– Poczekaj – rozkazał mu Dronow i zaczął wydzwaniać do Senseja. W nim teraz cała nadzieja.
Bogu dzięki, zastał go w domu.
– Co ty mi gadasz jakimiś rebusami? – przerwał mu Iwan Pantelejewicz, kiedy go już posłuchał przez minutę czy dwie. – Mów otwartym tekstem, mnie nie ma kto podsłuchiwać.
No więc Siergiej powiedział otwarcie, co i jak.
Sensej gwizdnął.
– Oj, chłopcy, pionierzy tak nie postępują.
I umilkł.
Dronow czekał z zapartym tchem.
– Kierowca słyszał wystrzał? – spytał powoli Iwan Pantelejewicz.
– Kierowca słyszał? Sprawdź! – Siergiej machnął ręką na Müllera.
Ten podszedł do okna. W odległości trzydziestu metrów pod latarnią stała wołga Wasiljewa.
– Chyba nie, są pakiety szybowe, niemieckie… Na pewno nie. Siedzi tam i kiwa głową, pewnie włączył muzę.
– Nie słyszał – zameldował Siergiej do słuchawki.
– No to zrób tak. Niech ten twój bandzior odeśle kierowcę, że niby my już później sami dyrektora odwieziemy. Potem niech wsadzi do swojej bryki zwłoki ochroniarza, za kółko. Obok dyrektora. Tam niedaleko jest most, tak?
– Tak.
– Nocą, kiedy nikogo nie będzie na drodze, niech zepchnie brykę z mostu do rzeki. Stop. Kula w głowie?
– Kula w głowie? – przeadresował Siergiej pytanie do Müllera.
Tamten przysiadł, z obrzydzeniem podniósł głowę Wasiljewa.
– Nie, przeszła na wylot.
Dronow powtórzył:
– Nie, na wylot. Ale przecież ekspertyza…
– To nie twój problem! – Po raz pierwszy w głosie Senseja zadźwięczał metal. – Ty, Sieriożka, już pokazałeś swoje zdolności intelektualne. Teraz odpocznij. Żadnej ekspertyzy nie będzie. Zwyczajny wypadek. I już. Spadaj stamtąd. I to szybko. Müller sam sobie poradzi, a ty nie masz co ryzykować. Do domu, dalej. Przyjadę do ciebie.
I upiekło się. Śledztwo oczywiście było, ale zwykłe, takie jak przy wypadku. Z leśną działką też wszystko udało się załatwić. Ale tego wieczoru Dronowowi oberwało się od Senseja za wszystkie czasy.
– Nie będę ci prawił morałów. Zapytam o jedno: Jak mogłeś do tego dopuścić? Ten twój faszysta to drań i łajdak, dlatego go trzymamy. Ale ty? Ty? W co się wpakowałeś?! A gdzie twój sławetny refleks, gdzie miałeś mózg?
Mięśnie grały na kamiennym obliczu Iwana Pantelejewicza. Siergiej słuchał ze spuszczoną głową, bo nic nie miał na swoje usprawiedliwienie.
– Uważaj, Sierioża, jeśli mnie rozczarujesz, to raz i na zawsze.
Powiedział to takim tonem, że Dronowowi ciarki przeszły po grzbiecie.
Iwan Pantelejewicz zrozumiał, że to wystarczy. Zmienił ton.
– A cóż to za interesująca osoba zameldowała się u ciebie? W kapciach chodzi, w szlafroku. Chyba nie twój typ? – spytał wesoło.
Siergiej nie przedstawił mu Marii, nie był to właściwy moment; sama wyjrzała do przedpokoju, żeby popatrzeć, kto przyjechał o tak późnej porze. Iwan Pantelejewicz pozdrowił ją, ona kiwnęła głową – ot, i cała znajomość.
– Dlaczego nie mój? – nachmurzył się Siergiej.
– Bo ty lubisz figurne, z cukierkowym pyszczkiem, a ta chuda okropnie. Gdzie ją namierzyłeś?
– W Łyczkowie – odrzekł Dronow niechętnie, urażony takim lekceważeniem Marii.
– Kiedy?
– W zeszły czwartek, a co?
– A nic. Wiesz chociaż coś o niej?
– To, co mnie interesuje, wiem.
Po głosie Sensej poznał, że nie ma co przeciągać struny.
– Dobra, nie warcz na mnie. Rozumiem cię. Jest w niej jakiś pieprzyk. Oczy ma ładne.
I zaśpiewał „O, oczy piwne, oczy dziwne…”.
Siergiej burknął:
– Jakie znowu piwne?
