– Iljo Pietrewiczu, to ja, Alina.
Pisnął zamek, drzwi się otwarły.
Siergiej od razu złapał igłę i ruszył do przodu. „Toko tak, toko tak!”.
Pokój bez okien. Sztuczne, silne światło. Jakieś wymyślne urządzenia, szafy z próbówkami, niezrozumiałe schematy na ścianach. Za dużym biurkiem, zawalonym papierami – łysy wujo w złotych okularkach. Z wyglądu profesor.
Zobaczył gości i sięgnął ręką gdzieś w dół, ale gdzieżby tam mógł wyprzedzić Dronowa. Siergiej skoczył wprost od drzwi na biurko, pchnął owego Pietrowicza, ale nie silnie; tak żeby razem z fotelem na kółkach odjechał od guzika (albo co tam miał).
Mimo wszystko pchnięcie było solidne – łysy zatrzymał się dopiero na ścianie; przy okazji rąbnął o nią tyłem głowy, ale niezbyt silnie, w każdym razie nie stracił przytomności.
Od razu zbladł, okulary mu się zsunęły, usta zaczęły drżeć. Zorientował się, co jest grane.
Darnowski siłą usadził w drugim fotelu blondynkę imieniem Alina. Uprzedził ją:
– Jak chcesz żyć, to siedź cicho.
Potem przechylił się przez stół i miło, choć z naciskiem zapytał:
– Gdzie ona jest?
– Pan jest Darnowski. A pan – Dronow…
Pietrowicz przeniósł wzrok z jednego na drugiego i nagle zamknął oczy. Pewnie z przestrachu…
Farbowana baba zawołała: „Oj!”, i też zasłoniła oczy dłońmi.
– Patrzeć tu! – warknął Robert.
Profesor pokręcił głową.
– Siergiej, zmuś go, żeby otworzył oczy!
– Po co? – zdziwił się Dronow. – Gdyby zatkał uszy, to inna sprawa. A pytać możesz i tak.
– Rób, co mówię! – rozzłościł się mądrala.
– A jak go mam zmusić?
– Nie wiem! Przyłóż mu!
Nagle Siergiej się rozzłościł. Tym bardziej że już wypadł z Rytmu.
– Idźże ty! Co to ja, gestapo jestem? Niech gada zwyczajnie. A jak nie będzie gadał, to mu łysinę na pępek wciągnę.
– Nie jest pan na bieżąco, Siergieju Iwanowiczu – powiedział profesor, nie podnosząc powiek. – Pański przyjaciel potrafi skanować przez oczy emanację substancji podkorowej.
– Co?
– Czyta cudze myśli. Ma taki dar.
Siergiej z początku pomyślał, że Pietrewicz robi z niego durnia. Ale potem coś sobie przypomniał i powoli odwrócił się do tego judasza Roberta. Gdzie by ci wpieprzyć, gadzino podła, w okulary czy w szczenę?
– Ja ci wpieprzę! – Darnowski szybko zasłonił twarz, czym ostatecznie się zdradził. – Co, nie zrozumiałeś, Einsteinie? Ilja Pietrowicz chce nas skłócić.
Obszedł stół dookoła i rękojeścią stieczkina jak nie trzaśnie łysego w łeb!
– Gdzie jest Anna?
Rację miał Robert, bydlak, po tysiąckroć rację. Nie czas na kłótnie, potem się policzymy.
– Tak, gdzie jest Maria? – warknął Dronow i pokazał profesorowi pięść.
– Tutaj jej nie ma.
– Nie kłam! – krzyknęli obaj naraz, a Darnowski znowu stuknął Pietrewicza, tym razem w łysinę.
– Tylko nie w głowę, proszę – żałośnie poprosił tamten. – Nie odmawiam odpowiedzi na wasze pytania. Pani, której szukacie, rzeczywiście przebywała tu przez pewien czas. Potem została przewieziona w inne miejsce. Jeśli się nie mylę, dwunastego. Nie, przepraszam, trzynastego. Skończyliśmy robotę, więc nie było sensu jej tu dłużej trzymać.
– Jaką robotę? – drżącym głosem spytał Dronow.
– Badania kompleksowe: fizjologiczne, neurologiczne, psychometryczne, analiza chemiczna. Stwierdziliśmy, że nie jest zomboidem, i wysłaliśmy ją do Sanatorium.
– Zomboidem?
Siergiej popatrzył z zakłopotaniem na Roberta, ale ten też najwyraźniej nie rozumiał.
– No, że nie jest policajem – wyjaśnił profesor, nadal nie otwierając oczu.
