Выбрать главу

Fircyk przejechał całe centrum bez zatrzymywania się, po czym skręcił na Szosę Wołgogradzką. Do pracy na pewno tak daleko nie jeździ, ocenił Dronow; w godzinach szczytu to dwie godziny do tyłu.

No i rzeczywiście, gościu nie jechał do roboty. Zatrzymał się przy czteropiętrowym domu mieszkalnym, niedaleko parku Kuźmińskiego.

Przez prawie godzinę Siergiej czekał na podwórzu, na chybił trafił szukając lornetką po oknach.

Potem z bramy wyszedł okularnik. Pod rękę z Marią. Oboje się śmiali.

Siergiej też się roześmiał; tak dobrze się poczuł, kiedy ją zobaczył po dwustu szesnastu dniach rozłąki.

Śmiech zamarł mu na ustach dopiero potem, w pięć sekund później, kiedy przechodzili całkiem blisko i było widać, jaką skurwiel ma zadowoloną gębę. Dronow musiał wczepić się rękami w kierownicę. Żeby go nie zabić.

Sprawa była poważna, najpoważniejsza na świecie; nie wolno jej było zawalić. No więc Siergiej się nie śpieszył; teraz nigdzie mu nie uciekną.

Kilka dni zeszło mu na zbieraniu informacji, za to dowiedział się wszystkiego o łotrze w okularach.

Niepojęte było jedno: co Maria widziała w tym mięczaku. Według wszelkich ogólnie przyjętych norm Darnowski nie mógł Siergiejowi podskoczyć ani ze swoimi warunkami, ani z majątkiem, w dodatku był żonaty. Jak on może żyć z tym swoim kaszalotem, kiedy ma Marię? Zagadka.

A następna: Dronow ani razu nie widział, żeby gnojek obejmował Marię albo całował.

W domu naprzeciwko Siergiej wynajął mieszkanie, ustawił urządzenie optyczne, dobre, z termowizorem, żeby było widać przez zasłony. Myślał: kiedy zobaczę, jak tam się kotłują w łóżku, to umrę. Ale do niczego nie doszło, nigdy. Maria i Darnowski zazwyczaj po prostu siedzieli naprzeciwko siebie i milczeli. Albo pili herbatę. Albo oglądali telewizję. Wieczorem on wracał do domu na Wiernadskiego, a ona zostawała sama.

Dronow wyznaczył więc dzień, kiedy rozwiąże te wszystkie zagadki. I policzy się z Marią raz na zawsze.

Szczególny dzień, dziesiąty maja. Dokładnie rok od czasu, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.

Dziesiątego maja wszystko się zaczęło, niech i dziesiątego się zakończy.

Przezroczysty dym

Na parapecie, obok ustawionej na trójnogu rury do podglądania (miała jakąś specjalną nazwę, trudno zapamiętać), leżał pistolet. Pożyczył go od Müllera. Nie na tego gnoja okularnika, jemu wystarczy raz przyłożyć, jak wtedy Fiedułowi. Ale uderzyć Marię? To niemożliwe. Absolutnie. Dlatego właśnie miał makarowa.

Zada jej jedno pytanie: „Dlaczego?”. Odpowiedzieć nie odpowie, ale może chociaż z jej oczu się coś wyczyta. Potem jeden strzał dla niej, drugi dla siebie.

Taki mniej więcej plan opracował Dronow.

Już wczesnym rankiem zasiadł przy swojej chytrej rurze i patrzył. Najpierw specjalnie nie było na co. Maria leżała w łóżku. Spała. Po pokoju spacerowały słoneczne zajączki.

Potem pojawił się skurwiel, ze sporym bukietem, z jakimiś torbami. Jak gdyby domyślił się, że dzisiaj jest szczególny dzień. Ostatni, najostatniejszy. Przynajmniej dla trzech zainteresowanych osób.

Maria włożyła coś białego, gnojek nakrył stół. Postawił butelkę. W zasadzie można było już tam do nich pójść, odkreślić wszystko grubą linią, ale Siergiej czekał. Chciał się dowiedzieć, co to za święto urządzają.

W końcu się doczekał.

Darnowski, ta gnida, obłapił Marię, zaczął rozpinać na niej tę sukienkę, a ona nic, stoi, opuściła ręce, nie broni się.

Dalej nie mógł patrzeć. Rytm zagotował mu krew, poderwał go z miejsca i po pięciu, może dziesięciu sekundach Dronow był już w domu naprzeciwko, przy obitych skórą drzwiach. W ręku trzymał saszetkę, w niej miał pistolet. Przecież nie będzie biegł przez podwórze z wycelowaną giwerą.

