Выбрать главу

– Na pewno nie. A co to za…

– Wiesz co, kochany? – Iwan Pantelejewicz odkaszlnął nerwowo. – Nie dzwoń już do mnie. I niech cię Bóg broni, żebyś mi się kiedykolwiek pokazał na oczy. Gnojku, w co ty mnie chciałeś wciągnąć? Chcesz radę? Dam ci radę. Najlepsze, co możesz teraz zrobić, to wrócić na tamto urwisko i też się z niego rzucić.

Dronow wytrzeszczył oczy i popatrzył na piszczącą ze złością słuchawkę. Po raz pierwszy w ciągu tej dość koszmarnej nocy poczuł się naprawdę koszmarnie.

– Nigdy nie słyszałem, żeby tak rozmawiał. Cóż to za sanatorium, jeśli sam Sensej się go przestraszył!

A mądrala, który nawet nie miał pojęcia, jaki z Iwana Pantelejewicza mocny facet, nie przydał temu większego znaczenia. Wzruszył ramionami:

– Tak czy owak, zamelinować się to nie jest dla nas wyjście. Trzeba ratować Annę.

– Marię – poprawił Sergiusz dla zasady.

Wstyd mu się zrobiło, że tak speniał. Darnowski, chociaż słabeusz, nie pęka, mówi do rzeczy. Widać Maria pokochała go nie bez powodu.

Na tę myśl serce mu się okropnie ścisnęło, ale po strachu nie zostało ani śladu.

– Dokąd jedziemy? Tam, przed nami, jest szosa. Na lewo do Moskwy, na prawo – obwód podmoskiewski.

– Do Moskwy – rozkazał mądrala. – Dalej, gaz do dechy. Już prawie dzień.

Siergiej nacisnął pedał gazu. Kagebiści mieli brykę super. Lepszą niż Szeroki. Na posterunku drogówki gliniarz zagwizdał, zamachał pałką, ale kiedy dojrzał numer, stuknął w dach. Cudo nie jazda.

A skoro tak, to Dronow już się nie przejmował i popędził pod prąd; na szczęście z Moskwy samochodów było mało, przeważnie ludzie jechali do miasta, do roboty.

Na światłach mimo wszystko trzeba było stanąć, prostopadłą Szosą Antonowską poruszał się taki sam sznur pojazdów.

Od budki, kołysząc się, szedł milicjant. Myślał, że za jazdę pod prąd zgarnie co najmniej dychę albo nawet ćwierć setki.

Widać nie dostrzegł numeru. Podszedł, nygus, od strony pasażera i wsadził łeb do środka.

Robert podetknął mu pod nos otwartą legitymację. Widzisz, cymbale?

Gliniarz cofnął się, wyprostował, zasalutował. Wtedy zapaliło się żółte światło, a Siergiej dodał gazu.

Ledwie odjechali, mądrala rozkazał:

– Stój!

Dronow zahamował.

– Coś ty?

Darnowski miał twarz pełną złości, a może tylko napiętą. I zdławiony głos; mówił urywanymi zdaniami.

– Szybko! Wyskakujemy. Łap okazję i spieprzaj. Dalej!

Wyskoczył z samochodu jak oparzony. Siergiej za nim.

– Ale co się stało?

Mądrala stał na poboczu, machał ręką i od razu zatrzymał się moskwicz.

– Znaczy tak – szybciutko i szeptem zaczął mówić Darnowski, już otwierając drzwi samochodu. – Do nikogo z tych, których znasz. Siądź gdziekolwiek i siedź. O siódmej wieczorem, przy wejściu do Centralnego Telegrafu. Wchodzisz i po chwili wychodzisz. Ja podejdę do ciebie. Jeśli nie podejdę, przyjdź nazajutrz. Następnego dnia to samo. I tak codziennie. Szefie, jedziemy!

– Chwileczkę! – Siergiej złapał go za ramię. – Ja z tobą!

– Nie możemy. Zbyt charakterystyczna para.

Odepchnął go, trzasnął drzwiami i zwinął się, ściemniacz przeklęty.

Dziewięć ciężkich dni

Siergiej oczywiście też pomachał ręką. Prawie od razu zatrzymał się następny samochód, wołga. Dronow jechał w stronę Moskwy, nic nie rozumiejąc. Nagle z tyłu syrena i metaliczny głos megafonu: „Na pobocze! Na pobocze!”.

Przywódców kraju wiozą do pracy, czy co?

Obejrzał się.

Po pasie rozdzielającym, migając kogutem, pędziło zwyczajne żiguli.

Nie, niezwyczajne.

Samochód numer cztery, z wczorajszej listy! Za nim jeszcze trzy, też stamtąd.

