Выбрать главу

– Dlaczego sierotę? – spytał Robert, który słuchał bardzo uważnie. – A rodzice?

– Nie ma – ucięła babka i ze złością plasnęła dłonią o stół. – Ojca nie było, a matka suka. Ja jestem dla Aneczki i mamą, i babcią. Gdzie masz drugą? Otwieraj.

Przy drugiej butelce jednak padła, nie dała rady pić dalej. Do chwili jednak, kiedy opuściła głowę na stół i chrapnęła, Robert zdążył dowiedzieć się rzeczy następujących:

Po wypadku dziewczynkę oddano do internatu dla dzieci upośledzonych, ale tam omal jej nie zmarnowali, więc Daria Michajłowna pożałowała sieroty i zabrała ją do domu. I póki pracowała w pensjonacie, żyły nieźle. Ale na emeryturze babcia, jak się wyraziła, zaczęła „chorować na nerwy i łykać”, wnuczka zaś sprzedawać kwiaty przy drodze: latem irysy, jesienią chryzantemy i astry. Wiosną pierwiosnki, konwalie, a zimą plotła ładne wianki ze świerkowych gałązek i szyszek. Z tego, co mówiła stara, wynikało, że jakoś starczało im i na jedzenie, i na lekarstwo na te jej „nerwy”.

Kiedy w końcu Darnowski opowiedział o czarnym dżipie, Daria Michajłowna była już dobrze wstawiona. Beztrosko machnęła ręką.

– Nie szkodzi, znajdzie się. Moja Anka zawsze się znajduje. Niekiedy przez miesiąc jej nie ma albo dłużej, a potem nic, wraca do babci.

To była ważna informacja, zasługująca na to, by ją przeanalizować.

Więcej już niczego istotnego Robert się nie dowiedział. Jeszcze tylko jedno zdanie zapadło mu w pamięć.

Babka powiedziała: „Żadna tam z niej głuptaska, jest po prostu inna. Gdyby była głuptaską, toby nie była taka czysta”.

Jest po prostu inna.

Darnowski zrozumiał, że babki już nie dobudzi, i przeszedł się po domu. Pokój Ani rozpoznał bez trudu. Rzeczywiście było tu bardzo czysto i żadnej zbędnej rzeczy: obrazka na ścianie, książki czy jakiegoś drobiazgu. Nic tylko łóżko, szafka, szafa na ubrania. Jakaś mnisia cela. Niewątpliwie brak osobistych przedmiotów świadczył o chorobie psychicznej, o braku osobowości jako takiej. Właśnie dlatego milczał jej głos wewnętrzny. Jeśli pominąć fakt, że życzyła mu szczęśliwej drogi…

Wracając do miasta, Robert podsumował.

Dziewczyna z poważnymi odchyleniami psychicznymi, w dodatku niemowa. Obyczajów wyraźnie nie anielskich, skoro wsiada do cudzych samochodów i zdarza się, że przepada na miesiąc. Niepokoiło go to, że tym razem wpadła w łapy jakiegoś podejrzanego typa, którego obawia się nawet milicja. Strach pomyśleć, co może zrobić taki bandyta bezbronnej dziewczynie. Nie można tego tak zostawić.

Nie okłamuj przynajmniej siebie, szlachetny rycerzu, skrzywił się Robert. Gdyby nie była wyjątkową pięknością, akurat byś na nią tracił czas!

To była prawda, chociaż nieprzyjemna z punktu widzenia samooceny.

Dokuczała też Darnowskiemu inna myśl, męcząca: gdyby zawrócił wcześniej, dziewczyna nie trafiłaby do dżipa, do owego strasznego Dronowa.

Co tamten z nią teraz robi?

Źle było z tą myślą Robertowi, bardzo źle.

Diagnoza

A pod wieczór, kiedy wrócił do domu, poczuł się jeszcze gorzej, już nie w sensie moralnym, ale fizycznym. Temperatura mu podskoczyła, szczękał zębami, serce stukało nierówno – to wolniej, to szybciej.

Inna się przestraszyła – jej mężowi nigdy coś takiego się jeszcze nie przytrafiło. Najpierw chciała wezwać pogotowie, ale wiadomo, jaki jest pożytek z bezpłatnej służby zdrowia. Zadzwoniła więc do ojca, czy nie mógłby załatwić dyżurnego lekarza z lecznicy kremlowskiej.

