Robert najpierw przejechał, a potem przeszedł piechotą obok piętrowego budynku, bardzo solidnego, wykończonego według zachodnich standardów – nawet w Moskwie na razie takich było niewiele. Nie zatrzymywał się, bo przed wejściem z imitacji marmuru przechadzał się mięśniak w czarnym garniturze i krawacie, a znad drzwi wystawała kamera wideo. Od razu widać, że to poważna instytucja.
Na parkingu stało kilka samochodów; same zagraniczne, ale znajomego dżipa nie było.
Darnowski usiadł na ławce, na mizernym skwerku po przeciwnej stronie ulicy, i w końcu się doczekał. Pod budynek z dużą szybkością podjechała czarna terenówka i stanęła jak wryta. Na chodnik z wysokiego stopnia lekko zeskoczył chłopak w kremowym garniturze. Dronow!
Ochroniarz rzucił się do otwierania drzwi, a Robert dziwnym trafem zapamiętał porę. Piętnasta czterdzieści trzy.
Uśmiechnął się sam do siebie: a to się znalazł detektyw! Pomyślał: a po co mi to wszystko potrzebne? Powygłupiałeś się i jedź do domu.
Ale dobrze wiedział, że nigdzie nie pojedzie.
O dziewiętnastej osiemnaście Dronow wyszedł w towarzystwie jakiegoś obrzydliwego, nadętego faceta, z pożyczką na głowie. Porozmawiali krótko, potem nadęty wsiadł do saaba, gdzie czekał na niego kierowca, Dronow do dżipa i rozjechali się w różne strony.
Robert w te pędy pobiegł do swojej „dziewiątki”, zaparkowanej za rogiem.
Ruszył z piskiem opon, jak w kinie. Na szczęście dżip stał na światłach, bo inaczej by go zgubił.
Nikt nie uczył Darnowskiego, jak się prowadzi obserwację, ale terenówka łatwo dawała się śledzić – czarny garb wystawał ponad płaskie dachy rodzimych aut, a i ruch w Basmanowie nie był taki jak w Moskwie. „Dziewiątka” trzymała się o sto metrów za grand cherokee, i nic, w porządku. Kiedy wyjechali za miasto, Dronow dał gazu na sto sześćdziesiąt, jeśli nie szybciej. Robert nie mógł nadążyć, nie ta pojemność silnika i mocy ciut za mało. Dżip oderwał się od „dziewiątki”, jakby ta stała w miejscu.
Ale Darnowski nadal pędził szosą, jak gdyby z góry wiedział, że jego upór zostanie wynagrodzony.
Po paru kilometrach ukazało się osiedle letniskowe. Nowiutkie, czyściutkie, z ładnymi domami i sporymi działkami. Na tabliczce był napis „Żuczyłowka”.
Robert zmniejszył prędkość do dwudziestu. Jechał, kręcąc głową w lewo i w prawo.
Nagle za ładnym kutym ogrodzeniem zobaczył tego czarnego potwora.
Jest!
Sportowy mafioso miał elegancki dom, najprawdziwszą willę. A ogród to już po prostu prześliczny – ze wspaniałymi krzakami róż, z oranżerią. Ale Robertowi najbardziej spodobało się ogrodzenie: niezbyt wysokie; przez takie można przeleźć, nawet nie będąc alpinistą. Poza tym nie słychać szczekania psa, też okej.
Wówczas przyszły docent zamrugał oczami, potrząsnął głową. Oprzytomniał.
Co pan, Robercie Łukiczu, nierówno ma pod sufitem? Co za alpinista? Jaki pies? Też mi Fanfan Tulipan.
Tak się na siebie rozzłościł, że kiedy wsiadał do samochodu, trzasnął drzwiami z całej siły. Ruszył przed siebie, nawet się nie obejrzał.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nocą nie mógł zasnąć. Soundtrack nucił coś tęsknego, niejasno przypominającego piosenkę o sierocie: „Zapomniany, porzucony…”. Robert długo się kręcił w łóżku, potem wstał po cichu. Nie wiedzieć czemu się ubrał.
Siedział w kuchni i palił papierosa.
Kiedy za oknem zaczęło szarzeć, z korytarza wyszła żona, podobna do wypływającej z odmętów najady (zawsze spała nago). Nie otwierając oczu, spytała sennym głosem:
– A to co? Jest piąta. Bezsenność? Weź elenium.
– Muszę jechać na lotnisko, przyjeżdża delegacja z Badenii-Wirtembergii – skłamał Robert niespodziewanie dla siebie samego.
– Aha.
Zniknęła w toalecie, a on nagle zabrał się i pojechał.
Po niecałej godzinie znalazł się koło domu Dronowa.
