Trzęsło okropnie. Jeniec Locha walnął głową w drzwi i jęknął.
– Dokąd jedziemy? – spytał Darnowski.
– Nad rzekę. Piekliśmy tam szaszłyki z naszymi ludźmi z komitetu. Fajne miejsce. Nikogo w pobliżu nie będzie, szczególnie nocą. Pogadamy z naszym Lochą, a potem zjedziemy po zboczu. Jeśli ostrożnie, to się uda. Stamtąd polną drogą, potem na szosę. Uciekniemy.
Robert nieufnie popatrzył na telefon. Nie bardzo sobie wyobrażał, jak to urządzenie działa. Może na pilocie mogą się podłączyć i podsłuchać, o czym się rozmawia w samochodzie. No i są przecież jakieś wykrywacze, urządzenia namiarowe, przynajmniej na filmach szpiegowskich bywają. Wszystko to warto by wyjaśnić.
Niwa wyjechała z lasu na małą polanę, za którą czerniała pustka. Silnik umilkł, a wtedy usłyszeli, jak w dole pluska woda.
Stromy brzeg, zrozumiał Robert, wysiadłszy z samochodu. Dosyć wysoki, piętnaście metrów. Za rzeką ciemne, szerokie pole. W oddali światła.
– Bierz go za ręce, ja za nogi – powiedział Darnowski. – Wyciągamy go. Przyszedł do siebie czy nie?
Locha miał oczy zamknięte, ale powieki jakby lekko drgnęły.
– Przyszedł. I sam wyjdzie – oświadczył Siergiej i z rozmachem
dał jeńcowi pięścią w gębę.
Tamten zrozumiał, że nie ma co dłużej udawać. Otworzył oczy. Właśnie tego zresztą od niego oczekiwano. Niski, porykujący głos pytał nerwowo: Co oni ze mną? Zabiją? Z mutkami wszystko możliwe. Jeśli się już włączyli. Na pewno włączyli! Dać znać do sanatorium! Pilnie. Ech, żeby tak latarenkę.
Jakie sanatorium? Robert ni cholery nie rozumiał. Pozytywem było tylko to, że nie mają w niwie radiolatarni. Teraz trzeba było wyjaśnić sprawę telefonu.
– Proszę powiedzieć – uprzejmie spytał Darnowski, biorąc na siebie wynalezioną właśnie przez nich, czekistów, rolę „dobrego gliny” – czy z tego aparatu można zadzwonić jak ze zwyczajnego numeru? Czy tylko przez operatora?
A może się nie włączyli? Boby przecież nie pytał. Locha znowu pomyślał coś niezrozumiałego.
– Można przez szóstkę – powiedział głośno.
Dalej, naciśnij! Szóstka, pomóż!
Co to jest szóstka? Pewnie włącza mikrofon na pulpicie, pomyślał Robert. Nacisnął pierwszą lepszą siódemkę cyfr, bez szóstki, śledząc wzrok kagebisty. Ten nie odrywał oczu od tarczy.
2341874, gnojek, nie nacisnął szóstki. 2341874, nie zapomnieć.
Dobrze, że telefon jest czysty, inaczej by nie musiał zapamiętywać. Robert odłożył słuchawkę.
– Co się z nim cackasz? – nie wytrzymał Dronow.
Złapał jeńca za kołnierz, wywlókł z samochodu, cisnął na trawę.
– Gdzie ona jest? Bo ci mózg uszkodzę!
Zaraz uderzy! Szukają! Jej! Stary miał rację!
– Kto? – zapytał szybko Robert.
– O kim wy, ludzie kochani? Coś nie kapuję – rzekł Locha powoli.
Darnowski powstrzymał pięść mistrza, już gotową znowu opaść na „języka”.
– Aleksiej, wiemy więcej, niż pan myśli. Gdzie ona jest? Dokąd ją zabraliście?
– Naprawdę nie rozumiem.
Ale wyraźnie zabrzmiało: Czarnoposadzka, Czarnoposadzka. Kłamie, chce zastraszyć.
– Numer domu?
Gówno ci powiem. Osiem.
Okazało się, że takie przesłuchanie to pestka. Jakby wykładowcy kazano zdawać egzamin.
– Że numer ósmy, to wiemy, ale gdzie dokładnie ją trzymają? – dobrodusznie, tak właśnie, jak wypada chytremu śledczemu, spytał Robert.
– A? – zdumiał się Siergiej.
No, a w oczach Lochy mignęło przerażenie. Skanuje! Stary uprzedzał! Lusia, czy już nigdy? Będziesz mnie miała za drania…
Lusia to był najwyraźniej problem osobisty, niemający związku ze sprawą.
