– Ale… Ale ona jest naprawdę niesamowicie piękna – wyszeptał Darnowski. – Gdyby pan ją widział!
– No, to dopiero sprawdzimy. Spróbujmy odtworzyć wizerunek pańskiej rusałki. Kształt głowy?
Wziął papier, ołówek i gumkę i bardzo zręcznie, stosując się do wskazówek Roberta, naszkicował kobiecą twarz. Jeśli jakiś szczegół się nie zgadzał, korygował go, ścierał gumką, poprawiał. Po dziesięciu minutach z kartki patrzyła na Darnowskiego Anna, jakby sportretowana z natury.
– Dobra, spróbujmy to uporządkować. – Tichwiński pochylił głowę, oglądając portret. Skrzywił się. – Twarz nieproporcjonalnie wydłużona, trójkątna. Usta wąskie, prawie bez warg, niemal od ucha do ucha. Nos lepiej byłoby przedstawić z profilu, wówczas zobaczyłby pan, że niewiele jej brakuje do Pinokia. Zmiłujże się, młody człowieku, przypomnij pan sobie Nieznajomą Kramskoja! Wenus Botticellego! Kobiety Renoira! Przecież to okropna głuptaska ta pańska femme fatale.
Robert sam to teraz widział. Jak gdyby spadła mu zasłona z oczu, poczuł nawet falę gorąca ze wstydu.
Na sławnego mądralę, kowala swego losu, rzuciła urok wiejska idiotka!
– Wie pan, tylko proszę nie mówić tego mojej żonie – poprosił ze spuszczoną głową. – I teściowi. Raczej coś tam, że to nagła depresja, przemęczenie. Tylko bez szczegółów, dobrze?
– Proszę mnie nie uczyć etyki lekarskiej. – Profesor wyprostował się. Kapitalny przypadek, kapitalny, w sam raz do odczytu w Larnace, dwudziestosiedmioletni pacjent D. Mmm, nieco podatny na sugestię, mmm… - No jak, lepiej się teraz czujemy?
Robert wsłuchał się w siebie i nagle zrozumiał. Że jest całkiem zdrowy. Ani bólu głowy, ani kłucia w sercu. Tichwiński zdjął z niego urok. To się nazywa lekarz!
– Tak, wszystko w porządku.
– Mimo to niech pan poleży jeszcze na oddziale, poobserwuje; łagodne środki uspokajające też nie zaszkodzą. Zombifikacja wizualna – to nie żarty. Pan i tak łatwo się wywinął.
Po tygodniu Robert wrócił do normalnego życia i o wstydliwym majowym epizodzie wolał nie pamiętać. Świadomość, że jest „nieco podatny na sugestię”, nie była zbyt przyjemna.
A to ci Dar. Okazuje się, że niektórzy mają silniejszy dar niż on. I bardziej niebezpieczny.
Polujący na cudze spojrzenia sam może okazać się ofiarą.
Skończył się maj (tfu!), lato rozkwitło i zwiędło, nadeszła ostatnia jesień wielkiego imperium. Ceny w sklepach jeszcze się trzymały, ale produkty znikały jedne po drugich. Najpierw przepadła kawa, potem ser, kiełbasa. Herbatę można było kupić tylko krasnodarską, trzeciego gatunku, a i po nią wystawało się w kolejce. Co chwila znikały papierosy, alkohol sprzedawano tylko na wymianę za puste butelki, „po dwie jednostki handlowe na osobę”. A na obrzeżach kraju już pachniało dymem i krwią, „niezłomny związek republik swobodnych” trzeszczał i zgrzytał, jak stary rzęch, gotowy rozsypać się, jeśli nie na najbliższym wyboju, to na następnym.
Temat pracy habilitacyjnej, którą pisał Robert, stracił wszelką aktualność, a sam cel, który niegdyś wydawał mu się kuszący (docent przed trzydziestką) – wszelki sens. Oznaki statusu i prestiżu się zmieniły, a Darnowski nadal przedzierał się przez dżunglę tam, gdzie już nie było żadnego Eldorado.
Sam zresztą to doskonale rozumiał, ale z przyzwyczajeniem i siłą bezwładu nie jest łatwo wygrać. Razem z olbrzymią większością rodaków popadł w dziwne odrętwienie, zafascynowany widokiem powszechnego rozkładu i rozpadu.