– Co ty mi tu farmazony opowiadasz?! – wybuchnął Dronow. – Zaraz ci wydrę gały, żeby w nie Łukicz zajrzał! Gdzie jest Maria?
Łysy aż się skurczył.
– Przysięgam, że zawieziono ją specjalnym samochodem do Sanatorium.
– Trzynastego? – Robert przejrzał notes. – Karetką, o piętnastej dwadzieścia jeden?
– Nie pamiętam, o której. Zdaje się, że tak, w środku dnia. Sam pan może sprawdzić.
Zasłaniając oczy przed Darnowskim, podjechał na fotelu do biurka i zaczął przeglądać teczki.
Siergiej zauważył, że Alina zerka przez palce, ale za każdym razem, kiedy Robert patrzy w jej stronę, znowu szczelnie się zasłania.
A to ci cwanizna, ten Robik! To w ten sam sposób grzebał Marii w myślach? Nic dziwnego, że zawrócił dziewczynie w głowie.
– O, proszę.
Profesor pokazał ciemnoniebieską teczkę z naklejką:
M.I. Dolina, ur. 1970, kategoria Z/M (?)
– Co to jest kategoria Z/M? – nachmurzył się Darnowski.
– Zomboid albo mutant. My się zajmujemy pierwszymi, drugimi – Sanatorium. Obywatelka Dolina nie należy do nas, dlatego została tam wysłana.
Patrzcie, okazuje się, że nazwisko jej brzmi „Dolina”. Ładnie, a co do imienia…
– M.I.! Widziałeś? – rzeki Siergiej z triumfem do mądrali, profesora popychając z powrotem do ściany, żeby nie sięgał do guzika. – Mówiłem, nie żadna Anna, tylko Maria. I co?
– Jakie zomboidy, jakie mutanty? – Robert potrząsnął głową, a na Siergieja machnął ręką. – Sam jesteś Maria. Dawaj to tutaj.
Otworzył teczkę, przeczytał na głos:
– Nazwisko: Dolina. Imię: Marianna. Imię odojcowskie: Igorjewna…
Wymienili spojrzenia. Marianna, tak ma na imię. To znaczy i Maria, i Anna…
Siergiej zajrzał do akt.
Po danych ankietowych, których Robert, śpiesząc się, nie czytał dokładnie, nastąpiły jakieś schematy, diagramy, sprawozdania, naszpikowane niezrozumiałymi terminami, i kolorowe zdjęcia. Właśnie zdjęciom Siergiej najuważniej się przyglądał.
Twarz Marii, to znaczy Marianny, en face, z profilu, głowa z tyłu. Oczy zamknięte, a włosy, cudowne włosy miodowej barwy, ostrzyżone do skóry. To świnie!
Chociaż nawet ogolona na zero wydała mu się niezwykle piękna. Nigdy by nie pomyślał, że naga głowa kobieca wygląda tak bezbronnie, tak… no co, seksownie, a czemu by nie?
– Dlaczego ją ostrzygliście? – nieprzyjemnym tonem spytał Robert.
– To niezbędna procedura przy noografii – odpowiedział Pietrowicz, znów używając niezrozumiałego terminu.
– A dlaczego oczy ma zamknięte?
– Jest po zastrzyku usypiającym.
Były jednak w teczce zdjęcia jej otwartych oczu, prawego i lewego oddzielnie.
– Nawiasem mówiąc, pani Marianna ma niezwykłe oczy. Tęczówka w różnym oświetleniu zmienia światło, nawet zaczęliśmy się spierać co do tego, który z odcieni jest bazowy. W naturze coś takiego spotyka się wyjątkowo rzadko.
Siergiej chciał powiedzieć, że Maria ma zielone oczy, ale zobaczył następną fotografię i zaniemówił.
Leżała tam całkiem naga: na plecach, potem na brzuchu.
Dalej były już same wzory.
– Nic pan z tego nie zrozumie – ostrożnie wtrącił się profesor. – Niech pan popatrzy na sam koniec.
Na ostatniej stronie widniał zapis: 13.05.90 o 15.15 wysłana do Sanatorium z diagnozą „M”.
– Widzicie, przecież mówiłem.
– Kto to jest „policaj”? – nagle ni w pięć, ni w dziewięć spytał Robert. – Kiedy pańska pomocnica zobaczyła nas w korytarzu, jej pierwszą myślą było: „Policaje! Czyżby błędna diagnoza?”.
Ilja Pietrowicz milczał.
– Co z nami zrobicie? Zabijecie nas? – drżącym głosem spytała Alina.
– Jak będziecie się rzucać, na pewno was sprzątniemy – obiecał Siergiej. – Pytaj, Robik!