– To przepraszam.
Ustalone zatem zostały trzy ważne fakty, a nawet cztery: dżip był, należał do człowieka nazwiskiem Dronow, najwyraźniej znanego w tutejszej okolicy, i to z nie najlepszej strony. Jeśli już milicjant woli z „ich sprawami” nie mieć nic do czynienia… Pewnie tutejszy mafioso.
Martwił go jednak los dziewczyny o błękitnych oczach. Może spotkało ją nieszczęście? Emocje i psychoza na nic się tu nie zdadzą, powiedział sobie w duchu Robert. Żaden normalny mężczyzna na moim miejscu tak by tego nie zostawił.
Co począć?
Ruszył głową i wymyślił.
Trzeba się popytać u tej hałastry, która handluje w pobliżu. Może coś o niej wiedzą.
Chłopaczkowie myjący szyby akurat zrobili sobie przerwę na papierosa. Przysiedli w kucki i głośno rechotali, klęli, dziarsko spluwali. Ale Darnowski zostawił ich w spokoju. A niech ich, tych gawroszy, zaczną się tylko popisywać jeden przed drugim.
Inwalida sprzedający broszurki to inna sprawa. Chodzi o szczudle, czyli najpewniej miejscowy. Z daleka na kuli by nie przyskakał.
Darnowski podszedł, udał, że ogląda jego towar.
Kamasutra po rosyjsku, Jak się ustrzec uroku, Protokoły mędrców Syjonu, Byłam kochanką Stalina, Groszowe okładki, szary papier. I to dla takiej wolności druku odkręcono śruby cenzury.
– Wziąłbym zbiór krzyżówek, o ten, gruby – powiedział, wybierając trochę droższą książkę. – I jeszcze markiza de Sade.
– A?
– Tutaj, Sto dni Sodomy. Reszty nie trzeba, to dla pana.
Oczka miał inwalida czerwone, całe w żyłkach. Myśli do przewidzenia: Jeszcze tryndel i fertig, starczy, żeby dać w gaz.
Tryndel to trzy ruble? Cóż, pomożemy weteranowi w rozwiązaniu problemu.
Robert pomachał portfelem, jak gdyby miał wątpliwości.
– Ile ten kalendarz z babami?
Piątaka. Ba.
– Trojaka – powiedział jednak inwalida; widać w ostatniej chwili uznał, że lepiej nie przesadzać. – Patrz pan, jakie niunie, każda jedna.
Otworzył stronę „Styczeń”, gdzie w trzech kolorach wydrukowano skradzioną z „Playboya” fotografię.
– Styczeń – furknąl Robert. – A na świecie maj. No i baba marna. U was tutaj taka jedna sprzedawała konwalie, wcale nie jest gorsza. Zna ją pan?
– Ankę? Te głupkowatą? – zdziwił się stary. – Któż by jej nie znał? Codziennie tutaj sterczy.
Tak właśnie jest – nienormalna, westchnął w myślach Darnowski. Ładna by z nas była para: ona stuknięta, ja wariat.
– A gdzie ta Anka mieszka?
Patrzcie kozła w okularach, Anki mu się zachciewa, a chuja w dupę nie łaska?
– Nie wiem – rzekł krótko inwalida. – Bierzesz pan czy nie?
Robert nie wypytywał dłużej. Nie chce gadać, to nie. Dalsze śledztwo była już tylko kwestią techniki.
Podszedł do baby sprzedającej pierożki. Kupił parę z mięsem. Spytał, gdzie mieszka Ania kwiaciarka, i tyle: momentalnie uzyskał wszystkie potrzebne informacje, częściowo ustne, częściowo wizualne.
Trzeci dom od drogi, z czerwonym blaszanym dachem. Tam właśnie „niemowa głuptaska” mieszka razem z babcią. Babcia nazywa się Daria Michajłowna. Kiedyś pracowała w jakichś „Brzózkach”; diabli wiedzą, co to takiego, ale nazwę pierożkarka wymówiła z zazdrością i szacunkiem. Pod nosem nazwala babcię „pijaczką” – Robert zapamiętał to sobie.
Odszedł trochę dalej i wyrzucił pierożki. Jeszcze tego brakowało, żeby miał się struć tym świństwem.
Dom pod blaszanym dachem (rzeczywiście pokrytym obłażącą minią), sądząc z wyglądu, pamiętać musiał lepsze czasy. Był z żółtej, deficytowej niegdyś cegły, z monumentalnym gankiem, ale cegły w rogach popękały, a poręcze na ganku pogięły się. Dzwonek nie działał, trzeba było długo pukać.
W końcu drzwi się uchyliły, przez szparę wyjrzała tłusta, mocno pijana staruszka.
– Czego? – Zmrużyła oczy podejrzliwie. – Do kogo to?
Jej wzrok ześlizgnął się w dół, na dwie butelki ohydnego portwajnu, które młody człowiek przyciskał do piersi. Nic lepszego w sklepie wiejskim nie mieli, a i po tę truciznę musiał odstać w kolejce pół godziny. Ale sądząc po błysku chciwości, który mignął w oczach starej, Robert dokonał trafnego wyboru.
