Выбрать главу

Ale co mu się właściwie śniło?

Jakiś głos cały czas zadawał pytania. Inny, niejasno znajomy, na nie odpowiadał. Każde słowo dudniło donośnym echem. Rozmowa była niekończącą się udręką, ale czego dotyczyła, trudno orzec.

Robert znowu przetarł oczy, mając nadzieję, że mgła się rozwieje.

Nie, nie rozwiała się, ale – rzecz ciekawa – jego paznokcie były krótko przycięte. A miał je długie i niezbyt czyste, to dobrze pamiętał. Właśnie ten, na wskazującym, się ułamał, kiedy na Czarnoposadzkiej właził na ścianę. A teraz był w zupełnym porządku.

Proszę, co za obsługę tu mają, ironicznie stwierdził Darnowski dla dodania sobie odwagi: robią nawet manikiur.

Drzwi cichutko skrzypnęły. Wszedł człowiek, ale przez mgłę ani twarzy, ani ubrania nie można było dostrzec. Tylko że ciemny na dole i pośrodku, a góra biała. Pewnie siwy.

– No, tośmy się obudzili – powiedział wesoło dziwnie znajomy głos, chociaż Robert był przekonany, że słyszy go po raz pierwszy. – Kroplówka już nam niepotrzebna. Zaraz napijemy się świeżej kawki, pobudzającej miksturki i będziemy jak nowi.

Podszedł do łóżka, usiadł.

Robert mocno zmrużył oczy i dojrzał mądrą, pomarszczoną twarz, starannie zaczesaną siwiznę.

– Gdzie jestem? Kim pan jest?

– Jest pan w Sanatorium. Tak, tak, w tym właśnie. A ja jestem pułkownik Wasiljew, Aleksander Aleksandrowicz.

Stary! Na pewno ten. Ten właśnie, którego w myślach wspominał samobójca Locha.

Lekkie kroki, melodyjne pobrzękiwanie, aromat kawy. W ubogim polu widzenia Darnowskiego pojawiła się wysoka kobieta w bieli.

– Dziękuję, Lusiu. Niech pani tu postawi. Kroplówkę proszę. Zręczne palce zajęły się łokciem Roberta – coś tam pociągnęły, coś posmarowały i chyba nawet przypudrowały.

– Czy coś jeszcze, Aleksandrze Aleksandrowiczu?

– Ubranie jest tutaj? Aha. No, to już wszystko. A pan, Robercie Łukiczu, niech wypije to. Pomoże panu uwolnić się od niepożądanych objawów.

Darnowski ochoczo sięgnął po szklankę. Miał szaloną chęć uwolnić się od niepożądanych objawów, szczególnie od tej diabelskiej mgły. Żeby popatrzeć w oczy towarzyszowi pułkownikowi.

Wypił do ostatniej kropli pachnącą mentolem miksturę. W głowie rzeczywiście mu się rozjaśniło. W oczach, niestety, nie.

– Co jest z moimi oczami? – spytał Robert – Proszę mi oddać okulary.

– Okulary są w kieszeni na piersi pańskiej kurtki; wisi, o tam, na krześle. Tyle że nic panu nie pomogą. Zakropiono panu atropinę, żeby zbadać dno oka. Proszę się nie obawiać, wzrok ma pan dosyć przyzwoity. Niewielka krótkowzroczność. Jeśli pan zechce, można skorygować. Mamy dobre układy z Centrum Mikrochirurgii Oka profesora Fiodorowa, załatwimy zabieg poza kolejnością.

Cholera, jak nie w porę, pomyślał Darnowski, a potem przypomniał sobie o profesorze Ilji Pietrowiczu. Pułkownik kituje z tym dnem oka. Po prostu kagebiści wiedzą o Darze. Dlatego wpuścili mu atropinę do oczu, żeby nie mógł czytać im w myślach.

– Lubi pan czarną, mocną arabikę, z trzema łyżkami cukru – Aleksander Aleksandrowicz nie spytał, ale jak gdyby sobie przypomniał.

– Skąd pan wie?

Dziwaczny pomysł: aresztowali Innę i przesłuchali, od nikogo więcej nie mogli się dowiedzieć o takim szczególe. E, bzdury! O co ją wypytywali, o kawę?

– Ja wszystko o panu wiem.

– Od kogo?

– Od pana, Robercie Łukiczu. Pan sam przecież mi to wszystko opowiedział w czasie naszych rozmów.

Darnowski zamrugał oczami.

– Czyżbyśmy się kiedyś spotkali? Jakoś sobie nie przypominam.

Wasiljew roześmiał się, ale dobrodusznie, nie szyderczo.

– Wiele, wiele razy. Pan tego po prostu nie pamięta. Widocznie panu się zdaje, że przespał pan kilka godzin, a w rzeczywistości gości pan u nas już długo.