Jeszcze nie świtało, ale o dach samochodu bębnił drobny deszczyk.
Dosyć, pora dać sobie spokój z tym domem wariatów. Poświęcę na to jeszcze dzisiejszy dzień i koniec, twardo poprzysiągł sobie Darnowski.
Dżip wyjechał z bramy o wpół do dziewiątej. Dronow sam siedział za kierownicą.
Jeszcze pół godziny później na ganek wyszła kobieta, i w tej samej sekundzie zza chmur wyjrzało słońce, jak gdyby specjalnie czekało tylko na nią.
Ona? Nie ona?
Z bijącym sercem Robert wysiadł z „dziewiątki”, stanął tuż obok ogrodzenia, ale tak, żeby zasłaniały go zarośla.
Ona! Nie mogło być pomyłki, poznał szczupłą, bodaj nawet kanciastą sylwetkę.
Dziewczyna powoli szła dróżką, ścinając chryzantemy do bukietu. Długo stała przed każdym krzaczkiem. Pochylała głowę, przyglądała się, niekiedy nawet dotykała pąka – i najczęściej szła dalej. Jak gdyby przysłuchiwała się, czekała na jakiś sygnał. Ścięła w sumie sześć kwiatków, a zużyła na to przynajmniej dwadzieścia minut.
Robert na razie nie widział jej twarzy; dziewczyna była do niego odwrócona plecami.
No co, przekonałeś się, cymbale? Jest cała, zdrowa; straszny mafioso jej nie zamordował, nie porąbał na kawałki. Stuknięta Anka mało, że żyta, ale jeszcze była superodstrzelona.
Miała na sobie takie kimono, jakim nie pogardziłaby nawet wybredna Inna. Domowe pantofle od Gucciego z ostatniego katalogu – żonie Roberta na ich widok ciekła ślinka, mówiła, że strasznie drogie. Proszę, jaką królewną-łabędzicą stało się dawne brzydkie kaczątko.
W ogóle można było z czystym sumieniem wracać do domu, ale Robert zwlekał. Bardzo chciał, żeby się odwróciła. Jeszcze raz spojrzałby na jej twarz, żeby przekonać się, że zombifikacja, czy inaczej urok, już na niego nie działa.
Figurka rzeczywiście nic specjalnego. Łokcie ostre, na karczku wystające kręgi. Przysiadła w kucki, obnażając zbyt chude nogi i kościste kolana.
Ale dziewczyna nagle odwróciła się, odprowadzając wzrokiem fruwającego nad dróżką motyla – i Darnowski wczepił się obiema rękami w ogrodzenie.
Jak mógł uwierzyć profesorowi, temu idiocie? Jak mógł zapomnieć te policzki, ten niepowtarzalny kształt oczu, delikatny rysunek ust?
A z tą zombifikacją to bzdury, brednie. Przecież ona nawet na niego nie patrzyła, w ogóle go nie widziała.
Kiedy dziewczyna znowu obróciła się w stronę kwiatów, Robert lekko jęknął, jakby go coś zabolało – nie mógł się na nią napatrzyć.
Przycisnął gorące czoło do żelaznego pręta.
Znowu zaczynało kropić.
Anna (a nie żadna Anka!) zadrżała z zimna i wróciła do domu. Chciał ją zawołać, ale nie był w stanie.
To nie szaleństwo, powiedział sobie w duchu Darnowski. Szaleństwem było zmarnowanie aż czterech miesięcy!
Nie wiedział, jak długo tak stał, przyciśnięty do kraty, ale chyba długo. Nie zauważył, że się zachmurzyło, że deszcz przybiera na sile.
Dopiero kiedy za kołnierz wlała się mu zimna strużka, podniósł głowę, i od razu okulary miał mokre.
Przedstawiciel silnego genderu otrzepał się jak pies i schował je do kieszeni, po czym zaczął się wspinać po kracie ogrodzenia. Ześlizgnął się. Znowu wlazł. Za drugim razem sforsował przeszkodę. Zeskoczył.
Zdumiewające. Przez całe życie rozważał każde swoje posunięcie, każdy uczynek, wszystkie za i przeciw, a teraz ani chwili się nie zastanawiał.
Jedno okno na pierwszym piętrze roztaczało łagodny blask. Tam siedzi, pomyślał Robert. Zapaliła światło, dlatego że w pokoju było ciemno.
Nie chciał wchodzić przez drzwi wejściowe. Może w domu ktoś jest?
Zbliżył się do oświetlonego okna. Spróbował się podciągnąć, ale nie starczyło mu sił.
Wtedy odszedł, rozpędził się, podskoczył. Złapał za ramę, nogę oparł o gzyms. Dosyć mocno rąbnął kolanem o mur, ale nie poczuł bólu.