– Moja! Moja!
Dronow też zawył:
– Moja!
Walnął i z prawej, i z lewej, ale okularnik nie odczepił się, tak był rozjuszony. Wyjście było jedno: igła. Siergiej ją już wyciągnął, ale Darnowski złapał go za rękę i nie pozwalał się ukłuć.
Maria miotała się nad nimi niby biała łabędzica. Wykrzykiwała coś bez związku, jakimś ptasim głosem. Nie wiadomo, czy była przerażona, czy zła.
Potem jak się zamachnie i jak nie kopnie Roberta, nadal dobierającego się Siergiejowi do gardła. Dronow obrócił ku niej głowę z uśmiechem i też dostał kopniaka, tyle że w kark.
Dzyń!
To brzęknęła szyba, pojawił się w niej okrągły otworek, od niego zaś na wszystkie strony, jak promyki słońca, rozbiegły się szczeliny. Coś głucho rąbnęło w ścianę, odleciało na podłogę, zakręciło się. Nabój, nie nabój, rurka, nie rurka… Jakaś nieduża, podłużna rzecz, z której zaraz buchnął przezroczysty dym.
Dronow gapił się przez kilka sekund na to dziwo, przewrócił oczami, po czym upadł na wznak. Nieprzytomny.
Ile czasu tak przeleżał, nie wiadomo. A kiedy przecierał oczy, wracając do przytomności, pierwszym człowiekiem, którego zobaczył, był skurwiel Robert. Siedział przyciśnięty do ściany i tak samo mrugał oczami.
Nie było za to Marii. Zniknęła.
Dronow chwiejnie wstał. Zajrzał do kuchni, do ubikacji. Nie, nigdzie jej nie ma!
– Gdzie ją podziałeś? – spytał podleca, z trudem obracając językiem. – Gdzie ona jest?
Tamten, też z trudem, wykrztusił:
– Nie wiem…
III Przywidziało się?
Rozdział trzynasty
Zniknął także pistolet. W suficie został otwór po kuli, ale samej broni na podłodze nigdzie nie było.
– Barany z nas – westchnął buhaj z Basmanowa. – Skoczyliśmy sobie nawet do gardeł. A ona uciekła. Tylko czemu zabrała spluwę?
– To ty jesteś baran! – Robert wciągnął powietrze pełną piersią, przez co znowu zakręciło mu się w głowie. – Myślisz, że co to wleciało przez okno? Ptaszek? Zesłał na nas słodki sen?
– Co? – włamywacz wybałuszył gały. W jego oczach czytało się: Jaki ptaszek? Mów po ludzku, draniu.
– A to! Porwali Annę!
– To znaczy Marię? Kto?!
– A skąd mogę wiedzieć? Ten albo ci, którzy nas śledzili.
Darnowski podbiegł do przestrzelonego okna.
– To ja was śledziłem – powiedział bandyta Dronow, bo nie zrozumiał. – Ale ja byłem tutaj. No to kto w takim razie?
Robert popatrzył z nienawiścią na pitekantropa, który zburzył jego szczęście. Usłyszał niespodziewane: To On. Bo to dziesiąty maja. On dal, On wziął I z Metronomem też tak będzie. Dziesiątego maja dał, dziesiątego zabierze. Może za rok, a może za dziesięć.
O zagadkowym Metronomie, na którym Dronow polegał jako na źródle siły, Robert już wiedział. Podsłuchał wszystko w czasie bójki. „Metronom” włączał się za pomocą jakiejś igły, sportowiec chciał się ukłuć nią w palec. Wszystko to było bardzo ciekawe, w innej sytuacji Darnowski podłubałby w mózgu pierwotniaka i dowiedział się, co i jak. Ale teraz miało znaczenie tylko jedno: Anna; cała reszta była nieważna.
Mimo wszystko jednak wspomnienie o dziesiątym maja, kiedy jakiś „On” (chyba Bóg) daje i zabiera, wstrząsnęło Robertem. Do tego stopnia, że zawołał:
– Co ci dali dziesiątego maja? Jaki znowu metronom?
Dronow zamrugał oczami.
– …Skąd wiesz? Czy ty… też? Dziesiątego maja?
Autobus. Biały Słup. Rożnow. Ciemno… Kołina Góra. Toko tak - plótł donośny baryton. Robert nie zrozumiał nawet połowy, ale i to, co zrozumiał, wystarczyło.
– Ty byłeś w tamtym autobusie?! W osiemdziesiątym, tak? Z sąsiedniej sali, chłopak z zawodówki!
– Sam jesteś z zawodówki, ja się uczyłem w technikum… A ty jesteś ten szczawik z Moskwy?!