Dzwonił, dzwonił, pukał, pukał – nie otwierali. Wydawało mu się, że przez całą wieczność naciska na guzik i wali o futrynę, ale to przez Metronom.

W końcu mu się znudziło. Rozpędził się i skoczył na drzwi. Cios był mocny: drzwi wpadły do środka, zawiasy wyleciały „z mięsem”.

Naprzeciwko stał gnojek, nagi do pasa. Oczy wybałuszone, usta otwarte.

A za jego plecami, w pokoju, zobaczył Marię nagusieńką, taką jaką ją matka urodziła – dokładnie taką samą, jaka śniła się nocami Dronowowi. Co za bydlę z tego faceta!

Chudzinę Roberta pchnął tak, że tamten frunął w powietrze i zwalił się na stół, a potem runął razem z nim na podłogę.

Pod nogami Siergieja też stuknęło metalicznie. To urwał się uchwyt saszetki. A chuj z nią.

Maria schyliła się, podniosła suknię i włożyła ją na siebie. To go najbardziej zraniło. To znaczy, że nie zasłaniała się przed okularnikiem, a jego się wstydzi!

– Ty… z nim? – wymamrotał głupio, bez sensu. – Ty do niego… Po co?

Patrzyła swoimi olbrzymimi oczami, w których nie było strachu ani winy. I oczywiście milczała – przecież to niemowa.

Wtedy zapytał o najważniejsze:

– Ty go… Tak? Kochasz?

Maria kiwnęła głową, nie odwracając wzroku. Dronow omal się nie rozszlochał. Chociaż dlaczego „omal”? Szlochał, i to jak jeszcze.

– A… A mnie?

Znowu kiwnęła głową. Zresztą patrzyła na niego czule, dobrze patrzyła. Jak wtedy.

Siergiej wkrótce przestał cokolwiek rozumieć.

– Kochasz mnie? – spytał jeszcze raz.

Po raz trzeci przytaknęła, a w dodatku podeszła i pogłaskała go po policzku, po podbródku – Dronowem rzuciło, jakby go prąd poraził.

Z tyłu rozległ się szmer. Siergiej obejrzał się w popłochu. Skurwiel wracał do przytomności. Stanął na wprost Dronowa, wyszczerzył zęby.

„Dobrze, że torba z pistoletem mi wypadła – pomyślał Siergiej – to bym dopiero narobił. Kocha! Ona mnie kocha!”.

Ostrożnie wziął ją za ramiona, popatrzył w oczy i przekonał się: kocha, nie ma wątpliwości.

„Toko tak” umilkło. W ogóle zresztą zrobiło się cicho, wszystko dookoła się uspokoiło.

Darnowski na czworakach pełznął do drzwi, rzucało nim to w jedną, to w drugą stronę. Niech się zwija, ma szczęście.

– Ja… bez ciebie… oszalałem… – drżącym głosem wyrzekł Siergiej. – Normalnie odbiło mi.

Szczęknął metal.

Siergiej odwrócił się i zobaczył, że śmieć-okularnik siedzi na podłodze w przedpokoju, a w ręku trzyma jego pistolet. Nie wiadomo, jak się domyślił, że w saszetce jest broń, ale po wykrzywionej gębie widać było: zaraz wystrzeli. Dronow zresztą na jego miejscu też by wystrzelił.

Prędzej w Rytm, przemknęło mu przez głowę. Ręka przesunęła się do klapy, gdzie miał igłę.

– Ja ci dam igłę – zasyczał fircyk. Odbezpieczył giwerę, dosłał nabój do komory. Krzyknął do Marii, nazywając ją innym imieniem: – Anno, odejdź!

Skąd wie o igle? Przecież nikt inny, nawet Sensej, o tym nie wiedział!

Koniec pieśni, zrozumiał Dronow i przesunął się na bok, żeby kula, przelatując na wylot, nie trafiła Marii.

Skurwiel też na nią spojrzał. Wtedy coś z nim się stało. Zamrugał, zaczął ruszać brwiami. Rękę z pistoletem trochę opuścił.

Siergiej nie czekał; drugiej takiej szansy przecież nie dostanie. Chociaż nie był w Rytmie, to jednak jako sportowiec przez tyle lat pracował nad szybkością reakcji, po sześć czy siedem godzin dziennie, że błyskawicznie skoczył do przodu i kopnął lufę.

Pistolet walnął o ścianę; huknął strzał. Siergiejowi aż uszy zatkało, ale nie widział, w co trafiła kula; wczepił się draniowi w szyję.

Fircyk go mimo wszystko zadziwił. Taki cherlak, a jedną ręką rozerwał przeciwnikowi wargę; w dodatku starał się przegryźć mu gardło, krzycząc przy tym: