I odwrócił się; trudno mu było zadać to pytanie.
Mądrala westchnął i nic nie odpowiedział.
Prowadził Siergieja koło teatru MChAT na most Kuźniecki, potem Pietrowką koło Łaźni Sandunowskich, i do góry, garbatą przecznicą. Szli szybko.
Dronow bał się spytać o rzecz najważniejszą. W końcu zebrał się na odwagę.
– No jak? Wyjaśniło się coś?
Darnowski zwyczajnie, bez krygowania się, odpowiedział:
– Znalazłem ją.
– Gdzie jest?! – Siergiej się zatrzymał. – Gdzie ją ukryłeś?
– Gdybym ją ukrył, tobym nie przyszedł po ciebie. – Darnowski obejrzał się ponuro. – Na co ty właściwie jesteś potrzebny?! Wolałbym cię już w życiu nie oglądać. Przez ciebie, głupka, wszystko to się stało.
– Przeze mnie?! – Dronow zacisnął pięści, ale się opanował. To nie był czas na bijatykę. – Gdzie jest Maria, mów, gnoju!
– Annę trzymają w pewnej sekretnej instytucji. I bez ciebie jej stamtąd nie wyciągnę. Zaraz pokażę ci to miejsce.
Szli przecznicą za ulicą Żdanowa; Siergiej słabo znał tę okolicę. Na tabliczce widniał napis „Czarnoposadzka”.
Darnowski pewnym krokiem wszedł do bramy starego dwupiętrowego domu – brudnego, z zakurzonymi, częściowo wybitymi szybami. Jasne: do rozbiórki, wykwaterowali lokatorów.
Pod oknem w wielkim pustym mieszkaniu, gdzie pachniało śmieciami i myszami, stał zachlapany farbą taboret. Na parapecie – kilka pustych butelek po kefirze i wodzie mineralnej.
– Co tutaj jest? – spytał Siergiej, rozglądając się.
– Mój punkt obserwacyjny. Przesiedziałem tu przeszło tydzień, od rana do wieczora. Obserwowałem tamten dom.
Dronow spojrzał tam, gdzie pokazywał mądrala, ale nie zobaczył domu, tylko wysokie murowane ogrodzenie. Portiernia, solidna brama, zamykana automatycznie. Zza muru sterczały wierzchołki drzew, a w głębi widniał pozieleniały blaszany dach. Chyba więc zwykła moskiewska willa, w starych dzielnicach jest takich pełno. Koło wejścia wisiał jakiś szyld, ale stąd się go nie odczyta. Co jeszcze? Tabliczka z numerem domu: osiem.
Stop! To tamten chłopak wspominał o domu numer osiem, który skoczył z urwiska. To znaczy nie dom skoczył, tylko chłopak. Locha miał na imię.
– Sanatorium, tak? – nie wiadomo czemu szeptem spytał Siergiej. – To Sanatorium?
– A chuj go wie. Ale ona jest tam na pewno.
Skąd wiesz, chciał spytać Dronow, ale z wyrazu twarzy towarzysza zrozumiał, że tamten nie powie. Dobra, nieważne.
– A czemu nie podejdziemy bliżej, tylko stąd się gapimy, co?
– Widzisz kamery?
Siergiej przyjrzał się: no, fakt. W jednym rogu kamera wideo, w drugim tak samo.
– W uliczce, na którą wychodzi prostopadła ściana, są jeszcze dwie kamery. I z przeciwnej strony też. Tutaj wszystko jest na serio.
– A co jest napisane na szyldzie?
Darnowski wyjął z kieszeni lornetkę teatralną.
– Dobra, ośmiokrotne powiększenie, pożyczyłem od znajomej.
INSTYTUT MEDYCYNY SĄDOWEJ. LABORATORIUM NR 4, przeczytał Siergiej, kręcąc śrubą. Medycyny sądowej?
– Pic na wodę. Dowiadywałem się: W IMS nie ma żadnego laboratorium nr 4. Nawet nie słyszeli o takim. Dom numer 8 na Czarnoposadzkiej należy do KGB, jak połowa budynków w tej dzielnicy. Wyjaśniłem, że w tej willi za Stalina mieścił się jeden z wydziałów Speclaboratorium. Słyszałeś o takim?
Dronow pokręcił głową.
– Strasznie utajniona placówka, gdzie zajmowano się eksperymentami chemicznymi i medycznymi. Różne trucizny, środki psychotropowe i inne paskudztwa do walki z faszyzmem, imperializmem i wrogami ludu. Pewnie i teraz ślęczą nad czymś specjalnym. W każdym razie pracują tam sami w okularach, tacy jak ja. Już wszystkich znam z wyglądu.
– A ochrona jak?
– Sześciu, poznać ich po mordach – bez okularów i choćby śladów intelektu. Zmieniają się co dobę – trzech na trzech.
