Выбрать главу

Ale Siergiej się nie uspokoił. Obudził Müllera. Tamten słyszał o Marii, ale jej nie widział; Dronow nie chciał wpuszczać go do jasnej części swego życia.

Powiedział Müllerowi, że dziewczyna przepadła, trzeba ją znaleźć. Opisał, jak wygląda. Nieszczególnie liczył na chłopaków Müllera, ale niech pomyszkują, przeryją całą ziemię.

Nie wiedział, co jeszcze mógłby zrobić, siedzieć jednak w pustym domu też nie zamierzał. Dlatego wsiadł do samochodu i do rana uganiał się po szosach, zajrzał do Łyczkowa. Może Maria błądzi gdzieś sama, na jesiennym deszczu. Jak ci, jak im tam, lunatycy. Mimo wszystko jest dziwna, nie taka jak inni.

Pierwszy zgłosił się Müller, po dwóch dniach. Coś niecoś wyjaśnił. Sąsiadka z domu naprzeciwko widziała tamtego ranka zaparkowaną „dziewiątkę” wiśniowej barwy. „Dziewiątka” stała długo, potem zniknęła.

Przepytali ludzi z całej ulicy, do nikogo nikt nie przyjeżdżał taką bryką. Sklepów ani biur tu nie ma. Po co stała? A chuj ją wie, może po prostu silnik wysiadł. To chyba jakieś głupstwo.

Siergiej początkowo nie przydał znaczenia tej „dziewiątce”, bo czekał na telefon od wszechmocnego Iwana Pantelejewicza.

Ale Sensej go dobił.

– Nic nie ma. Nie ma we wsi Łyczkowo dziewczyny o podobnych cechach, która miałaby na imię Maria. Wszystkie Marie, jakie tam mieszkają, są na miejscu.

Wtedy Dronow powiedział o podejrzanym samochodzie: czy przez drogówkę nie można by zdobyć numeru rejestracyjnego wiśniowej „dziewiątki”?

– Zwariowałeś? – odburknął Sensej. – Ty wiesz, ile jest wiśniowych „dziewiątek? Mam tych twoich pomysłów o, potąd, zafajdany Romeo. Czy ty w ogóle zamierzasz pracować? Jak będziesz się zachowywał jak baba, to się w ogóle pożegnamy. Ze wszystkimi konsekwencjami.

Siergiej zdobył się na wysiłek, powstrzymał od reakcji. Tego jeszcze brakowało, żeby został teraz bez pensji, bez wsparcia.

Udał, że wszystko jest okej; mało to dziewuch na świecie.

No i niby wrócił do zwykłego życia: rozjazdy, spotkania biznesowe, wizyty u odpowiednich ludzi.

Ale sens jego życia sprowadzał się teraz do jednej rzeczy – do poszukiwań.

Pozostawało mu tylko szukać „dziewiątki”, innych śladów nie było. Dronow chwycił się więc kurczowo tej jedynej nici. W milicji miał też swoje własne kontakty, niezależne od Iwana Pantelejewicza. Dzięki naczelnikowi obwodowej drogówki zdobył spis numerów wszystkich wiśniowych „dziewiątek”, zarejestrowanych w okolicach Moskwy. A potem również w stolicy. Model był nowy, kolor raczej rzadki. W spisie znalazło się dwieście dziewiętnaście samochodów, nie tak znowu dużo.

Dalej było tak:

Spośród chłopców od Müllera wybrał czterech najbardziej sensownych, wszystko byli gliniarze. Wytłumaczył, co mają robić.

Zebrać krótkie informacje o tym czy też o tych, którzy jeżdżą każdą z bryk: nazwisko, zawód plus zdjęcie ukrytą kamerą. Nie rozdrabniać się; wystarczy po jednym dniu na „dziewiątkę”. Na pierwszym etapie najważniejsze to zrobić odsiew.

Chłopcy szukali przez dwa miesiące bez wolnych dni i w rezultacie prawie polowa „dziewiątek” została wykluczona.

Po pierwsze, staruszkowie, po drugie, baby (Dronow odrzucił te dwie kategorie), potem samochody, które w tym dniu były w remoncie albo w dalekiej podróży. Kilka „dziewiątek” już sprzedano, a poza tym niektórych właścicieli Siergiej wykluczył, kiedy spojrzał na zdjęcie, bo Maria nie odjechałaby z takim zakazanym typem, w życiu.

Nic w tych poszukiwaniach nie miało sensu; wszystko było głupie, ot, zamki na piasku. Dronow jednak wierzył, że w końcu namierzy tego skurwiela, który porwał Marię. Był bowiem absolutnie pewny, że została porwana i że zrobił to jakiś skurwiel.

