– Ech, ty, gnido! Ja cię i bez Rytmu rozgniotę na ścianie.
Znowu chwycili się za gardła. Robert chciał już rąbnąć terminatora kolanem w pachwinę, ale w porę przypomniał sobie, że w powstającym właśnie sojuszu on miał odpowiadać za myślenie.
– Dobra, niech dla ciebie będzie Maria, a dla mnie Anna. Nieważne. Zajmiemy się dedukcją. No, to znaczy…
– Sam wiem, co znaczy „dedukcja”! – warknął Dronow. – Przestań szpanować, pracowniku naukowy, bo cię…
– Stop, stop! – Robert podniósł dłoń. – Rozmowa znowu zaczyna przybierać destrukcyjny charakter. Zaczniemy od początku. Hipotezę roboczą o Sile Nieczystej, wysuniętą przez pana, drogi kolego, odrzućmy od razu jako skończoną bzdurę. I proszę odtąd nie wciągać mnie w te mroki średniowiecza. W razie wątpliwości proszę biec do cerkwi po wodę święconą, pokropić tu wszystkie kąty, a wtedy złe czary się rozwieją.
Doktor wychowania fizycznego słuchał, nieżyczliwie błyskając oczami. Niech szpanuje, śmieć. Byleby gadał z sensem.
To słuszne podejście, pochwalił Darnowski i przeszedł z tonu ironicznego na rzeczowy.
– Co tu mamy? – Pokazał na nabój. – Fakt pierwszy. Porywacze dysponują środkami technicznymi najnowszej generacji. Czytałem o takim gazie. Czegoś podobnego użyli niedawno francuscy komandosi przy uwalnianiu zakładników z samolotu.
– A co, tu się wmieszało NATO? – Dronow wybałuszył oczy.
– Gównato. Prosiłem przecież – bez mroków średniowiecza. Siłę Nieczystą, teorię spiskową i zachodnich szpiegów zostawmy idiotom. Dobrze? Przechodzimy do faktu drugiego.
Podszedł do okna; dotknął pęknięć, otworu.
– Popatrz. Szyba podwójna, a oba otwory są na jednym poziomie. To znaczy, że nie strzelano z dołu, tylko gdzieś z naprzeciwka. To znaczy z tamtego czteropiętrowego domu, tylko stamtąd. Odległość – trzydzieści metrów, góra trzydzieści pięć. Nie można spudłować. Zgadzasz się, Herkulesie Goliatowiczu?
– Mam na imię Siergiej.
– Bardzo mi przyjemnie. Tylko bez podawania rąk, dobra?
– Ale tam są moje okna – powiedział Dronow. – To z nich palnęli?
Robert najpierw nie zrozumiał, potem wsłuchał się w sens jego słów. Ach, o to chodzi! Basmanowski mafioso założył w sąsiednim domu punkt obserwacyjny. Dlatego włamał się tak bardzo nie w porę.
– Nie, nie moje – powiedział Siergiej, patrząc przez dziurkę. – Nie ta trajektoria. To sąsiednie mieszkanie, dokładnie. Dalej, mądralo, za mną!
Robert rzucił się biegiem, wciągając koszulę.
– O, to – zatrzymał się Dronow przed niczym niewyróżniającymi się drzwiami w sąsiednim domu. – Do mojego mieszkania wchodzi się z trzeciej klatki; sąsiaduje przez ścianę. – Wyjął igłę, ale nawet nie doniósł jej do palca – wetknął z powrotem w klapę. – Odź. Nawszkidek.
– Co?
– Odejdź. Na wszelki wypadek – bardzo szybko powiedział Siergiej. – Zraz dzie.
Jego ruchy stały się bardzo szybkie, zlewały się jeden z drugim, jak machanie skrzydełek konika polnego.
Trrach! Noga z szaloną siłą rąbnęła o dermę. Drzwi pękły w połowie.
TRRACH! Obie połowy z trzaskiem wpadły do mieszkania.
Robert nie zdążył nawet zamknąć ust, gdy Dronow już zniknął w środku.
To była kawalerka, taka sama jak Anny. Całkiem pusta. Tylko pod oknem stała metalowa skrzynka, podobna do przedpotopowego projektora filmowego, na którym kiedyś rodzice wyświetlali amatorskie filmy o wędrówkach turystycznych i bezgłośnym śpiewie przy ognisku.
– Aparaturka trochę lepsza od mojej – rzekł Dronow tonem znawcy. – Taki termowizor kosztuje do dwudziestu tauzenów, i jeszcze spróbuj go przewieźć przez granicę.
– Patrz, a to co? – pokazał Darnowski na czarną skrzyneczkę, przymocowaną wprost do tapet. Zwisały z niej dwa sznury, jeden z nausznikiem, drugi z małym okularem.