Przeleciały obok z szaloną prędkością – też śpieszno im do Moskwy.

Parę minut wcześniej, i nakryliby ich! Skąd Darnowski się dowiedział, że z tylu już jest pogoń?

Zagadka.

Kolejne pytanie: dokąd teraz?

Siergiej miał jak zawsze pieniądze przy sobie, ale trudno powiedzieć, żeby dużo: parę franklinów i paczkę drewnianych.

Mądrala powiedział, że do znajomych nie wolno. Do hotelu pewnie tym bardziej.

– Dalej, na Dworzec Kurski – rzekł Dronow do szoferaka.

To jest miejsce, gdzie przyjezdny człowiek tanio i bez zameldowania może wynająć tymczasowe lokum – na tydzień czy na jedną noc, wszystko jedno.

Od razu u pierwszej babci Siergiej wynajął pokój w Izmajłowie, po piątce za dobę.

– Na jak długo? – spytała.

– Potem się zobaczy.

Siergiej usiadł w wynajętej chacie i zaczął się zastanawiać.

Po pierwsze, nad Darnowskim. Tutaj mieszały się złość, nadzieja i strach: a co, jeśli mądrala uciekł nie tylko przed pogonią? Może mózg podarowany przez Biały Słup podpowiedział mu nagle, jak znaleźć Marię, i teraz sam chce jej szukać?

Po drugie, nad tajemniczym sanatorium. Cóż to za instytucja, jeśli sam Iwan Pantelejewicz, człowiek wpływowy i nieustraszony, tak się jej przeraził?

Krótko mówiąc, Dronow miał same pytania, a żadnych odpowiedzi.

Ledwo ledwo doczekał do wieczora.

Dokładnie o siódmej wszedł z ulicy Gorkiego do Centralnego Telegrafu. Dreptał tam w kółko przez chwilę. Wyszedł z powrotem. Darnowskiego nie było.

To znaczy, że jutro.

Nazajutrz – dokładnie to samo.

Rano i w dzień siedział w pokoju, tępo patrząc w przedpotopowy czarno-biały telewizor. O siódmej znowu był przed Telegrafem.

Zero.

Tak samo na trzeci i czwarty dzień.

Siergiej poczuł się fatalnie, prawie tak samo fatalnie jak po pierwszym zniknięciu Marii. I coraz silniej umacniało się w nim podejrzenie, że mądrala go nabrał. Może teraz siedzą we dwoje w Soczi albo w Picundzie. Grzeją się w słońcu, jedzą szaszłyki i śmieją się z naiwniaka. To znaczy, oczywiście, nie Maria się śmieje, tylko ten śmierdziel.

Żeby można było zasnąć, wieczorem Dronow wymyślił, jak redukować napięcie. Koło północy, w zupełnych ciemnościach, biegał po parku Izmajłowskim – w Rytmie. Pędził prosto przez las, szybko lawirując między drzewami. To ćwiczenie wymagało pełnej koncentracji, inaczej rozwaliłby się na śmierć.

Czasem na boki pryskały małolaty z ferajny albo parki zakochanych, przerażone zygzakowatym wichrem, który wyleciał z mroku.

Do siebie wracał zmordowany. Padał na łóżko, zasypiał, i nic mu się nie śniło.

Rano przecierał oczy, patrzył najpierw na zegarek – ile zostało do dziewiętnastej zero zero.

Darnowski pojawił się dopiero dziewiątego dnia, kiedy Siergiej stracił już nadzieję.

Sekretna willa

Wchodził po schodach, nie rozglądając się dokoła, bo już niczego właściwie się nie spodziewał. Nagle z tyłu ktoś go klepnął w ramię.

Odwrócił się i – zobaczył mądralę.

– O kurna! – Siergiej o mało się nie rozpłakał. – Gdzieś ty był tyle czasu?

– Potem – rzucił Darnowski, dając mu znak, żeby szedł za nim.

Dronow w ciągu tych dni opuścił się; kupiona na targu radziecka golarka źle goliła szczecinę, i w ogóle wyglądał nieszczególnie. Za to okularnik zadbał o siebie i dobrze wyglądał. Chyba nawet perfumami od niego pachniało. Kobiecymi!

– Gdzieś ty się szlajał? – nie wytrzymał Siergiej, kiedy dopędził współtowarzysza (to było już w przejściu podziemnym).

– U znajomej.

– Sam mówiłeś, żeby nie pchać się do znajomych.

– To do starych. A ta jest nowa. Poznaliśmy się na ulicy. Gębę ma straszną, ale baba w porządku.

Siergiej trochę się uspokoił.

– Jak ty możesz z innymi… po Marii?