– Mam problem. – Darnowski rozpłynął się w uśmiechu. – Chciałbym wypić, ale potrzebuję szklanki. Na ulicy, bez zakąski, a tym bardziej z butelki, z zasady nie piję. Nie zaprosiłaby mnie pani?
– To „Trzy Siódemki”? – spytała rzeczowym tonem babcia Daria Michajłowna. – Tak, są szklanki. Nawet kieliszki, czeski kryształ. A zagryziemy jabłuszkiem – mam własne, z zeszłego roku.
– Pasuje.
Pokój, gdzie usiedli przy stole, ku zdziwieniu Darnowskiego wcale nie wyglądał ubogo, jak na sowieckie standardy. Komplet mebli, na ścianie kilim, a kieliszki naprawdę kryształowe. Co zaś najważniejsze, było czysto, czego zazwyczaj nikt by się nie spodziewał po mieszkaniu starej alkoholiczki i jej nienormalnej wnuczki.
Spojrzenie staruszki złowić było niełatwo, patrzyła tylko na portwajn. Ale od razu po pierwszym łyku poczerwieniała, rozgadała się, a oczka zrobiły jej się maślane – nie było po co w nie nawet zaglądać. Robert wiedział z doświadczenia, że takie moczymordy zwykle co mają w sercu, to i na języku. O złowieszczym czarnym samochodzie na razie Darnowski nie chciał mówić. Diabli ją wiedzą, tę Ankę. Może na szosie nie tylko kwiatki sprzedaje i takie przejażdżki dżipem to dla niej nie nowina.
Ale poza tym miał wielką ochotę dowiedzieć się jak najwięcej o tej dziwnej kwiaciarce.
Najpierw musiał wysłuchać, jakie to dawniej były dobre czasy i jakie złe nadeszły teraz, o łajdaku Gorbaczowie i o tym, że Stalina na nich trzeba. Najchętniej jednak Daria Michajłowna rozprawiała o epoce swojej świetności, kiedy pracowała jako kucharka w pobliskim pensjonacie rządowym „Brzózki”. Miała stamtąd, co tylko chciała, i jeszcze ludziom przynosiła, nie za darmo oczywiście. Co lato córkę, a potem wnuczkę woziła do Gagr, i proszę, jaki dom postawiła, a wszystko sama, bez chłopa. Ale w pozaprzeszłym roku, jak ten Gorbacz zaczął walczyć z przywilejami, w „Brzózkach” zwolnili połowę obsługi. Ją samą też wysłali na emeryturę, a ta emerytura dziewięćdziesiąt pięć rubli. Jak tu żyć we dwie? Sprzedały pianino, bo i tak stało bez pożytku. Enerdowską maszynę do szycia. Meblościankę „Olcha dekor”. No bo jak? Teraz na rynku za dziesięć jajek już co najmniej dychę biorą. Anka, chociaż pomylona, ale apetyt ma, że daj Boże zdrowie, nastarczyć nie można.
Teraz bardzo na czasie byłoby ten potok informacji skierować w odpowiedni nurt. Robert tak właśnie zrobił.
– Pomylona? Od urodzenia, czy jak?
– Nie. Jako dziecko była normalną dziewczynką. Nawet pierwszą uczennicą w klasie. Bystra taka, zmyślna dziewuszka. U nas w pensjonacie na wyjściu była kontrola, żeby nie wynosili jedzenia. To ja przyuczyłam Ankę: niech przyjdzie do mnie, niby że chce babcię odwiedzić. A ja jej wtedy daję torbę. Paróweczki, antrykoty, kiełbasy, farsz. Pięć kilo, więcej by nie uniosła. I potem przez portiernię przechodzę czysta, macie, rewidujcie. A wnuczka czeka, aż się zrobi ciemno. Jak wczasowicze rozejdą się do pokojów czy tam pójdą do kina, to ona pędzi do płotu. Chudziutka, między prętami się przeciśnie i za dziesięć minut już jest w domu.
Daria Michajłowna roześmiała się, wspominając dobre czasy. Wypiła, possała cząstkę jabłka. Westchnęła z goryczą.
– A potem coś się stało. Siedzę, czekam na nią, a tej nie ma i nie ma. Już noc, a biedactwa ani śladu. Przepadła! Potem znaleźli w krzakach torbę z jedzeniem, a mojej Aneczki – nie. Dwa dni milicja jej szukała. Ile ja łez wypłakałam, myślałam już, że jej żywej nie zobaczę… – Stara chlipnęła i łyknęła jeszcze. – Myśliwy znalazł ją w lesie. Siedziała na pieńku, cała brudna, i tylko się trzęsła jak nienormalna. Co z nią się działo, dlaczego po lesie chodziła przez dwa dni, nikt się nie dowiedział. Myśleli, że ją zgwałcił jakiś łobuz, ale nie, calusieńka. Tylko zaniemówiła od tamtej pory i zrobiła się jakby niespełna rozumu. Nie, nie żeby całkiem bez rozumu – mądrzejsza ona niż inni. Ale nic nie mówi, i koniec, rób, co chcesz! Czytać i pisać się oduczyła. Gdzie podziać sierotę?