Выбрать главу

W moskiewskich sklepach wprowadzono niesłychane porządki – sprawdzano dowody osobiste i wpuszczano tylko zameldowanych w stolicy. Przy tym na pólkach i tak nie było nic prócz plastikowych reklamówek i trzylitrowych słojów z sokiem brzozowym. W domach towarowych widok był już całkiem surrealistyczny. Tłum stał przed pustymi stoiskami i czekał, czy nie rzucą czegoś – nieważne czego. Od jesieni zaczęły się problemy z chlebem. Nawet w Instytucie Krajów Kapitalistycznych, zawsze zaopatrywanym w żywność tak jak Komitet Centralny, teraz można było dostać w najlepszym wypadku chudego, zsiniałego kurczaka i puszkę sajry. Walka z przywilejami wykończyła nawet wieloletniego przyjaciela domu – „koryto”, do niedawna jeszcze sprawnie zaopatrujące Wsiewołoda Ignatjewicza w salami, jesiotry i inne rarytasy.

I cóż na to generał rezerwy Strojew? Może przestraszył się, popadł w melancholię, pozwolił rodzinie zginąć? Nigdy w życiu.

Wspaniałe Centrum SOS, poza innymi dobrodziejstwami, okazało się adresem, na który przysyłano pomoc humanitarną, napływającą z byłego Świata Forsy do byłego Imperium Zła. Wsiewołod Ignatjewicz opowiadał ze śmiechem, że w Centrum – w całkowitej zgodzie z normami międzynarodowymi – otwiera się przesyłki, by poddać je kontroli sanitarnej i ekologicznej. Produkty szybko psujące się (to znaczy wszystkie z wyjątkiem cukru i kasz) są rekwirowane i profilaktycznie niszczone. Tymi właśnie „profilaktycznie zniszczonymi” wędlinami, serami, małżami, a czasem nawet gęsimi wątróbkami żywił teść ukochaną córkę i niewiernego zięcia, i to nawet lepiej niż w czasach przywilejów nomenklatury. Co jadła reszta mieszkańców, było dla Roberta zagadką. Ale z głodu nikt nie umierał, więc jakoś tam sobie radzili. I czekali na rychłe rozwiązanie, bo wszyscy czuli, że tak dalej żyć nie można.

W republikach nadbałtyckich i na Zakaukaziu tubylcy zapragnęli niepodległości, za co strzelano do nich z automatów i okładano ich ostrymi saperskimi łopatkami.

Delegaci na zjeździe żądali dymisji prezydenta.

Najśmielsi i najbardziej przewidujący członkowie KPZR publicznie zwracali legitymacje partyjne.

Analitycy w gazetach przepowiadali dwa możliwe wyjścia: albo faszystowska dyktatura w rosyjskim (to znaczy jeszcze gorszym niż niemieckie wydaniu), albo wojna domowa. Wolnomyślna inteligencja skłaniała się ku drugiemu wariantowi.

Odczucie ogólnonarodowego obłędu znakomicie odpowiadało wewnętrznemu stanowi Roberta. Też nie był zdrów na umyśle, codziennie przemieszczając się z maniakalnej strefy dziennej w depresyjną nocną. Żadna psychika nie wytrzymałaby tego kontrastowego prysznicu, tej naprzemiennej gorączki. Darnowski czuł się winny wobec wszystkich – i Anny, i Inny, i teścia-dobroczyńcy.

Gdyby żona choć raz się oburzyła, gdyby spróbowała przyłapać go na kłamstwie, wybuchnąłby i wszystko powiedział; niech będzie, co ma być. Ale Inna była cicha, łagodna i ufna.

Robert już ostatecznie pozbył się skrupułów i nawet w niedzielę zaczął uciekać na Kuźminki. Najpierw na godzinkę, potem na dłużej. Żona zniosła i to. Kiedy był z nią, czuł się łajdakiem, bydlakiem, katem. Tym bardziej gorączkowo wyrywał się z krainy mroku do krainy światła.

Bardzo dawno już tak dużo nie chodził piechotą. Anna nie lubiła samochodu, spacerowali więc po ulicach. Jak się popatrzy z boku – no cóż, idzie para, trzymają się za ręce. Nie patrzą na siebie, milczą. A w rzeczywistości rozmawiali, tylko nie na głos. Rozmawiali o wszystkim. Niektóre z rozmów trudno byłoby nawet zapisać, bo nie ma takich słów. Ale niektóre rozmowy można przekazać w całości.

Rozmowy z Anną

Na przykład taką – o Darze.