Robert zajrzał przez szkiełko i zobaczył taki sam pokój, tylko umeblowany. Widok był znakomity, tyle że jakiś wypukły, jak odbicie w kropli wody.
– Daj no. – Siergiej odsunął go ramieniem. Też zajrzał i zagwizdał. – To przecież moja chawira. Śledzili mnie. No, nieźle. Światłowodowy z szerokokątnym obiektywem. I podsłuch z czujnikami piezo. Mam znajomych chłopaków w Siódmym Wydziale, pracują na obserwacji. Nawet oni nie mają takiego sprzętu.
– Tyle co do Siły Nieczystej – zauważył Darnowski, ale nie złośliwie raczej; z niepokojem.
Tu pracowali naprawdę poważni ludzie. Bardzo poważni.
– Co będziemy robić, intelekcie? Urządzimy zasadzkę? To niedobrze, że wyłamałem drzwi.
– Tamci nie wrócą. Nie są idiotami.
– A jak mamy teraz szukać Marii? My tutaj w kulki gramy, a oni może akurat ją mordują. Albo…
Dronow nie skończył, ale Robert i tak usłyszał.
– Co do „albo”, uspokój się. To nie są maniacy seksualni. Tu chodzi o coś specjalnego. Nieprzypadkowo zostawili nas żywych i na wolności, tylko zabrali pistolet. Czegoś od nas chcą…
Ugryzł się w język. Stop. Jeśli tamci dotąd prowadzili taką ścisłą obserwację, to teraz pewnie też ich śledzą. Może właśnie w tej sekundzie. Nietrudno przecież było się domyślić, że punkt obserwacyjny zostanie wykryty na podstawie linii lotu pocisku.
Eureka! Właśnie tego się chwycimy. Szkoda, że z Dronowem nie można łączyć się myślami, jak z Anną. Nie da się wyjaśnić.
– Marsz za mną! – powiedział Robert. – Pojedziemy w pewne miejsce.
– Dokąd?
– Zobaczysz.
– Daleko?
– No, nie tak blisko.
– Jeśli nieblisko, to lepiej moim Szerokim.
– Nie, pojedziemy golfem.
W bramie Darnowski się zatrzymał i ledwie dosłyszalnie szepnął Dronowowi na ucho:
– Ja prowadzę, ty uważasz. Patrz w lusterko. Jak zauważysz ogon, zabieramy go w bezpieczne miejsce i bierzemy pod włos. Rozumiesz?
Dronow zrozumiał, że mogą ich podsłuchiwać, i bez słowa pokazał palec.
– Dobra, tylko zabiorę kurtkę z dżipa.
I mrugnął, jak gdyby planował jakąś niespodziankę. Ale z Robertem nie było niespodzianek. Stas zostawił kamerę w bagażniku, teraz się przyda, podsłuchał Darnowski i kiwnął głową z aprobatą.
Dronow umieścił pod tylnym podgłówkiem małą profesjonalną kamerę wideo, automatyczną; z wierzchu przykrył ją kurtką.
No i pojechali. Do centrum, stamtąd do Bieskudnik, potem do Jasieniewa. Przejeździli sześć godzin. Robert specjalnie wybierał mniej ludne ulice, kilka razy łamał przepisy, przejeżdżał na czerwonym, ale nie zauważył żadnej obserwacji. Dronow też, chociaż dosłownie przywarł oczami do lusterka.
„Kaseta się kończy. Gdzieś trzeba sprawdzić”, napisał Siergiej na kartce.
Jest takie miejsce, odpowiedział Robert skinięciem głowy. Dopisał: „Na Lenina, pokażę”.
– A dobrze prowadzisz? – spytał, mrugając.
Mistrz zrozumiał.
– Lepiej niż ty.
Zamienili się miejscami. Wypracowanym gestem Dronow wyciągnął igiełkę na sekundę, schował z powrotem i ręka na dźwigni biegów zaczęła się poruszać jak u walącego w instrument perkusisty rockowego.
Kulturalny golf, nieprzywykły do takiego traktowania, żałośnie zaskrzypiał, zapiszczał, ale okiełznany silną ręką, wyskoczył z potoku, w mig rozpędził się do niezwyczajnych dla siebie stu pięćdziesięciu na godzinę i lawirując między samochodami, śmigał w stronę prospektu Lenina. Doścignąć ten meteor można byłoby chyba tylko na myśliwcu.
Robert wskazywał gestami kierunek. Kiedy z prawej strony ukazał się budynek IKK, pokazał po prostu palcem: tam.
Pracownicy już powychodzili, w salce audiowizualnej było pusto.
Robert przyniósł kawę rozpuszczalną, zagotował wodę, po czym obaj usiedli, żeby przejrzeć kasetę. Ani jeden, ani drugi nie miał ochoty jeść. Najmniejszej.