Denerwował się okropnie, ale denerwował się akurat tak jak trzeba przy takich okazjach. Anna też się zarumieniła; to pożądany objaw.
Robert odstawił butelkę. Ruszył w stronę Anny, wziął ją za ręce, podniósł z krzesła i zaczął całować jej maleńką dłoń. W odpowiedzi Anna słabo poruszyła palcami, ale tylko tyle.
Na pomoc przyszła sukienka, jak gdyby w dowód wdzięczności za wydatek.
Ramiączko samo z siebie płynnie zsunęło się na bok, całkowicie obnażając szczupłe ramię. Robert zaraz wpił się w nie wzrokiem.
Nie chodziło o bezbronną nagość. Zdarzało mu się przecież oglądać i bardziej intymne części ciała Anny, która nie należała do wstydliwych. Tak samo jak Inna, spała nago, więc kiedy Robert rano przychodził ją budzić, często musiał naciągać na nią kołdrę, która się ześlizgnęła. A raz, jeszcze zimą, tak przemarzli w parku, że Anna zaciągnęła go do gorącej wanny. I też nic – było im po prostu wesoło. Pluskali się we dwójkę jak dzieci w stawku.
Ale teraz patrzył na jej obnażone ramię – tylko ramię – i nie mógł ani nabrać powietrza, ani wypuścić go z płuc.
Z wysiłkiem podniósł oczy i powiedział wszystko, co zamierzał; o wiele lepiej, niż wypowiedziałby to słowami.
Wzrok Anny pociemniał. Robert usłyszał: Oczywiście, tak, jeśli ty tak… To niedopowiedzenie, a raczej niedomyślenie, zawierało właśnie wielokropek, w którym wyczuł pewne oczekiwanie, i to nie radosne, ale trwożne.
Nie mogło go to jednak powstrzymać.
Zrobił to, co było celem takiego właśnie wyboru sukienki: rozsunął zamki po obu bokach, zsunął ramiączko z drugiego ramienia i biały jedwab opadł sam.
Wówczas do Roberta dotarło, do czego potrzebne były mu te długie platoniczne miesiące. Żeby namiętność, jak spiętrzona rzeka, nabrała mocy, z hukiem przerwała tamę i rozlała się aż po horyzont.
Teraz będzie między nimi tak, jak u żadnej pary jeszcze nie było – to wiedział na pewno.
Drżącymi rękami ściągał koszulę przez głowę, guziki sypały się dokoła. Anna stała przed nim z opuszczonymi rękami. Oczy miała zamknięte.
Właśnie w tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.
– Do diabła z nim – głośno wymamrotał Robert. – Pomyłka. Nic mnie to nie obchodzi.
Ale Anna otworzyła oczy, on zaś usłyszał: To właśnie to.
Jakie to? Nie zwracaj uwagi. Podzwonią i przestaną.
Nie przestaną. Musisz otworzyć.
Ale po co?
On i tak wejdzie.
Kto?
Dzwonek rzeczywiście się nie uspokajał; do niego dołączył się łomot, i to jaki!
Mieszkanie było nieduże, z pokoju do przedpokoju ledwie pięć kroków.
Darnowski zaklął i poszedł do drzwi; nie żeby otworzyć, ale wyjrzeć przez wizjer, komu tak pilno.
Drzwi jednak same wyleciały z przerażającym trzaskiem i łoskotem.
Za nimi do małego przedpokoju wdarł się mężczyzna.
Zobaczył Roberta, na chwilę zamarł, i wtedy Darnowski go poznał. To był Dronow, mistrz sportu, a zarazem Ojciec Chrzestny z Basmanowa. Wzrok szaleńca niemal parzył Roberta: Zabiję! Potem prześlizgnął się po jego ramieniu. A niech tam!… Boże, jaka śliczna!
W tym okrzyku było tyle cierpienia i zachwytu, że Robert pomimo niebezpiecznej sytuacji obejrzał się.
I też zamarł.
Anna stała pośrodku pokoju, przykrywając się dłońmi. Zasłaniała nie ciało, ale twarz. Pofałdowana biała tkanina leżała u jej stóp.
Robertowi zaczęły przebiegać przez głowę gwałtowne, niepowiązane ze sobą myśli.
Jak Afrodyta z piany… Ja sam cię zabiję, gadzino. Za nią zabiję!
Ale w następnej chwili potworna siła podrzuciła Roberta w górę, tak że wzleciał w powietrze i spadł plecami na stół.
