Müller, strącając z twarzy zieloną natkę pietruszki. – A jak chcesz, to w ogóle dam mu w czapę. Na ciebie nie miał prawa otwierać dzioba…
Podszedł do nieruchomego ochroniarza, kopnął go – i nagle przysiadł w kucki.
– Sierioga, tyś go przecież… załatwił na cacy. Nie oddycha.
Zabiłem człowieka, powiedział sobie w duchu Siergiej, i nie poczuł nic oprócz smutku. Maria, Maria! Müller zaczął się miotać bezradnie.
– Kurwa, co tu teraz robić? Dwa trupy!