Wsiewołod Ignatjewicz, niezastąpiony w każdej sytuacji kryzysowej, zareagował natychmiast. Przyjechał sam, wsadził trzęsącego się zięcia do lincolna i z szaleńczą szybkością, wrzuciwszy na dach „koguta”, który został mu jeszcze z poprzedniego miejsca pracy, zawiózł Roberta do Kuncewa. Osobiście dopilnował, żeby chorego położono w oddzielnej sali, i pomimo późnej pory postawił na nogi wszystkich niezbędnych specjalistów.

Z diagnozą był kłopot. Ordynator oddziału oznajmił:

– Będziemy wykluczać kolejno wszystkie warianty, poczynając od najgorszego.

Przez kilka godzin pacjenta wożono z gabinetu do gabinetu: różne analizy, elektrokardiogram, USG, tomografia mózgu itede, itepe.

– No cóż – rzekł w końcu ordynator, kiedy przestudiował wyniki. – Wszystko niby w normie, a ogólny stan ciężki. Drżączka, arytmia, ból głowy, przygnębienie. Mamy tu raczej do czynienia z silną neurozą. Trzeba się skonsultować z Tichwińskim.

Nazajutrz zbadał chorego profesor Tichwiński, najważniejszy autorytet w dziedzinie chorób nerwowych o nietypowych objawach.

Robert, otępiały po pastylce nasennej i bardzo slaby, opowiedział, co się wczoraj zdarzyło. Oczywiście poza podsłuchanym w myślach dziewczyny życzeniem „szczęśliwej drogi”. Profesor odniósł się do wszystkiego z najwyższą uwagą, poprosił też, by historię o tym, jak kwiaciarka nagle zmieniła się w miss piękności, Darnowski opowiedział mu raz jeszcze, z najdrobniejszymi szczegółami. Zwłaszcza zainteresowały go oczy przypominające słoneczne promyki w błękitnej wodzie.

– Promyki, aha, tak, tak. – Tichwiński pokiwał głową. – Teraz rozumiem.

– Co pan rozumie?

– Na pana, młody człowieku, by użyć dawnego określenia, rzucono urok – najspokojniej w świecie wyjaśnił profesor, gryzmoląc coś w historii choroby.

– Co, co? – spytał Darnowski dosyć głupio i spróbował zajrzeć lekarzowi w oczy (wcześniej jakoś nie miał nastroju – tak źle się czuł).

Ciekawe, ciekawe, mhm, po prostu klasyka, ja jeszcze w siedemdziesiątym czwartym, no nic, dajcie trochę czasu, materiału coraz więcej, więcej, do Nobla się dokulamy jak nic - mruczał sympatyczny głos.

Słuchało się Robertowi profesora lepiej, niż podsłuchiwało – takie niesamowite rzeczy opowiadał.

– Tak zwany urok, albo inaczej „złe oko”, nie jest przesądem ani wymysłem folklorystów. Naukowo to nazywa się „zombifikacją wizualną” – czyli oddziaływaniem za pomocą wzroku na stan emocjonalny innej osoby. Różni Kaszpirowscy i Czumacy, których teraz wszyscy nazywają szarlatanami, w rzeczywistości nie są zwykłymi showmanami, ale ludźmi roztaczającymi energię wizualną o szczególnej intensywności. Pierwszy artykuł na temat tego mało zbadanego przez naukę zjawiska opublikowałem jeszcze w siedemdziesiątym czwartym roku. – Widać było, że profesor wsiadł na swego ulubionego konika, i teraz jemu samemu zaczęła się sączyć z oczu „energia wizualna”. – Zdolności tego rodzaju bardzo często spotyka się u ludzi o zaburzonej osobowości i o skłonnościach psychopatycznych. Do tej ostatniej kategorii niewątpliwie zalicza się pańska kwiaciarka. Z pewnością uważa się za oszałamiającą piękność, przy której cała reszta kobiet to szare myszki. Dopóki nie spotkał się pan z nią wzrokiem, widział ją pan taką, jaka jest w rzeczywistości. Ale wystarczyło, by nawiązała z panem kontakt wzrokowy, a swoje przekonanie od razu przekazała panu. Tego rodzaju oddziaływanie jest szokiem dla psychiki. Pański mózg chce wrócić do normy, odrzucić narzucony z zewnątrz ideogram. Stąd też pańskie paskudne samopoczucie.