– Trzech to nic – uspokoił go Siergiej.
– Milo to słyszeć. Tylko jak dostać się do środka? Pracownicy wchodzą i wychodzą o, przez tę portiernię. Jeśli ktoś jest samochodem – otwiera się brama, ale ochroniarz ma się na baczności, nikt się nie prześlizgnie.
– Pracowników dużo?
– Nie. – Darnowski wyciągnął notesik. – Ze stale przychodzących naliczyłem siedmiu facetów i trzy baby. Czworo przyjeżdża samochodami, reszta przybywa pieszo. Bywają i odwiedzający. Jeden raz przyjechało pogotowie. I to jaki wypas, merc. Co jeszcze? Szefem jest taki łysy, starszy gość. W dni powszednie przywożą go wołgą, a w dni wolne (on siedzi tu i w soboty, i w niedziele) przyjeżdża „piątką” sam, numer K4400 MO.
– To zastrzeżony. Takich gliny nie zatrzymują.
– Oni tu pracują do późna, gdzieś tak do wpół do ósmej, ale łysy zawsze zostaje dłużej. Wczoraj wyjechał o dziesiątej, a czasem nawet później. Pracoholik.
Z portierni wyszedł mężczyzna w kapeluszu.
– Siódma dwadzieścia dziewięć – powiedział Robert. – Zaraz będą wyjeżdżać.
No i rzeczywiście: w ciągu dziesięciu minut zza murów wyjechały trzy samochody, a dwóch facetów i dwie baby wyszli pieszo.
– W laboratorium (jeśli to laboratorium) został łysy. Wołga ani razu nie przyjechała po niego wcześniej niż o dziewiątej. – Darnowski sprawdził w notesie. – I jeszcze powinna być młoda blondynka, farbowana. Jeśli oczywiście nie wyszła wcześniej, kiedy byłem po ciebie.
– Laboratorium? – Doszło nagle do Siergieja. – I Marię tutaj przywieźli? A… A co z nią robią?!
– Skąd mogę wiedzieć?! – obruszył się Darnowski i zrobiło się jasne, że to pytanie też nie daje mu spokoju. – Nie pytaj, tylko słuchaj. Plan mam taki. Wczoraj wyśledziłem łysego. Nie mam auta, musiałem nająć prywatnego szoferaka. Powiedziałem mu, że żona mnie zdradza. Dobra, nieważne. Ważne, że mieszka na prospekcie Lenina, w stalinowskim gmachu. Jutro sobota, tak? Pojedzie swoją „piątką”. Ty go przechwytujesz od razu na podwórzu. Bez obrażeń cielesnych, ostrożnie. Siadamy do bryki, ja z nim sobie szczerze porozmawiam. Wyjaśnię wszystko, co trzeba. Powie nam, co tu robią z Anną. Potem przewiezie nas do środka; my schowamy się z tyłu. Jego samochodu nie sprawdzają, ochroniarz po prostu macha ręką, i po krzyku. No, a w środku będziemy działać stosownie do okoliczności. Jak oceniasz plan?
– Do dupy – przyciął mu Siergiej. – Ty tu przeszło tydzień bawisz się w partyzanta, a ją tam może męczą! I jeszcze mamy czekać do jutra? A gówno.
– Baranie, pokazywałem ci: tutaj są kamery, a mury na trzy metry.
– Trzy dwadzieścia, trzy trzydzieści – poprawił go Dronow, patrząc przez lornetkę. – Gówno, Łukicz. Przekombinowałeś. Marię wyciągniemy dzisiaj. Teraz, zaraz.
Cały czas patrząc pod nogi, Siergiej chodził po pokojach, gdzie na podłodze walało się rozmaite barachło.
Mądrala łaził za nim, ciągle chciał zajrzeć mu w twarz.
– Co wymyśliłeś? Czego tak szukasz?
Siergiej wziął starą szelkę, naciągnął. Nie, za słaba. Wyrzucił.
Znalazł w łazience gumowy termofor – to właśnie to, czego mu potrzeba. Odciął z niego pasek, pociągnął kilka razy i ucieszył się. Połowę roboty miał za sobą.
Teraz widełki. Pod ścianą stały plecy od żelaznego łóżka. Przeszedł w Rytm, rozwalił spojenia. Przymierzył i tak, i siak. Nie wychodziło.
– Chodź, pójdziemy na piętro.
Darnowski już nie pchał się z pytaniami, tylko zaglądał Siergiejowi w twarz. Ten odwracał się od niego jak od natrętnej muchy; teraz mądrala mu przeszkadzał.
Na pierwszym piętrze drzwi mieszkań były zabite, ale to głupstwo; wystarczyło jedno dobre kopnięcie. Znalazło się i to, czego Siergiej szukał – rama dziecięcego rowerka. Zbędne części odłamał, zostawił żelazne widły w kształcie litery Y.