Pośpiesznie ruszył w jej stronę, objął ją i spuścił oczy, żeby nie wyczytała w nich strachu. Zaczął całować Annę w szyję.
Coś nie tak? Co mu przeszkadza?
Inna?
Nie, o niej teraz nie myślał.
Czy to, że nie dostaje podpowiedzi, jak w dawnych donżuanowskich czasach? Nie może się zabawić w „ciepło-zimno”? Ale przez lata monogamicznego małżeństwa z Inną przywykł przecież obchodzić się bez suflera.
Nie, to nie to. Coś innego przeszkadzało Robertowi zapomnieć o całym świecie i umrzeć ze szczęścia w ramionach najpiękniejszej z kobiet.
Ujęła go dłońmi za skronie i łagodnie podniosła jego głowę.
To można tylko wtedy, kiedy nie da się inaczej. A ty tego nie potrzebujesz. Lepiej napijmy się herbaty. Jest tu herbata?
Ma rację - pomyślał Robert, czyli tak jakby powiedział. – Nie teraz, potem. Kiedy będzie odpowiedni moment.
Herbata u Łabaznikowów się znalazła, i to przyzwoita, „Trzy Słonie”. W ogóle, jak się okazało, gospodarna Lenka zadbała o zapasy, samych puszek była chyba setka. Widocznie kiedy wyjeżdżała do Paryża, zakładała, że podczas jej nieobecności w Moskwie z jedzeniem będzie beznadziejnie. W szafkach była i kawa rozpuszczalna, i zielony groszek, i skondensowane mleko, i konserwy mięsne, i węgierskie marynaty warzywne.
Gniazdko miłosne zaopatrzone pierwsza klasa, tylko z miłością się nie układa, ponuro myślał Darnowski, rozpakowując herbatniki i otwierając dżem.
Ale to było jedynie pro forma. W rzeczywistości kiedy wyniósł się od gołodupców Matisse’a i arabskiego łoża namiętności, doznał niesamowitej ulgi. Od razu poczuł się lekko, dobrze i… naturalnie, tak trzeba to nazwać.
Czuł się teraz po prostu wspaniale. Patrzył, jak Anna dmucha na gorącą herbatę, jak smaruje herbatniki dżemem. Albo po prostu zwyczajnie się uśmiecha.
Już teraz nie chował przed nią oczu, odkąd się okazało, że wewnętrzny głos może też obchodzić się bez słów. W duszy grała cicha muzyka, przypominająca szelest liści albo plusk fal, Robert był więc przekonany, że Anna także to wszystko słyszy. Po raz pierwszy dawał posłuchać swojego soundtracku komuś innemu, a to jest tysiąc razy intymniejsze od seksu, nawet najcudowniejszego. Miłość mógł uprawiać z każdą. Dzielić swoją tajemną muzykę – tylko z tą.
Wszystko to trzeba było przemyśleć.
Kiedy Anna myła naczynia, Robert palił przy oknie papierosa i patrzył na ulicę: ciemność wieczoru rozjaśniały odblaski neonów na mokrym asfalcie i czerwone światła samochodów. Po raz pierwszy w tym zwariowanym dniu zaczął myśleć racjonalnie.
Nie było to bezpieczne zajęcie.
Od razu ogarnęło go zakłopotanie, a nawet przerażenie. Z sytuacji, w którą zapędził się sam, a przy okazji dziewczynę – jedyną na świecie – nie było absolutnie żadnego wyjścia.
Żona!!! Co począć z Inną?
Nie można przecież tak po prostu sobie zniknąć. Trzeba do niej zadzwonić. I co powiedzieć? „Już do ciebie nie wrócę, pokochałem inną”? Tak ni z gruszki, ni z pietruszki? To okrutne, podłe; ludzie odpowiedzialni tak nie robią. Trzeba wyjaśnić… Nie, czegoś takiego nie da się wyjaśnić. Dobra, ale trzeba powiedzieć wszystko, co powinno zostać powiedziane. Tylko w oczy, a nie do słuchawki. Trzeba jechać.
Ale nie można tutaj zostawić Anny samej. Jest niezwykła, jest właścicielką Daru. Zarazem jednak funkcjonuje jak dziecko w świecie dorosłych. Kiedy Robert błagał, żeby z nim pojechała, nie przyznał się przecież, że jest żonaty.
Już prawie północ. Inna na pewno odchodzi od zmysłów. Obdzwoniła wszystkich, których się dało. Też stoi w kuchni przy oknie, nerwowo zaciąga się papierosem, patrzy, czy „dziewiątka” nie wjeżdża na podwórze…
Darnowski zacisnął zęby, żeby nie jęknąć.
Co robić?
Na jego ramieniu spoczęła szczupła ręka, długie palce połaskotały jego szyję.
Wracaj do domu. Jestem zmęczona, chcę spać. Przyjedziesz jutro.