– A jakie mają być? – zdziwił się Iwan Pantelejewicz. – Właśnie piwne, z aksamitnym odcieniem. Ej, mistrzu, zabujałeś się nie na żarty. Pierwszy raz cię takiego widzę. Może myślisz o żeniaczce?
Ale zobaczył, że Siergiej nasrożył się na dobre, zmienił więc temat i zaczął mówić o sprawie.
Szczęście Siergieja Dronowa trwało cztery miesiące z hakiem. A wieczorem dwudziestego pierwszego września się skończyło.
Wrócił do domu nie późno, o szóstej, z naręczem mokrego bzu; narwał go w ogrodzie, kiedy padał deszcz.
Od progu krzyknął wesoło:
– Uff, cały jestem zmoknięty! Teraz od razu do wanny, rozgrzeję się. Chcesz wskoczyć ze mną?
Nie mogła oczywiście odpowiedzieć, ale czekał, że wybiegnie mu na spotkanie.
Nie wybiegła. W salonie też było cicho – nie zaskrzypiał fotel, nie rozległy się kroki.
Zajrzał: pali się stojąca lampa, na podłodze poniewiera się pled i kolorowe pismo. I co ciekawe, okno otwarte na oścież. A jak już wiemy, padał rzęsisty deszcz, wiał wiatr. Skrzydła okna kołyszą się to w jedną, to w drugą stronę.
Pod Siergiejem ugięły się kolana. Jeszcze nic nie wiedział na pewno – może wyszła do toalety albo jeszcze gdzieś – ale serce już mu podpowiedziało.
A przecież zawsze, każdego dnia swojego niedługiego szczęścia, wiedział, że tak się to właśnie skończy. Przyszła znikąd, donikąd odejdzie. Siergiej wróci kiedyś i zastanie pusty dom. Odleciało szczęście, wyfrunęło przez okno.
Usiadł ciężko na podłodze i zaczął głucho, bezradnie szlochać.
Rozdział dziesiąty
W czwartek dziesiątego maja 1990 roku o drugiej po południu Robert Darnowski zwariował.
W żaden inny sposób nie da się wyjaśnić jego zachowania w ostatnich dniach.
Do tej chwili kierownik sektora Instytutu Krajów Kapitalistycznych był rozsądnym, trzeźwo myślącym, pełnym energii człowiekiem, miał, jak to się mówi, nordycki charakter, a tu nagle zmienił się w jakiegoś Dymitra Karamazowa.
Logika i żelazna wola pękły w chwili, kiedy Robert zawrócił swoją „dziewiątką” przez podwójną linię ciągłą, ostatecznie zaś rozleciały się w kawałki, gdy zobaczył, jak zadziwiająca kwiaciarka wsiada do wielkiego czarnego dżipa, który zaraz z niewiarygodną szybkością uwiózł ją z dotychczasowej placówki.
Darnowski zachował się jak ostatni idiota, wstyd wspomnieć. Najpierw zaczął krzyczeć. Potem rzucił się w pogoń – pieszo. Później przypomniał sobie o samochodzie, wrócił za kierownicę. I nie mógł ruszyć z miejsca, taki był korek.
Dalej było jeszcze gorzej.
Serce nagle ogarnęła tak nieznośna, zwierzęca tęsknota, taki ból po stracie, że przedstawiciel silnego genderu zapłakał, a raczej zawył. Bo dawno już oduczył się płakać.
Nastąpił całkowity rozpad osobowości Roberta. Na szczęście krótkotrwały.
Niesamowitym wysiłkiem woli Darnowski wziął się w garść i nadał emocjonalnemu chaosowi strukturę, racjonalną postać.
Pytanie pierwsze: czy dziewczyna istniała? Może zdrzemnął się za kierownicą i wszystko mu się przyśniło? Albo padł ofiarą halucynacji?
Sprawdził. Istniała. W schowku było o pięć rubli mniej. Jeśli masy w jednym miejscu ubyło, to musiało jej przybyć w innym. Prawo Łomonosowa.
Pytanie drugie: czy istniał dżip?
Darnowski zahamował na zakręcie przy posterunku drogówki. Podszedł do milicjanta.
– Dzień dobry. Pięć minut temu przejeżdżał tędy dżip, taki solidny. Nie zwrócił pan uwagi? To jechał mój przyjaciel, jechałem za nim, niestety, zostałem z tyłu.
Nie tak znowu wiele eleganckich czarnych dżipów jeździ po naszych drogach. Gliniarz powinien był zauważyć, jeśli nie gapił się gdzie indziej.
Robert wpił się wzrokiem w opuchłe, skacowane oczy.
Kumpel Bronowa?’Nie wygląda. Buja. A jak nie buja? A diabli z nimi i ich sprawami.
– Nie widziałem – odpowiedział lejtnant beznamiętnie.