Выбрать главу

Jakoś się podciągnął, usiadł na parapecie.

Włożył okulary.

Dziewczyna siedziała całkiem blisko, można było dotknąć jej ręką. Usadowiła się w fotelu, z podwiniętymi nogami, i przykryła pledem. Stojąca lampa świeciła pomarańczowo. Na stoliku parowała herbata w filiżance, czuło się aromat jaśminu.

Czemu tak uważnie się przypatruje?

To album albo jakiś magazyn ilustrowany.

Anna nie słyszała, jak Robert szturmuje okno, zagłuszał to szum deszczu.

Mógłby długo tak na nią patrzeć. Patrzeć i słuchać muzyki, która w nim dźwięczała.

Ale Anna poczuła jego wzrok na sobie i obejrzała się.

Pojawił się zielony blask, który na chwilę jej niebieskim oczom przydał odcienia wody morskiej, i rozległ się głos – ten sam, który niegdyś życzył mu szczęśliwej drogi.

To on. Ale jaki brzydki.

Pierwszemu zdaniu (które właśnie było najciekawsze) Robert nie przydał znaczenia, tak nieprzyjemnie uderzyło go drugie. Pewnie, włosy miał potargane i zamszowa marynarka na ramionach pociemniała od deszczu, ale „jaki brzydki”? Cóż to znowu?

Nie szkodzi, to się da poprawić - ciągnął głos i powiedział rzecz jeszcze bardziej zdumiewającą. – Słyszysz mnie? No pewnie. Ja jeszcze wtedy zrozumiałam.

Ale Robert i to puścił mimo uszu – śpieszył się, by wypowiedzieć zawczasu przygotowane słowa, wyjaśnić swoje nagłe wtargnięcie:

– Witaj, Anno – rzekł ochrypłym głosem. – Szukałem cię. Żeby… żeby powiedzieć, że twoja babcia…

Zaciął się, bo zrozumiał, że o śmierci Darii Michajłowny należałoby powiadomić dziewczynę jakoś bardziej taktownie. Mimo wszystko stara alkoholiczka była dla niej jedyną bliską osobą.

Anna ze smutkiem pokiwała głową. Wiem. Poczułam to. Najpierw bardzo ją zabolało, ale to trwało niedługo. Potem usnęła. A potem już jej nie było… Możesz nie mówić, ja cię i tak usłyszę.

Wtedy ostatecznie do niego dotarło. Ona wie, że on słyszy jej myśli! I też umie słuchać. To o to chodzi! To dlatego jej widok tak na niego działa! Są właścicielami Daru, ona i on są jednej krwi!

– Ty… też… – mimo wszystko wypowiedział na głos.

Połapał się, zacisnął usta i w myślach ciągnął:…umiesz czytać myśli?

Ja nie czytam. Ja czuję. Wiedziałam, że prędzej czy później po mnie przyjdziesz. I przyszedłeś.

Teraz pozostawało powiedzieć – nie, pomyśleć – tylko jedno:

Chodź do mnie, zabiorę cię stąd. Ja… bez ciebie już teraz nie mogę.

W myślach wypowiadając słowa, których na głos raczej by nie wypowiedział bez rumieńca wstydu, Robert zrozumiał, że to, co wyznał, nie jest przesadą, ale czystą prawdą. Cokolwiek by się z nim miało stać, nie odejdzie stąd bez niej.

Wiem. Odwróciła oczy, spojrzała na pokój – a Robert przestał ją słyszeć, chociaż powinien był, kontakt nie mógł tak nagle ustać. Kiedy Anna znowu odwróciła się w jego stronę, twarz miała smutną.

Dobrze. Idziemy.

Wstała. Pled ześlizgnął się na podłogę, magazyn upadł. Tak jak stała, w domowym kimonie, podeszła do okna.

Robert zeskoczył w dół, pod lejące się z dachu strugi, uniósł ręce, a Anna zsunęła się na nie.

Była bardzo lekka.

Rozdział jedenasty

Szczęśliwy Robert

Wieziesz mnie do siebie do domu? - spytała w samochodzie, strząsając krople wody z włosów.

Nie, będziemy mieszkać… w innym miejscu. Robert odwrócił się. Żeby nie usłyszała jego dalszych myśli, choć nawet nie był pewny, że ten wybieg pomoże – zdaje się, że Anna władała Darem nie gorzej niż on, a może nawet lepiej.

Zresztą myśl najbardziej niebezpieczną, o żonie, od razu odpędził od siebie: potem, o tym później.

