Выбрать главу

– Cóż ty robisz? – nie wytrzymał Darnowski, patrząc, jak Siergiej mocuje pasek do kawałka żelaza.

Dronow naciągnął, przymierzył się.

– Od razu widać, żeś inteligencja, Łukicz. Nie miałeś dzieciństwa. Nie strzelałeś nigdy do wróbli.

– Aha, to proca?

– U nas na podwórzu się mówiło „widełki”. Rozeschnięte okno absolutnie nie chciało się otworzyć, trzeba było znowu na chwilkę przejść do Rytmu.

Za to potem zobaczyli nie tylko ścianę, ale i górną część willi, która okazała się całkiem nieduża, parterowa. Był tam i ganek z kolumnami, i schodki.

– Przynieś tu nakrętki, śruby, wszystko, co znajdziesz – polecił Siergiej Robertowi.

Pierwszy pocisk uderzył w mur daleko od kamery, o półtora metra w bok. Mimo wszystko Siergiej nie strzelał od piętnastu lat.

Drugi trafił bliżej. Trzeci tuż obok.

Za czternastym razem Dronow trafił w obiektyw. Z kamery bryznęły iskry, rozległo się solidne brzęknięcie; nawet przez ulicę było dobrze słychać.

Na dworze tymczasem już prawie się ściemniło, a latarń jeszcze nie zapalono – o to chodziło.

– Za mną!

Siergiej przeszedł na „toko tak” i zbiegł po schodach; dopadł muru w polu widzenia rozbitej kamery. Podskoczył na dwa metry, łatwo się podciągnął i od razu rozpłaszczył na murze. Z tyłu strasznie powoli tuptał mądrala.

Dronow wychylił się i podał mu rękę. Tamten podskoczył, chwycił jego dłoń, ale w żaden sposób nie umiał wleźć, bezradnie suwał nogami po ścianie.

Siergiej stęknął i wciągnął towarzysza na mur. Zeskoczył na ziemię z drugiej strony i pomógł zejść inteligentowi. Darnowski sapał jak parowóz; miał naciągnięte ramię, ale tak w ogóle trzymał się dzielnie. Szeptem spytał:

– Aaa daaaleeej?

W krzaki, pokazał Dronow.

Schowali się.

Od chwili udanego strzału minęło półtorej minuty, nie więcej.

Z domu leniwie wyszedł „kark” w ciemnym kombinezonie. Podszedł do ściany. Zadarł głowę, popatrzył na wyłączoną kamerę.

– Cooo taaam? – Z budki portierni wyjrzał inny ochroniarz, z gazetą w ręku.

– Kaaameraa niee dziaałaa. Niee maaa oobraaazuuu. Iiidee pooo Sieeemioonyyyyczaaa.

Wrócił do willi i po pięciu minutach przyprowadził trzeciego typa, który na ramieniu niósł składaną drabinę, a w ręku skrzynkę, pewnie z narzędziami.

– Suuupeeer! – chuchnął mądrala Siergiejowi do ucha. – Wszyyscyyy trzeeej soo tuuutaaj. Daaleej, tyylkoo zaaałaatw iiich naa ameen, żeebyy niee wstaaalii. Zaa jeeednyym zaamaacheem.

Też się znalazł doradca. Tak jakby Siergiej sam nie wiedział. Ten, którego nazywali Siemionycz, powoli wlazł na drabinę i gramolił się w kierunku kamery.

– Niee, saamii niee damy raadyy. Peękłaaa. Dzwooń, Waaasiaa, nieech przyyyśloo Gaaawriiłeee z teechniczneeeego.

Dronow porwał się z miejsca. Ochroniarza, który stał pod drabiną, walnął pięścią w kark, aż chrupnęło. Spod Siemionycza wyszarpnął drabinę, a kiedy ten spadał powoli na ziemię, ruszył do budki i solidną fangą w nasadę nosa załatwił czytelnika gazet na dobrych kilka godzin, a może na zawsze.

Tam, z powrotem – dwie sekundy. Siemionycz zdążył i trzasnąć się, i wrzasnąć, a nawet sięgnąć pod pachę, ale oczywiście nie zdążył wyjąć spluwy. Siergiej już był pod murem i dał kopa w skroń ostatniemu z ochroniarzy.

Po czym, nie tracąc czasu, ruszył ku gankowi; z Rytmu na razie nie wychodził.

To właśnie uratowało mu życie.

Dronow wpadł do niewielkiej dyżurki i pierwsze, co zobaczył – to szereg monitorów z boku nad kontuarem. Siedem z nich pokazywało przylegające uliczki i podwórze, jeden wypełniał drobny śnieżek, w tym, który był na górze, widniała ścieżka wiodąca od bramy, a ścieżką, ledwo unosząc nogi, biegł Darnowski. To byłoby nieźle, tyle że za kontuarem stał krótko ostrzyżony facet w garniturze i w krawacie. W lewej ręce trzymał słuchawkę telefoniczną, w prawej – automat stieczkin, dokładnie taki sam, jaki mądrala zdobył w lesie.