Trzask łamiących się nóg mebla, brzęk szkła, rozpaczliwy krzyk Anny; potem potężny, zagłuszający wszystko wybuch soundtracku i – Darnowski na kilka sekund stracił przytomność.
Rozdział dwunasty
Tamtego wieczoru, kiedy Maria zniknęła, w Siergieju jak gdyby coś się załamało, i początkowo wszystko wskazywało na to, że załamanie jest ostateczne.
Powinien był przecież wpaść w szał – no, powiedzmy, miotać się po domu, wrzeszczeć, wymachiwać pięściami. A on się skulił, osunął na podłogę, schował twarz w osieroconym pledzie i zapłakał. Bo od razu zrozumiał, że to na zawsze. Nigdy już nie zobaczy Marii. Nigdy nie rozbudzi jej pocałunkiem. Nigdy nie zobaczy, jak Maria siedzi w fotelu i przegląda magazyn. Na biednego eksmistrza spadło tyle takich „nigdy” naraz, że zaryczał z bólu.
Nagle przyszło mu do głowy: a może Marii w ogóle nie było? Może mu się przyśniła? To był długi, obłędny sen, ale wszystkie sny prędzej czy później się kończą.
Zerwał się. Jak wariat zaczął biegać po pokojach.
Nie, nie sen. Tam są jej szmatki w szafie. Na poduszce długi włos, ciemnozłoty. Skórzane kapcie, kupił je za sto baksów.
Zrobiło się tak strasznie smutno, jak gdyby świat wywinął kozła, złamane zostały wszystkie prawa przyrody. No bo już wieczór, a Marii nie ma. Sam to Siergiej może być w dzień, ale wieczorem i nocą jest zawsze z nią! Czyż może być inaczej?
Nigdy nie bal się ciemności, nawet jako smarkacz, a teraz, kiedy się ściemniło, zatrząsł się ze strachu.
To nie szczęście się skończyło. To życie dotarło już do mety.
Nagle całego go skręciło. Stop! On się czuje strasznie, okropnie, a serce niemrawo wystukuje „to tak, to tak, to tak”.
Czyżby razem za Marią porzucił go i Metronom?
Dronow sięgnął do klapy, wyciągnął igłę.
Nic.
Ukłuł się w palec.
Cisza.
Wsadził pod paznokieć, do krwi, i zabolało go, bardzo zabolało, ale – ni cholery.
W panice rzucił się do łazienki, capnął z półki żyletkę „Gilette”, ciachnął po nadgarstku. Znowu zabolało, ciemna krew popłynęła do umywalki.
To tak, to tak, to tak.
Dronow przejechał po żyle jeszcze raz, i jeszcze raz, już w dzikiej panice.
Rytm się nie włączał.
I wówczas Siergieja ogarnęło takie przerażenie, jakiego chyba jeszcze w życiu nie doświadczył. Zawył głośno, z rozmachu rąbnął czołem o lustro tak, aż się rozbiło.
Nie od razu, ale pewnie po jakichś pięciu czy dziesięciu sekundach gdzieś w samej głębi jego istoty na przerażenie odezwało się słabe echo. Serce się poruszyło, jak gdyby obudzone. Wybicie, skok. W końcu, stopniowo się rozpędzając, silnik zapalił.
Toko tak, toko tak, toko tak!
Krew trysnęła z ran jak z węża – na rozbite lustro, na kafelki.
Siergiej zajęczał z ulgi. Metronom ocalał. Życie trwa nadal.
Przewiązał ręcznikiem pochlastaną rękę i od razu znalazł się w salonie, koło telefonu.
Wykręcił domowy numer Senseja.
– Sieeeriooooża, tooo tyyy? – sennie przeciągnął Iwan Pantelejewicz. Była już noc, a Dronow tego nawet nie zauważył. – Nieee rooozuuumieeem cieeee. Móóów wooolnieeej.
Siergiej zmusił się do wyjścia z Rytmu. Wytłumaczył, co się stało.
Sensej, facet z żelaza, od razu zrozumiał, że chłopaka spotkało nieszczęście i trzeba mu pomóc.
– Jak się twoja Maria nazywa? Imię ojca? Gdzie jest zameldowana?
– …Nie wiem. Spotkałem ją koło Łyczkowa, taka wieś, przy Szosie Kolinogórskiej.
– Oj, ta dzisiejsza młodzież – burknął Iwan Pantelejewicz. – Razem mieszkają, ale nie wiedzą z kim. No dobra. Włączę w to, kogo trzeba. Tylko bez histerii, uspokój się.