A dokąd zawiezie Annę, już wiedział. Co dziwne, niby nie mógł się pozbierać, niby wyrabiał nie wiadomo co, ale wrodzony pragmatyzm go nie opuszczał, mózg pracował, szare komórki funkcjonowały.

– Wstąpimy na chwilę do mnie, do pracy – powiedział na głos, niby dlatego, że w czasie jazdy musiał patrzeć przed siebie.

I chociaż nie spoglądał na Annę, usłyszał odpowiedź:

Dobrze. Tylko się nie denerwuj. I nic się nie bój.

Okazuje się, że może z nim rozmawiać bez kontaktu wizualnego. To znaczy, że słyszy jego głos wewnętrzny? Z całą pewnością.

Robert zaczął więc myśleć o sprawach bezpiecznych: jaka jest piękna i jakie to szczęście, że z nim pojechała. Z tym nie miał żadnej trudności.

Uderzające, ale żadnej zwykłej rozmowy, całkiem naturalnej w podobnych okolicznościach, między nimi nie było: nie wyznawał jej szalonej miłości, nie opowiadał o sobie, nie wymienił nawet swego imienia, ona zaś o nic go nie pytała. Był jakoś dziwnie pewny, że i bez wyjaśnień wszystko o nim wie.

* * *

Robert zostawił ją w samochodzie koło instytutu i pognał do działu francuskiego; Miszka Łabaznikow składał tam dzisiaj sprawozdanie z przebiegu stażu. Miszka od półtora roku obijał się na Sorbonie, gdzie dostał się nie bez protekcji Roberta. Do Moskwy przyjechał na tydzień, a potem leciał z powrotem do Paryża.

Darnowski wyciągnął dłużnika na korytarz i od razu zapytał o najważniejsze:

– Pamiętasz, proponowałeś mi klucze od chaty. Nadal stoi pusta? Nie wynająłeś jej?

– Coś ty? Lenka trzęsie się o kolekcję swojej babci. A co, potrzebujesz kluczy? – Miszka się ożywił. – Oj, świnia z ciebie. Robisz w lewo swoją miss świata?

– Dasz klucze czy nie?

– Jasne, że dam. O szóstej jadę na lotnisko. Klucze zostawiam u sąsiadki, pod czterdziestym szóstym. Tylko się tam zanadto nie kotłujcie, nie wytłuczcie Lence porcelany. – I Łabaznikow szepnął konspiracyjnie: – A kogo ty tam masz? Czyżby ładniejsza od Inki?

– Ładniejsza. Słuchaj – Robert stał się jeszcze bardziej bezczelny – Lenka sobie pewnie nakupiła ciuchów w Paryżu, to moskiewskich szmat nie będzie nosić.

– Aha, prowincjuszka – ze zrozumieniem kiwnął głową Miszka. – „Ładnam ci ja, ładna, tylko nieubrana”. No bierz, oczywiście. Lenka tyle razy mówiła: jak wrócę, to powyrzucam wszystko z szafy. Tylko jakie ta twoja lala ma wymiary? Moja Lenka to sam wiesz, istota efemeryczna. Ubrania rozmiar czterdziesty drugi, buty trzydziestkapiątka.

– To akurat w sam raz.

Załatwił wszystko – i z chatą, i z garderobą.

Do wieczora jeździli po mieście. Zjedli zwyczajny obiad, w pierogami. Tak jak do tej pory, nie próbował zaglądać Annie w oczy, nie słyszał więc jej myśli. A im bliżej było do chwili, kiedy pojadą do Miszki, tym bardziej się denerwował.

O siódmej weszli do eleganckiego mieszkania na prospekcie Kutuzowa, pełnego szklanych etażerek, zastawionych figurkami z porcelany. Anna się do nich od razu przypięła, obejrzała wszystkie co do jednej, a niektóre nawet pogłaskała.

Robert czekał na nią w sypialni, pod olbrzymią kopią Tańca Matisse’a w złoconej ramie, przed szerokim arabskim łożem (Miszka i Lenka mieli nieszczególny gust). Teraz powinno było się odbyć to, dla czego romantyczni młodzieńcy porywają piękne dziewoje. Ale Robert nie czuł erotycznego podniecenia, tylko niepojęty strach.

Stal tak przez dziesięć minut, coraz bardziej zdenerwowany, kiedy w końcu zajrzała Anna.

Co tutaj robisz?

Oczy jasne, całkiem niewinne, bez żadnych ukrytych myśli (to już Darnowski, ich właściciel, wiedział bardzo dobrze).