– Stać! – rozkazał.

A to łoś z Darnowskiego! „Tylko trzech”!

Gdy Siergiej odrobinę się poruszył, ochroniarz puścił serię.

Dronow ledwo zdążył przysiąść. Po raz drugi ktoś strzelał do niego, stojąc z nim prawie oko w oko, ale ten był o wiele szybszy niż tamten bandzior, a i gnata miał lepszego.

Siergiej zaczął skakać po niedużym pomieszczeniu niczym pajac, myśląc nie o tym, jak załatwić ochroniarza, tylko żeby wyjść z tego cało. Skoczył na parapet, tam zrobił salto i wylądował na wieszaku; potem dał susa w stronę lustra.

Krótkie, drapieżne serie prawie że za nim nadążały. Rozniosły w drzazgi parapet, dały rykoszet od okna (szyby mieli chytre, kuloodporne). Rozpieprzyły w kawałki lustro.

– Ta ta ta! – Do terkoczących serii stieczkina przyłączył się drugi, taki sam odgłos.

Ochroniarza odrzuciło na stół, strzelanina się skończyła.

W drzwiach stał Darnowski, bardzo blady, z pistoletem w ręku. Najwyraźniej miał go przy sobie, a koledze nic nie powiedział.

– Ty Stirlitzu zasrany! – warknął na niego Siergiej – Mówiłeś, że jest tylko trzech! Mało mnie tu nie załatwił przez ciebie!

– Cooo? – Towarzysz nie zrozumiał jego szybkiej mowy, ale sam zaczął mówić to samo. – Nieee rozuuumieem, skood wzioooł siee jeszcze jeeeden. Może czwaaarty zmieeeniaa siee noocooo? Dobraaa, niewaaażnee. Daaleeej!

Dronow bez niego wiedział, że trzeba się ruszać żwawiej, bo łysy naczelnik albo ta farbowana laska, o której mówił Darnowski, po takiej kanonadzie pewnie już złapali za telefon.

Co do dziewuchy się jednak omylił. W korytarzu wpadł na nią od razu za pierwszym zakrętem. Biały kitel, usta otwarte, wytrzeszczone oczy za okularami. Zastygła i stoi. Pewnie usłyszała strzelaninę i osłupiała. Albo może wyskoczyła z gabinetu popatrzeć, co się dzieje, a tu z naprzeciwka – Siergiej, człowiek-błyskawica.

– Trzyyymaaj jooo! – zawołał z tyłu Darnowski. Podbiegł, odepchnął, wczepił się dziewusze palcami w ramiona i przewiercał wzrokiem jej twarz.

Pytanie składało się tylko z jednego słowa:

– Gdzie?

– Ktooo? – pisnęła cieniutko blondynka.

– Sama wiesz!

Nic nie odpowiedziała, tylko przełknęła ślinę, ale mądrala ni stąd, ni zowąd rzekł:

– Taak, pootrzeebuujeemy Iiljiii Pieetroowiicza. Gdziee jeegoo gaabiineet? Proowaadź!

Okularnicy krew odpłynęła z twarzy. Ale nie próbowała się opierać. Pokazała gdzieś drżącym palcem:

– Too taam…

– Prędzej, bo łysy wezwie posiłki! – krzyknął Siergiej, który nie mógł już znieść powolności tamtych dwojga.

Darnowski go zrozumiał. Może już pomału przywykł do prędkiego mówienia?

– Nie wezwie. Jest w pomieszczeniu dźwiękoszczelnym. Nie mógł słyszeć strzałów.

– Skąd wiesz?

Mądrala tylko uśmiechnął się swoim przeklętym uśmieszkiem. Kiedyś będzie musiał go połknąć razem z zębami, obiecał sobie Dronow, a towarzysz od razu spoważniał. Jak gdyby go słyszał.

Korytarz kończył się drzwiami zamykanymi elektronicznie.

– Otwieraj! – rozkazał Robert.

A Siergiej już wyszedł z Rytmu. Nie można go nadużywać; zabiera zbyt dużo sił, a te jeszcze mogą się przydać. Blondynka powiedziała cicho:

– Kod zna tylko Ilja Pietrewicz…

Darnowski znowu ujął dziewczynę za ramiona, jak gdyby miał zamiar ją pocałować.

– To wywołaj go.

Domyślił się, że łysego Ilję Pietrewicza można wywołać! Mądrala to mądrala.

Okularnica nacisnęła jakiś guziczek:

– Tak – odezwał się miły męski głos.

Na wszelki wypadek Siergiej wziął blondynkę dwoma palcami za kark i nacisnął – niby że „w razie czego skręcę ci kark”. Darnowski też wniósł swój wkład: do skroni przystawił jej stieczkina.