Robert ocknął się w deszczowy, wrześniowy wieczór, kiedy siedział i bezmyślnie prztykał pilotem telewizora, zmieniając kanały. Na każdym z nich zatrzymywał się najwyżej na chwilę. Na trzecim szedł nudny program „My spod Moskwy” – o jakiejś fundacji troszczącej się o zdrowie i dobrą kondycję obywateli rodzimego rejonu basmanowskiego. Na ekranie ukazał się prezes cudownej fundacji, młody przystojny chłopak, i bełkotał coś o godnych następcach. Twarz wydała się Robertowi jakby znajoma. Nagle wyskoczył napis: Siergiej Dronow, wielokrotny mistrz świata. Ach, prawda, ten lekkoatleta. Był z nim jakiś skandal na ostatniej olimpiadzie, często go wtedy pokazywano w telewizji.
Nagle Roberta jakby prąd kopnął.
Rejon basmanowski! Dronow!
Mistrz-prezes przeciął wstęgę, otwierając jakiś obiekt sportowy dla dzieci. Kamera przejechała się po publiczności i pokazała ją w ogólnym planie.
Bandyckie gęby, za wszelką cenę starające się zachowywać przymilny wyraz. W oddali sznur samochodów, wśród nich wielki czarny dżip – ten sam albo taki sam.
Robert zerwał się i zaczął przechadzać po pokoju.
– Co ci jest? – Inna oderwała się od „Nowego Świata”. Ale popatrzyła nie wprost na męża, tylko trochę w bok.
To jednak dosyć dziwna maniera nie patrzeć na człowieka, z którym się rozmawia, pomyślał z nagłym rozdrażnieniem, chociaż, zdawałoby się, przez sześć lat mógł do tego przywyknąć.
– Nic – burknął Robert.
I nagle pomyślał: warto się przejechać do tego, jak mu tam, Łyczkowa. Sprawdzić, czy dziewuszka wróciła, czy też nie. Jeśli nie…
Zabrakło mu tchu – znowu zaczęło się z nim dziać coś niezrozumiałego.
Jeśli kwiaciarka wtedy przepadła, to Dronow będzie musiał jednak parę rzeczy wyjaśnić. Może być sobie królem u siebie w Basmanowie, ale teść Roberta, Wsiewołod Ignatjewicz, ma jeszcze w organach dość przyjaciół, i to na szczeblu o wiele wyższym niż rejon.
Tutaj Darnowski troszkę się zawahał. Co właściwie miałby tłumaczyć teściowi? Poza tym pomylona Anka z pewnością już dawno wróciła do swojej babci. Na co ta głuptaska pięknemu sportowcowi? No, zabawił się trochę i odesłał ją tam, skąd przyszła. Sam nie wygląda zresztą na Kubę Rozpruwacza.
Ale mimo wszystko lepiej pojechać. Sumienie będzie spokojniejsze.
A przy okazji sprawdzić, czyj Dar jest silniejszy. Tamtym razem go zaskoczyła. Ale uprzedzony jest uzbrojony. No, a jeśli okaże się, że znowu zzombifikuje go wzrokiem, i brzydkie kaczątko zmieni się w rajskiego ptaka, metoda leczenia jest znana: do doktora Tichwińskiego, a ten raz-dwa sprawi, żeby główka znowu pracowała.
W pierwszy dzień biblioteczny Darnowski popędził do Łyczkowa.
Dom z czerwonym dachem stał z zamkniętymi okiennicami, zabity na głucho.
Sąsiadka opowiedziała, że Daria Michajłowna jeszcze w czerwcu miała wylew. Umarła w szpitalu.
– A wnuczka Ania? – szybko spytał Robert.
– Dawno się nie pokazywała. Jeszcze od wiosny.
Do samochodu szedł, mamrocząc bezładnie:
– Alarm, alarm. Dronow, Dronow… Na milicję. Nie, na milicję nie. Dzwonić, jak najprędzej zadzwonić…
Ale kiedy trochę się uspokoił, zdecydował, że nie zadzwoni do teścia. Po pierwsze, po tak długim czasie nie warto się już śpieszyć. Jeśli stało się coś złego, to już tego nie naprawi. Po drugie, Wsiewołod Ignatjewicz pomyśli sobie Bóg wie co. Czemuż to zięć tak się niepokoi o jakąś dziewuszynę spod Moskwy? Jako były generał KGB skojarzy fakty, przypomni sobie załamanie nerwowe zięcia z maja… No i przede wszystkim sprawa nie jest znowu taka skomplikowana, można się obejść bez organów. A już na pewno podczas wstępnego zbierania informacji.
Nieprzeciętna inteligencja raz-dwa ułożyła plan działania.
Po półgodzinie Darnowski był już w centrum rejonu. W rejonowym wydziale informacji od razu podali mu nazwę i adres fundacji Dronowa („Zdrowie i Sport”): ulica Czerwonych Komunardów szesnaście.