Cóż to się ze mną dzieje? Pokręcił głową. Ale zrobił właśnie to, co zamierzał. Przykucnął, pogłaskał wgłębienie nad obojczykiem i ledwo dotknąwszy Anny ustami, pocałował ją.
Uśmiechnęła się, otworzyła oczy.
To ty. Jak dobrze.
Robert zbladł, tak dojmujące, prawie bolesne było uczucie absolutnego szczęścia. W oknie, inaczej niż wczoraj, świeciło słońce; żółknące wierzchołki drzew na tle nieba były tak piękne, że aż kiczowate.
Zaczęło się życie wyraźnie podzielone na dwie połowy.
Od rana do wieczora Robert był z Anną, od wieczora do rana – z Inną. W miarę tego, jak jesień nabierała siły, a potem ją traciła, przechodząc w zimę, kolor każdej połowy stawał się coraz wyraźniejszy. Życie z Anną było białe, radosne. Z Inną czarne, pełne męki i poczucia winy. Robert ponuro żartował: oto dwa chińskie żywioły – In i An.
Wieczorem, kiedy się ściemniało (z każdym dniem wcześniej), zaczynał mu się psuć nastrój. Anna to czuła. Powiedziała (teraz wydawało mu się, że ona naprawdę z nim rozmawia), że jest istotą natury, zimą dużo śpi, i naprawdę niemal o szóstej zaczytana ziewać, oczy jej się kleiły. O ósmej, a w grudniu niekiedy nawet wcześniej, energicznie oświadczała, żeby się zabierał – ona musi się umyć i lulu.
Kiedy przyjeżdżał rano, jeszcze spała. Robert miał wrażenie, że gdyby nie przyjechał, wcale by się nie obudziła. Kiedyś się spóźnił, przyjechał o drugiej – i rzeczywiście, Anna jeszcze spała.
Z Inną żyło się całkiem inaczej.
Ze wstydu i ustawicznego poczucia winy traktował ją bardzo uprzejmie i ostrożnie. Zręcznie i przekonująco kłamał o obowiązkach w pracy – na szczęście Inna nie miała zwyczaju dzwonić do instytutu.
Coś z pewnością wyczuwała; o wiele częściej niż kiedyś czuł na sobie jej bystre spojrzenie z ukosa. Teraz mógłby nawet spróbować w nie zajrzeć, i bardzo możliwe, że by mu się udało. Ale nawet przypadkowo starał się nie stykać z Inną wzrokiem. Czuł wyrzuty sumienia, i prawdę mówiąc, przykro było na nią patrzeć, taka, biedaczka, była brzydka. Żeby nie domyśliła się, jak bardzo jest w jego oczach nieatrakcyjna, Darnowski kochał się z nią każdej nocy. Od miodowego miesiąca to się nie zdarzało. Wystarczyło przymknąć powieki, wyobrazić sobie Annę, i dalej już wszystko szło samo. To dziwne: w białej połowie życia, gdy Anna była w pobliżu, nie miał seksualnych pragnień, a gdy jej nie było, wystarczyło samo przypomnienie, jak na spacerze zdejmuje sweter przez głowę czy tylko wytrząsa śnieg z buta, żeby płomień ogarnął Roberta.
W końcu rozwiązał tę zagadkę. Spacerowali akurat po parku.
Kiedy Robert przebywał z Anną, jak gdyby wracał do dzieciństwa. To jeździli na łyżwach, to znowu obrzucali się śnieżkami, to po prostu się wygłupiali. No więc woził ją na sankach, biegł kłusem, udając konia. Rżał, wyciągał szyję, a ona się zaśmiewała. Kiedyś odwrócił się, zobaczył jej zarumienione policzki, błyszczące oczy – z wyglądu można jej było dać dwanaście lat – i nagle przeszyła go myśclass="underline" to moja siostrzyczka! Tak, nie ukochana, ale siostra! Kto będzie ciągnął siostrę do łóżka?
To było bardzo dziwne.
Najgorsze były wolne dni. Sobota jeszcze data się znieść. Tego dnia Inna odwiedzała rodziców, a on jechał do matki. Tyle że teraz Darnowski bezczelnie żonę nabierał. Wpadał do rodzicielki na pół godziny, najwyżej godzinę, a potem – do Anny.
Za to w niedzielę Anna musiała siedzieć zupełnie sama. Nienawistny, niekończący się dzień. Ale ona ani razu się nie poskarżyła. Kiedy pytał, gdzie była i co robiła, zawsze odpowiadała jednakowo: spacerowała. Jeśli Robert nie dawał za wygraną i wypytywał ją o szczegóły, odwracała oczy; wtedy od razu przestawał ją słyszeć.