Wstrząśnięci patrzyli nawzajem na siebie.
– No więc co za „metronom” dostałeś? – spytał Darnowski, bo w myślach tępawego rozmówcy przeważały nie słowa, ale jakiś rytmiczny stukot.
– Mogę się poruszać cztery razy szybciej niż normalnie. Teraz nawet pięć, bo się wyćwiczyłem – nie całkiem składnie wyjaśnił tamten, ale biorąc pod uwagę to, co Robert podsłuchał, wszystko było już mniej więcej jasne.
– I w tym celu musisz przejść w szczególny rytm? Za pomocą igły, tak?
Dronow spojrzał na niego z przestrachem.
– A… A tobie co dali?
Ano właśnie ci powiedziałem, pomyślał Robert.
– Zdolności umysłowe.
– Bystrzak jesteś, tak? Raz-dwa wszystko czaisz – i o igle, i to, że Maria nie uciekła sama?
Maria! Kto? Po co? Gdzie ona jest? - wykrzyknął baryton i Dronow zaczął miotać się po pokoju.
– Ty śledziłeś nas, a ktoś śledził ciebie – wyjaśnił mu Robert, podnosząc z podłogi wielki metalowy nabój.
Powąchał i znowu zakręciło mu się w głowie, jak poprzednio.
– To jakiś gaz usypiający o szybkim działaniu. Strzelili przez okno i wyautowali nas. Kiedyśmy leżeli jak trupy, tamci zabrali Annę.
– To trzeba ich dogonić! Czemu marudzimy?
Sportowiec rzucił się do przedpokoju, ale Darnowski złapał go za rękaw.
– Popatrz na zegarek, kretynie. Kiedy wywaliłeś drzwi, była za dziesięć jedenasta. A teraz prawie dwunasta. Przekimaliśmy całą godzinę.
– To co robić?
Patrząc na zakłopotaną twarz eksmistrza, Robert rozmyślał gorączkowo.
– Trzeba ją znaleźć. Ci, którzy ją porwali, działają na serio. Najważniejsze: ustalić, kim są.
– To nie ludzie – przeszedł na szept Dronow, rozglądając się. – To On. Albo Ona.
– Masz na myśli Diabła albo Siłę Nieczystą? – Robert pokiwał głową z poważną miną (nie było trudno zrozumieć, kto ukrywa się pod zaimkami – basmanowiec powiedział to otwartym tekstem). – Jako hipoteza robocza ciekawe. Ale po co Sile Nieczystej dziewczyna? Co ma do tego Anna? Przecież w autobusie jej nie było i Białej Kolumny (czyli, jak ty to nazywasz, Białego Słupa) nie widziała.
– Przecież Maria też stamtąd pochodzi! – Podekscytowany Dronow machnął rękami. – Ze wsi Łyczkowo! Do mostu jest tam sto metrów!
– I co z tego? – Damowski wzruszył ramionami. – Nie traćmy czasu na głupoty. Proponuję tymczasowy sojusz.
– Co? – Rambo z Basmanowa podejrzliwie zmrużył oczy: Jaki sojusz. Chce wyrolować, łajdak.
Chcę i wyroluję, obiecał mu w myślach Robert.
– Wzajemne porachunki odkładamy na później – zaczął mówić powoli, starając się używać języka zrozumiałego dla ameby. – Szukamy Anny razem, a gdy ją znajdziemy, rozstrzygniemy jak dorośli, z kim zostanie. Ci, którzy ją porwali, nie wiedzą, z kim mają do czynienia. Nie jesteśmy pierwsze lepsze łachudry, co?
– Co ty rozmawiasz ze mną jak z jakimś głupkiem? Mów normalnie, ja też jestem doktorem, tak jak i ty – odgryzł się Dronow (macie amebę). – Co prawda wychowania fizycznego, ale zawsze.
– Chcesz normalnie, niech będzie normalnie. Ty jesteś Siła, ja – Myśl. Kombinacja nie do pokonania. Jeśli obaj damy z siebie wszystko. A ja dla Anny…
Zabrakło mu tchu.
– Ja też – ponuro oświadczył Dronow. – Tylko przestań Marię nazywać Anną.
– Będę ją nazywał, jak chcę. Maria! - fuknął Robert. – Też wymyślił.
– A skąd wiesz, że ma na imię Anna?
– Sama mi powiedziała.
– Gadasz farmazony. Przecież jest niemową. Ja ją spytałem: jesteś Maria? A ona kiwnęła głową.
– Żeby się odczepić od osła. Bobyś zaczął wymieniać wszystkie imiona po kolei.