Szybko się odwrócił. Usłyszała! Zrozumiała!
Nie, przyjadę dzisiaj. Pomówię… z nią i wrócę.
Jutro. A teraz idź. Mnie się nic nie stanie.
Robert od razu się uspokoił, jak carewicz Iwan, któremu Piękna Wasylisa obiecała, że ranek mądrzejszy będzie od wieczora.
Do domu jechał z mocnym postanowieniem, że porozmawia o wszystkim z żoną. Nawet do drzwi zadzwonił gwałtownie, zdecydowanie.
Ale kiedy Inna otworzyła, był zszokowany.
– Gdzie byłeś? – zaszlochała, patrząc mu prosto w pierś. Łagodnie walnęła go w nią piąstką, a potem oparła się o nią czołem. – Ja tacie… On na milicję… wszystkie wypadki z udziałem wiśniowych „dziewiątek”… Dlaczego nie zadzwoniłeś?
Szok nie polegał na tym, że żona płakała (chociaż to zdarzało się bardzo rzadko). Roberta uderzyło coś innego.
Zawsze uważał, że uroda Inny powala wszystkich na kolana, i wszyscy dokoła w tym mniemaniu go utwierdzali. Ale drzwi otworzyła jakaś baba z wielkim nochalem, grubymi wargami i szeroką gębą. No i potwornie długimi rzęsami, włochatymi jak gąsienice. Kiedy ta paskuda przywarła do niego i wpiła się weń swoimi drapieżnymi czerwonymi pazurami, wzdrygnął się z obrzydzenia.
Nie powiedział więc tego, co chciał powiedzieć. Dlatego, że zrobiło mu się jej strasznie żal. Królewna zmieniona w żabę to postać głęboko tragiczna.
Coś tam nakłamał o Szwabach, którzy się do niego przyczepili, i o przeciągającej się kolacji w lokalu, a Inna uwierzyła tak szybko i ochoczo, że aż serce mu się ścisnęło.
Potem, jak w poprzednich dniach, do wpół do drugiej siedzieli przed telewizorem i oglądali film z amerykańskiej retrospektywy, jedną z pierwszych hollywoodzkich jaskółek, które przyleciały na radziecki mały ekran.
Teraz Roberta czekało jeszcze jedno odkrycie. Znana w całym świecie aktorka, której urodą zachwycał się jeszcze wczoraj, też okropnie zbrzydła. Nos toporny, ciężka dolna szczęka, twarz podobna do rzodkiewki, a biust jak u krowy. Za to inna, która grała głuptaskę, okazała się niczego sobie: miała ładny podbródek, zwężający się ku dołowi, i wąskie usta o regularnym wykroju.
Stop, rzekł do siebie Robert. To nie Inna ani Demi Moore tak gwałtownie zbrzydły, to moje kryteria piękności się zmieniły… Posiadaczka idealnej twarzy (trójkątnej, z szerokimi ustami i ostrym, zadartym noskiem) śpi teraz w cudzym mieszkaniu na prospekcie Kutuzowa.
– Co za bzdura – powiedział Robert, wstając. – Przecież ty też nie oglądasz. Chodźmy spać, co? Muszę wcześnie wstać. Mam zapieprz w pracy, trzeba będzie siedzieć do późna, nawet dni biblioteczne przepadły.
Inna bez zainteresowania kiwnęła swoim mięsistym nochalem.
Wczesnym rankiem Robert wpadł do dyrektora instytutu. Poprosił o zwolnienie z kierownictwa sektora i przeniesienie z powrotem na stanowisko starszego pracownika naukowego; potrzebuje wolnego czasu na zrobienie habilitacji. Dyrektor był szczerze zdziwiony. Pomyślał: Pewnie chytrus upatrzył sobie jakąś niezłą posadkę. Szykuje się do odejścia. Na pewno teść mu załatwił. Oj, i mnie by się przydało. Ale przychylnie odniósł się do prośby i życzył Robertowi sukcesów w nauce.
Prosto z pracy, gdzie teraz mógł się w ogóle nie pokazywać, Darnowski pojechał na prospekt Kutuzowa. Kwiaty kupił po drodze, jedzenie zabrał z domowej lodówki (przecież nie samymi konserwami będzie karmił najpiękniejszą dziewczynę planety).
Anna jeszcze spała, jak dziecko wsunąwszy dłonie pod policzek.
Zatrzymał się w drzwiach sypialni i długo patrzył, doświadczając bardzo silnego, ale nieznanego uczucia, całkiem nie takiego, jakie należałoby żywić na widok pięknej dziewczyny z rozrzuconymi na poduszce włosami i wysuniętym spod kołdry obnażonym ramieniem. Robert wcale nie pragnął chwycić jej w objęcia i wedrzeć się w gorącą, podatną kobiecość, ale delikatnie pogłaskać ją i nie budząc, leciutko pocałować.