Chyba nigdy się nie nudziła. Książek w ogóle nie czytała (może naprawdę nie umiała czytać?), telewizję oglądała w dziwny sposób – nie wiadomości, nie filmy i przeróżne talk-show, jak wszyscy normalni ludzie, tylko kreskówki, albo bajdurzenie na kanale edukacyjnym: o termitach albo wędrówkach ptaków. Lubiła przeglądać albumy z reprodukcjami, przez godzinę wpatrywać się w jakieś Poddanie Bredy albo Ostatni dzień Pompei.
Po zakupy nie chodziła, Robert sam zapełniał lodówkę. Babcia nieboszczka nabujała z tym apetytem wnuczki. Anna jadła jak ptaszek. Tylko piła dużo herbaty. Za pierwszym razem, kiedy Robert wychodził, położył na telewizorze plik banknotów – żeby miała na wydatki. Potem ciągle sprawdzał, ale ani jednego papierka nie ubyło.
W owym dziwnym roku, kiedy kraj osuwał się w przepaść, Robert miał akurat dużo pieniędzy. I to nie „drewnianych”, czyli rubli (wtedy w Moskwie była ich cała kupa, tylko że nic nie można było za nie kupić), ale prawdziwych, zielonych.
To dzięki teściowi.
Ten najpierw pomógł mu korzystnie zamienić samochód. Prawie nowy golf, prosto z Niemiec, nic właściwie nie kosztował Roberta, który zapłacił niewiele więcej, niż dostał za sprzedaną wiśniową „dziewiątkę”.
Potem Wsiewołod Ignatjewicz wyświadczył zięciowi nieocenioną przysługę: załatwił mu kapitalną chałturę: przekłady z angielskiego, niemieckiego i francuskiego rozmaitych ekologicznych bla-bla. Przekłady opłacała międzynarodowa organizacja, przy tym według stawek europejskich, dwadzieścia dolarów za stronę. Za godzinę stukania na maszynie Darnowski dostawał po prostu swoją trzymiesięczną pensję. Jesienią rząd po raz pierwszy zdewaluował rubla i potem zrobił to jeszcze kilka razy, tak że solidne pięćset rubli w instytucie zmieniło się w żałosne piętnaście dolców.
W kwietniu mieli wrócić Łabaznikowowie, ale Robert zawczasu zdążył przenieść Annę; za cztery tysiące dolarów kupił jej kawalerkę koło parku Kuźmińskiego – teraz już wolno było mieć dwa mieszkania.
Czuł się tam o wiele lepiej niż u Inki (tak w myślach nazywał swoją nocną kwaterę), a nawet na Kutuzowa. Ku jego zaskoczeniu Anna wykazała się talentem w urządzaniu gniazdka. Zaprowadziła Roberta do sklepu, ustawiła go w długiej kolejce po tapety i farby, a remont zrobiła sama. Gdzie się tego nauczyła, nie wiadomo. Przez tydzień chodziła usmarowana i bardzo zadowolona. Darnowski był natomiast od czarnej roboty. O nic go nie pytała, nie interesowało jej jego zdanie, wydawała tylko polecenia: podaj, przynieś, potrzymaj, nie tak, głuptasie.
Zamieniła mieszkanie w prawdziwy raik, jasny, miły, odświętny i, co najważniejsze, wszędzie czuło się obecność Anny. Mieszkanko było obszarem absolutnego, niczym niezmąconego szczęścia.
W dzień Robert żył w raju, wieczorem wracał do nocnego piekła, ale oba jego czasy: jasny i ciemny, pędziły z niewiarygodną szybkością. Kraj, który przyjął niegdyś dziwaczną, niegeograficzną nazwę „Związek Radziecki”, spadał w przepaść z przyprawiającym o mdłości przyśpieszeniem.
Życie zmieniało się gwałtownie i nieodwracalnie, przy czym wyłącznie na gorsze. Wielu ludzi zapomniało o swoim pionierskim dzieciństwie i komsomolskiej młodości, uwierzyło nagle w Chrystusa i zaczęło czytać Biblię. Największą popularnością wśród neofitów cieszyło się Objawienie świętego Jana. Okazało się, że Czarnobyl to po ukraińsku piołun, wszyscy zaczęli więc mówić o bliskości apokalipsy, ponieważ w Piśmie napisane było: „A imię onej gwiazdy zowią piołunem: i obróciła się trzecia część wód w piołun, a wiele ludzi pomarło od onych wód; bo się stały gorzkie”.