Anna nie opowiadała, skąd się u niej wziął. Robert sądził, że najprawdopodobniej podczas tego dziwnego epizodu, kiedy przez dwa dni błąkała się po lesie, a potem nagle oduczyła się mówić na głos. Próbował zapytać, ale Anna od razu się wyłączyła – potrafiła czynić swoje myśli nieodgadnionymi, jeśli nie chciała poruszać jakiegoś tematu.

Jakoś samo się ustaliło, że pochodzenie Daru jest poza wszelką dyskusją, nie wolno o nie pytać. Robert zresztą też nie miał ochoty mówić o wypadku i Białej Kolumnie. Nawet z nią.

A Dar Anny, jak się okazało, miał trochę inny charakter. Być może nawet zupełnie odmienny.

Ty słyszysz ludzi, ja ich widzę. Ty ich czytasz, a ja jakbym oglądała film. Właśnie dlatego, że nie słyszała sensu wewnętrznego, ale go widziała, wygląd zewnętrzny człowieka albo wcale dla niej nie istniał, albo nie miał znaczenia. O urodzie i brzydocie decydowały jakieś inne czynniki.

Wyszło to na jaw kiedyś w styczniu, kiedy zdrętwiały Robert oglądał reportaż o wydarzeniach na Litwie. Popularny spiker sławił wyczyn desantowców, którzy zabili kilkunastu bezbronnych ludzi i zajęli wieżę telewizyjną w Wilnie.

– Nadejdzie dzień, kiedy postawi się spiżowy pomnik tym stu sześćdziesięciu chłopcom, którzy ocalili Litwę – wieszczył z patosem piękny blondyn.

Robert krzywił się boleśnie.

Anna, całkowicie obojętna wobec polityki, z roztargnieniem podniosła wzrok znad albumu z reprodukcjami.

Jak można takich pokazywać na ekranie?

Tak, to skończony łajdak, zgodził się Darnowski.

Zdziwiła się.

Czy można tak mówić, kiedy się nie zna człowieka? Może on kocha psy. Albo konie. Pomaga jakiejś staruszce. Ale ten biedaczek jest taki brzydki. Prezenter telewizyjny powinien jednak ładnie wyglądać.

Brzydki? Robert obejrzał się na nią i zrozumiał, że dziewczyna nie żartuje. To kto w takim razie jest ładny?

Pozwól.

Anna wzięła pilota, popstrykała przyciskami. Tylko najpierw wyłączyła dźwięk – zawsze oglądała programy bez fonii; mówiła, że to jej przeszkadza.

Patrz tutaj, jaka ładna. Na czwartym kanale pokazano jakąś grubą babę z obwisłym podbródkiem i zaniedbanymi włosami. Jak z Kustodijewa albo Renoira. Pewnie aktorka filmowa. Anna westchnęła marzycielsko.

Robert już kiedyś widział tę babę, pokazywano ją nie po raz pierwszy. Ta wariatka, mając trójkę własnych dzieci, wzięła jeszcze siedmioro z domu dziecka, w dodatku ułomne. Jak zamierzała wyżywić tę hałastrę, nie wiadomo. Darnowski potępiał taką bezmyślną, żebraczą filantropię, uważał, że to brak odpowiedzialności.

Inną skończoną pięknością w mniemaniu Anny okazała się postrzelona obrończyni praw człowieka, Nowodworska; Robert nie podzielał jej ekstremistycznych poglądów i tłumaczył je wyłącznie tym, że kobita wygląda odpychająco i nie potrafi sobie ułożyć życia. Coś ty? - zdumiała się Anna. – Popatrz, jakie ma oczy, jaki uśmiech! Od razu widać, że nie jest wyrachowana i wierzy w to, co mówi. Gdybym była mężczyzną, zakochałabym się w niej bez pamięci.

Wtedy coś mu się przypomniało.

Poczekaj. Kiedy wlazłem do ciebie przez okno, powiedziałaś: „Jaki brzydki”. To znaczy, że Nowodworska jest urodziwa, a ja jestem brzydalem?

Anna zawahała się.

Od tamtego czasu bardzo wyładniałeś. Słowo daję. Może dlatego, że bardzo się dręczysz. Kiedyś miałeś taką niesympatyczną, zadowoloną z siebie twarz, a teraz jesteś zupełnie niczego sobie.

Ale przecież jestem podły! - wyrwała się Robertowi niebezpieczna myśl.

Myśl to nie słowo; trudno ją powstrzymać.

Podłego człowieka nie boli dusza - rzekła Anna mentorskim tonem i ziewnęła, bo zbliżał się już wieczór. – Tylko brzuch. Albo zęby.