We dwóch, i ze stop-klatkami, poszło im lepiej niż na żywo.
Dronow zauważył pierwszy z samochodów, który pojawił się w kadrze powtórnie (najpierw na Szosie Wołgogradzkiej, potem na Dmitrowce). Biała „kopiejka”. Powiększenie dało też numer rejestracyjny: M 3400 MO. W środku siedzieli dwaj mężczyźni.
Potem znalazł się drugi – granatowa wołga, też kierowca i pasażer.
Trzeci.
Czwarty.
Piąty.
Szósty.
Siódmy.
Ósmy.
Nic dziwnego, że Robert i Siergiej, siedząc w golfie, nie zauważyli żadnego ogona. Tamci prowadzili ich wyjątkowo sprytnie, z częstą zmianą samochodów i oczywiście z łącznością radiową. Jechali i z przodu, i z tyłu, także równoległymi ulicami.
– No, to nie zabawa – podsumował czempion. – Co teraz?
– Pozwolimy się znaleźć. Jedziemy do mnie, na Wiernadskiego. Na pewno tam czekają. Trochę odpoczniemy. I trzeba coś wciągnąć, bo padniemy. Jedziemy, jedziemy, dom jest pusty. Żona wyjechała.
– Wiem, lot Moskwa-Helsinki, o dziewiątej piętnaście – powiedział ohydny szpicel Dronow.
W domu jedli w skupieniu zimne kotlety, które zostawiła Inna. Nie rozmawiali. Po pierwsze, może i tutaj był podsłuch; cholera wie. Jeśli już osiem samochodów prowadzi ich ulicami, to wszystko jest możliwe. A po drugie, ten Ilja Muromiec bardzo się Robertowi nie podobał. Wnosząc z myśli Dronowa, z całkowitą wzajemnością.
To nic, tylko mi znajdź Marię. A potem to jak komara, mniej więcej takie teksty emitował wewnętrzny głos sojusznika.
A ja cię jak niedźwiedzia – rohatyną w brzuch, myślał Robert. Ale na razie pooddychaj tlenem, przydasz się.
– Dobra. Chyba już czas – powiedział, wstając.
Wsiedli do samochodu, Dronow prowadził. Zakręcili w stronę obwodnicy. I prawie od razu na ogonie siadła im czerwona „czwórka”, jedna z tamtych. Trzymała dystans, ale teraz wiedzieli, na jakie wozy zwracać uwagę.
Za pierścieniem „czwórkę” zmieniła niwa, numer ósmy na kasecie.
Dokąd jechać, decydował Dronow; lepiej znał te okolice. Skręcił z trasy na prawo, na pustą szosę. Stamtąd do lasu, gdzie był zakaz wjazdu. Światło reflektorów wyłowiło z mroku szyld z napisem „Leśnictwo Artiuchowo”.
– Zaraz będzie zakręt – powiedział Siergiej i mrugnął. – To jest dogodne miejsce.
Darnowski nie zrozumiał, co oznaczała myśclass="underline" sucha osika.
Golf zatrzymał się od razu za zakrętem.
Dronow wysiadł bez słowa, zrobił jakieś czary ze swoją igiełką i z fantastyczną szybkością pobiegł z powrotem szosą. Robert próbował za nim nadążyć, ale gdzie tam.
Nagle usłyszał głośny trzask. Zasapany Darnowski zobaczył, jak w poprzek asfaltowej jezdni upada suche drzewo: pewnie ta osika.
– Schsie! – rozkazał człowiek-motor.
Robert zrozumiał i schował się za krzakiem.
Doleciał ich zbliżający się szum opon.
Niwa podjechała do przeszkody, zahamowała.
Kierowca włączył długie światła, oświetlił drzewo.
Było widać, jak człowiek siedzący obok kierowcy mówi coś do słuchawki.
Skrzypnęły drzwi z prawej.
Wysiadł chłopak w bejsbolówce. Rozejrzał się ostrożnie, trzymając rękę w kieszeni.
Nie dostrzegł jednak i nie usłyszał nic podejrzanego, podszedł do osiki i próbował ją przesunąć.
– O kurde, Locha! Wyjdźże, pomóż mi!
Ledwie drugi dotknął nogą asfaltu, z ciemności wyleciał huragan. Trzeba oddać sprawiedliwość „bejsboliście”, że błyskawicznie wyszarpnął pistolet z kieszeni, a nawet zdążył zrobić pól obrotu. Ale nie więcej.