Po pierwszym etapie zostało stu dwunastu kandydatów na skurwieli. Teraz sprawa potoczyła się wolniej. Z każdym trzeba było się guzdrać, koło każdego węszyć. Jedni odpadli szybko, z innymi zabawa ciągnęła się do tygodnia, albo i dłużej. Kilka razy wydawało się, że ślad jest obiecujący, a potem wszystko brało w łeb. Dziesięć kochanek, parę przypadków bigamii i jeden kurier narkotykowy – to był plon pięciu kolejnych miesięcy.

W marcu już wiedział, że sieć jest pusta, wszystkie rybki w niej pozdychały. Żadna ze stu dwunastu „dziewiątek” nie miała związku z Marią.

Siergiej nie wpadł w rozpacz. Wrócił do tamtych odsianych, zaczął przeglądać dane od nowa. Oprócz tego polecił chłopcom, by zajęli się sprzedanymi samochodami – tymi, które we wrześniu miały jednego właściciela, a teraz innego.

No i pierwszy z takich wozów od razu doprowadził go do celu.

Lepiej byłoby nie znaleźć

To było trzydziestego kwietnia.

Jeden z czterech chłopaków, którzy już ósmy miesiąc szukali „dziewiątki”, zadzwonił i powiedział:

– Halo, tu Stas. Pracuję nad facetem, który sprzedał numer Ż3214 MO siedemnastego października ubiegłego roku, nazwisko Darnowski, jeździ teraz volkswagenem golfem. Widziałem go z ba… to znaczy z kobietą. Ładna, że ocipieć można. Taka, jak pan mówił, dokładnie. Prawdziwa aktorka. Tylko nie dało rady zrobić fotki. Dzwonię z automatu, jestem koło ich domu.

– Aktorka? – ochrypłym głosem upewnił się Siergiej. – Dawaj adres, zaraz tam będę.

Wkrótce był na miejscu.

– Prawdopodobnie tamte okna na czwartym. Zapaliły się dziewięćdziesiąt sekund po tym, jak weszli do bramy.

– Daj. – Dronow wyrwał Stasowi z rąk lornetkę, profesjonalną, z funkcją nocnego widzenia.

Po kilku minutach za zasłonką mignął cień – kobiecy, szczupły.

„Toko tak, toko tak, toko tak”, poderwało się serce. Siergiej chciał zaraz tam pobiec, wyważyć drzwi i dalej niech się dzieje, co chce, ale, dzięki Bogu, zdołał się opanować.

– Jesteś wolny, dalej ja sam.

Całą noc przesiedział w dżipie, prawie nie odrywając się od lornetki. O wpół do drugiej światło w oknach zgasło.

Siergiejowi wcale nie chciało się spać. Co tam. Wydawało się, że czas, więcej niż pół roku drzemiący w trybie „to tak, to tak”, w końcu się przebudził, ruszył z miejsca.

Nadszedł świt. Z bram do pracy wyszli mieszkańcy; jedni wsiadali do samochodów, inni drałowali w stronę metra.

O dziewiątej czterdzieści siedem firanki na jednym z okien gwałtownie się rozsunęły. Młody facet, okularnik, włosy modnie rozczesane na dwie strony. Czyżby ten? Palce tak ścisnęły lornetkę, że w środku coś żałośnie chrupnęło.

Trzy kwadranse później kandydat na skurwiela wyszedł z bramy i poszedł w stronę granatowego golfa (brykę Siergiej już dawno zidentyfikował). Odjechał.

Co robić? Wejść do mieszkania, zadzwonić?

Strach. Co powie Maria? Jeśli to oczywiście ona.

Za szybą coś się poruszyło, więc Dronow drżącymi rękami podniósł do oczu lornetkę.

Z nerwów nie od razu znalazł odpowiednie okno. A kiedy znalazł, jęknął rozczarowany.

Nie było tam żadnej Marii, tylko kobieta o grubych wargach i pucołowatych policzkach, z mocno podmalowanymi oczami, albo może miała przyklejone sztuczne rzęsy.

Tfu! Znowu pudło!

Siergiej zazgrzytał zębami i z miejsca się rozpędził, na wyjeździe z podwórza wyprzedził granatowego golfa i popędził prospektem Wiernadskiego. I tak zmarnowałby swoją szansę, gdyby nie światła przy stacji metra Południowo-Zachodnia.

Zatrzymał się na czerwonych, spojrzał do lusterka – i nagle zobaczył, że fircyk w okularach wylazł z auta i kupuje w kiosku bukiet kwiatów. Do pracy? Może faktycznie ktoś tam ma urodziny albo inne święto, ale czerwone róże, i aż tyle?

Serce Siergieja nie wpadło w Rytm, ale coś go tam zakłuło.

Zwolnił i pozwolił golfowi się wyprzedzić.