– Będzie się łamał. – Robert mrugnął. – Bo pojedziemy do sanatorium, do starego. Jego spytamy.
Walnął na ślepo, ale reakcja przeszła wszelkie oczekiwania.
To nie mutek! Policaj! Stary się pomylił! Teraz i mnie! Nie! Lepiej zdechnąć!
Chociaż Darnowski słyszał nutę histerii w wewnętrznym głosie jeńca, mimo wszystko zaskoczyło go to, co działo się potem.
– Leżeć! – ryknął Siergiej, ale Locha zręcznie przekręcił się przez głowę, zerwał się na nogi, nawet związane ręce mu nie przeszkodziły.
– Trzymaj!
Robert był pewien, że kagebista da nogę do lasu, ale stało się inaczej.
Kilkoma skokami Locha dotarł na skraj urwiska i szczupakiem skoczył w dół.
– Odpłynie, gnój! – krzyknął Dronow.
Ale kiedy po sekundzie sojusznicy spojrzeli w dół, było jasne, że jeniec nigdzie nie zwiał. Nad polem i meandrem rzeki świecił księżyc, dobrze więc było widać biały piasek, a na nim, ledwie przykrytą wodą, czarną sylwetkę z nienaturalnie wykręconą głową.
– Idiota! Żeby chociaż patrzył, gdzie skacze – wybełkotał wstrząśnięty Siergiej.
Robert wyjaśnił:
– On nie nurkował. Chciał zdechnąć.
– E tam – nie uwierzył tępy towarzysz. – No dobra, Łukicz, teraz jesteśmy regularnymi przestępcami. Jednemu czekiście przylutowaliśmy, drugiegośmy stuknęli. Teraz udowodnij, człowieku, że to on sam.
– Trzeba wiać. Mówiłeś, że dasz radę zjechać po zboczu?
– Tak, tam jest łagodny zjazd. – Siergiej pokazał. – Coś ty mu tam nawijał? Jaki numer ósmy? Jakie sanatorium?
– Nie wiem. Kiedy był jeszcze nieprzytomny, wymruczał: „Zameldować do sanatorium. Numer ósmy”. Nie słyszałeś, bo wyłaziłeś z samochodu.
– Aha. Sanatorium to ich urząd. – Doktor wychowania fizycznego wykazał się nagłą bystrością. – Ale po co bezpiece Maria?
– Anna – poprawił doktor nauk politycznych. – Nie wiem.
Dronow miał takie myśli:
Urząd to całkiem co innego niż bandziory. Sanatorium, kurde. Trzeba zadzwonić. Tylko on, nikt inny nie pomoże.
– Co zrobimy? – zapytał z ciekawością Darnowski. – Bo nie mam pojęcia. Kompletna ściana. Masz pomysł?
Dronow ostrożnie, ale pewnie zjeżdżał po pokrytym już młodą trawą zboczu.
– Pomysł nie. Ale jest jeden fajny gościu. On pomoże.
Rozdział czternasty
– No to dzwoń do swojego fajnego gościa. – Mądrala podał słuchawkę. – Aparat jest czysty.
– Skąd wiesz?
– Wiem.
Coś ty ściemniasz, facet, już nie pierwszy raz pomyślał Siergiej. Dobra, potem cię sprawdzimy. Kiedy znajdziemy Marię.
Nie zdradził koledze numeru Senseja; sam wybrał cyfry, zerkając na tarczę.
Po jakimś dziesiątym sygnale Iwan Pantelejewicz w końcu się odezwał.
– Nabrałeś miłego zwyczaju budzenia mnie po nocach – oznajmił. – Skąd dzwonisz?
– Z pola.
Po czym opowiedział, jakie tu piwo się warzy. Starał się mówić krótko, ale nic ważnego nie opuścił.
Sensej najpierw przerywał mu krótkimi uwagami. Kiedy usłyszał o KGB – gwizdnął i obiecał wyjaśnić, co i jak. Kiedy doszło do trupa, odchrząknął i powiedział: „Będziesz musiał się zamelinować”. A potem nagle rozmowa się urwała.
Było tak.
– I co jeszcze – Siergiej przypomniał sobie szczegół, który mógł coś podpowiedzieć Iwanowi Pantelejewiczowi. – Ten baran, który skoczył z urwiska, wspominał o jakimś sanatorium. Że niby musi tam zameldować. Pomyślałem, że to nie jakieś zwykłe sanatorium, tylko…
– Sanatorium? – przerwał mu Sensej dziwnie zmienionym głosem. – Nie przesłyszałeś się?
Dronow popatrzył na mądralę, który nadstawiał ucha niemal przy samej słuchawce. Ten kiwnął głową.