Dronow wykonał gigantyczny skok, uniósł się w powietrze i kopnął tamtego w głowę. I natychmiast, bez chwili przerwy, przefrunął przez maskę i otwartą dłonią trzepnął Lochę w ucho. Robert skrzywił się, słysząc głośne stuknięcie. Można sobie wyobrazić, jak się poczuł Locha, który przewrócił się i nie wstał.
Darnowski podbiegł do „bejsbolisty” i od razu zrozumiał, że nie będą z niego mieli pożytku. Oczy wywrócone, usta otwarte, noga konwulsyjnie podryguje. Wstrząs mózgu, co najmniej. Podniósł z ziemi pistolet, wielki i ciężki; nigdy takiego nie widział. Pogrzebał w kieszeniach, wyciągnął ciemnoczerwoną legitymację z godłem. Otworzył, i serce skoczyło do gardła.
Komitet Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR, Iwan Dmitrijewicz Frołow, kapitan, z-ca naczelnika wydziału.
I zdjęcie w mundurze.
Dronowowi na razie nie zamierzał nic mówić, żeby tamten nie stchórzył.
Krzyknął:
– Co tam twój? Ten na cacy. Zanadto się postarałeś.
– Mój w porządku – wesoło odezwał się Siergiej, odciągając osikę z drogi. Mówił już normalnym głosem, bez trajkotania. – Trochę przymulony, niedługo się ocknie.
– To siadaj za kierownicą, jedziemy. Moja bryka niech tu zostanie. A tego swoi zabiorą.
– Ech, ty – powiedział Dronow, widząc dziwny pistolet w ręku towarzysza. – Prawdziwy stieczkin. Niezłych chłopców mamy na karku.
Locha, jak się okazało, nie miał broni. Dokumentów też, nawet prawa jazdy.
Wciągnęli „języka” na tylne siedzenie, związali mu ręce. Robert siadł obok niego.
Ledwie ruszyli, zapiszczał radiotelefon.
Darnowski poderwał się i sięgnął przez fotel po słuchawkę.
– Trzeci? No, jak tam u was? Co z tym drzewem?… Odpowiedzcie! Skrzynka trzy, obudź się! – huczał mu do ucha władczy głos.
Dronow wykonał półobrót – też chciał słyszeć.
Robert wahał się przez sekundę, przesunął paznokciem po ochronnym kołpaczku mikrofonu, potem odsunął się jak najdalej i zawołał:
– Źle was słychać! Antenę zaczepiło!
– Co? Kto mówi?
– Frołow! Tu Frołow! Słychać mnie? – wysilał się Robert, dla pewności przykrywając usta dłonią.
– Nie! Mów głośniej!
– Antena! An-te-na uszkodzona! – i znowu zaczął drapać mikrofon, udając zakłócenia.
Siergiej pewnie prowadził niwę ciemną drogą, przysłuchując się rozmowie.
– Nie słyszę cię, kapitanie. Dobra, najważniejsze, że ty mnie słyszysz. – Słuchawka trochę się uspokoiła.
Przy słowie „kapitan” samochód zrobił zygzak; do Dronowa dotarło, że to nie bandyci.
– Zapamiętaj, Iwan. Na mapie droga się rozwidla. Z prawej przejmie was skrzynka jeden, z lewej siedem. A wy walcie do domu. Tak czy siak, nie ma z was pożytku, skoro nie macie łączności. Zrozumiałeś mnie?
– Tak – odpowiedział lewy kapitan.
– No dobra. Bez odbioru.
Hamulce gwałtownie zapiszczały.
– Gliny? – głucho spytał Dronow. I sam sobie odpowiedział. – Nie, skąd by mieli stieczkina? KGB.
– A ty się bałeś, że siła nieczysta. – Robert starał się dodać mu otuchy.
Nie udało się.
Superman z Basmanowa zaklął ponuro.
Westchnął. Rzekł z desperacją:
– A gówno tam. Tak czy owak, trzeba uwolnić Marię.
– Najpierw trzeba zawrócić. Słyszałeś, że przechwytują nas z lewej i z prawej.
– Z tyłu też ktoś jedzie i ubezpiecza.
Dronow ruszył z miejsca, w napięciu wpatrując się w ciemność. Nagle obrócił kierownicą i przez pobocze wjechał prosto w zagajnik.
– Co robisz?!
– Siedź i trzymaj się mocno. Specjalnie skręciłem do Lasu Artiuchowskiego. Jest tutaj jedno miejsce, bardzo dobre do szczerej rozmowy. Jeździłem tam dżipem, to i tą bryką dojadę. Silnik wirnikowy, jakieś dwieście koni, da radę.
Okazało się, że nie jedzie na ślepo, tylko ścieżką. W świetle reflektorów Robert zobaczył koleiny.