A więc to nie były sny, te pytania, dudniące pod czaszką odpowiedzi…

– Pan mnie przesłuchiwał nafaszerowanego jakimś świństwem, paraliżującym wolę?

– Nie tylko wolę. Co nie mniej istotne, ten preparat ściera w substancji podkorowej wszelkie wspomnienia o przesłuchaniu, oprócz najbardziej podstawowych. Wiem o panu wszystko. Absolutnie wszystko. I to, co nas interesowało z zawodowego punktu widzenia, i to, co pomogło nam po prostu odtworzyć strukturę pańskiej osobowości. Chce pan, żebym powiedział, jak nazywała się pańska przedszkolna miłość? Miła Brusnikina. A o zacnego Rafaiła Sigizmundowicza, przyjaciela mamy, jest pan zazdrosny całkiem niepotrzebnie. Pańskie koszmary erotyczne nie mają w tym wypadku żadnych podstaw. Trzy lata temu Rafaiła Sigizmundowicza operowano na raka prostaty i obecnie ich stosunki z Lidią Lwowną są czysto platoniczne.

Teraz Robert pożałował, że nie posiadł, jak Dronow, daru błyskawicznych ruchów. Wziąłby zaraz gładkiego sukinsyna za frak i walnąłby tą szlachetną siwizną o ścianę.

– Po cholerę mnie pan budził, pułkowniku? – wycedził Robert. – Dłubałby pan sobie w moim mózgu dalej; to zajęcie godne pańskiej instytucji.

– No, w pańskich ustach taki zarzut brzmi dosyć dziwnie. – Wasiljew znowu się roześmiał.

W dziesiątkę, pomyślał Darnowski.

– A wybudziliśmy pana, bo taka była decyzja kierownictwa. Z początku zamierzaliśmy wziąć pana na długoterminowe przechowanie kriopsychiczne…

– Co to takiego?

– „Krio” to – zimno, „psycho” – no, sam pan wie. Niektórzy pańscy… koledzy leżą u nas w izolatkach po kilka lat. Tylko przewracamy ich jak kłody i robimy masaż, żeby nie dostali odleżyn. Ale pana postanowiliśmy zaktywizować.

– Jacy znowu koledzy? Nie mam żadnych kolegów! I dlaczegóż to postanowiliście mnie zaktywizować? - Teraz Robert skrzywił się. Bardzo mu się to słowo nie spodobało.

– Dlatego, że musi pan podjąć pewną decyzję – odpowiedział pułkownik na drugie pytanie, pierwsze puściwszy mimo uszu.

Darnowski pomyślał: czegoś ode mnie potrzebują. Czego właściwie, nie jest teraz takie ważne. Najważniejsze, że mam punkt oparcia, mogę więc przejść do ataku.

I zapytał o rzecz najważniejszą:

– Gdzie jest Anna?

Aleksander Aleksandrowicz pokiwał głową z satysfakcją.

– Cały czas czekałem, kiedy pan o to spyta. Pański towarzysz na przykład zainteresował się losem wyjątkowej kobiety, ledwo otworzył oczy. Ale to zrozumiałe: nie jest typem refleksyjnym tak jak pan, lecz zdecydowanie emocjonalnym.

– Gdzie jest Anna? – powtórzył z uporem Robert.

– Marianna Igorjewna też przebywa u nas, gdzie by indziej. Niech się pan o nią nie martwi, wszystko jest w absolutnym porządku.

– Chcę ją zobaczyć.

Pułkownik westchnął; chyba już zaczęło go to nudzić.

– Może najpierw wysłucha mnie pan do końca? Proszę mi wierzyć, powiem panu dużo ciekawych rzeczy.

– Nie – uciął Darnowski. – Najpierw muszę ją zobaczyć. A jeśli pan mnie okłamał… – Nie dokończył zdania, poprzestał na tonie groźby, bo nie wiedział, czym można przestraszyć tego dobrodusznego i pewnego siebie dżentelmena.

Oczywiście, Wasiljew ani myślał się bać. Uśmiechnął się i rozłożył ręce.

– No taaa… W stanie pasywnym rozmawiało mi się z panem o wiele łatwiej. Ale za to w aktywizowanym ciekawiej.

I wesoło odchrząknął.

– Co w tym śmiesznego? – spytał szorstko Robert.

– To, że różnica między wami i obywatelem Dronowem, mimo całej gamy przeciwieństw, absolutnie znika, kiedy sprawa dotyczy pewnej miłej panny. Reakcja jest po prostu identyczna. Siergiej Iwanowicz, którego iloraz inteligencji jest prawie dwukrotnie niższy niż pański, oświadczył mi to samo: O niczym nie chcę słyszeć, dopóki jej nie zobaczę.