Выбрать главу

Darnowski spojrzał wrogo na rozmówcę.

– Nawet IQ mi pan sprawdził?

– Sprawdziliśmy wszystko, co tylko było możliwe.

– Dosyć tej paplaniny! – warknął Robert. Ten stary potwornie go drażnił. – Gdzie jest Anna?

Aleksander Aleksandrowicz westchnął ze smutkiem.

– Oj, nieładnie, nie szanuje pan starszych. To skutek megalomanii, którą wytworzył w panu tak zwany Dar. No dobra. Jak to się mówi, ustępuję w obliczu przemocy. – Nie, jednak robił sobie jaja, teraz to było jasne. – Pańskie ubranie, jak już mówiłem, jest tutaj. Szczoteczka do zębów i grzebień są w łazience. Golić się pan nie musi, zrobiła to Lusia godzinę temu, kiedy pan jeszcze spał. Kiedy doprowadzi się pan do porządku, proszę iść korytarzem na lewo. Na końcu są drzwi.

Pułkownik wstał.

– I tam będzie Anna? – spytał Robert z niedowierzaniem.

– Już tam jest.

Scena druga i trzecia

Przy dziwnym akompaniamencie marsza i bolera Darnowski szedł jasnym korytarzem z sympatycznymi akwarelkami na ścianach. Pomylić drzwi niepodobna; znajdowały się tam tylko jedne, na samym końcu.

Serce tłukło się, prawie jak u Dronowa, kiedy był w Rytmie. Czyżby za drzwiami była Anna?

Oparł się ręką o ścianę, czując, że powinien złapać oddech. A i nogi miał jakby drewniane. Mięśnie tak zesztywniały, czy co?

Za oknem widać było trawnik, drzewa. Tuż przy oknie kołysała się gałąź. Robert wytężył wzrok i zobaczył, że liście na niej nie są młode, jak jeszcze wczoraj, to znaczy dziewiętnastego maja, ale grube, nasycone słońcem. Ile to już tygodni?

Przed samymi drzwiami zatrzymał się znowu. Westchnął głęboko. Nacisnął klamkę.

Duży pokój, w otwartym oknie poruszają się zasłony, pachnie świeżością i kwiatami.

Cztery fotele. W jednym chyba siedzi Wasiljew, w każdym razie ktoś siwy, pozostałe trzy – jak gdyby stały puste.

– Scena druga – powiedział siwy. Tak, to był pułkownik. – Ona i on.

Robert zrobił kilka kroków i nagle zobaczył, że skrajny fotel z prawej nie jest pusty, z podwiniętymi nogami i obejmując rękami ramiona, siedzi w nim… tak, tak!

– Anna!

Rzucił się do niej.

Myślał, że jest ogolona na zero – przecież na własne oczy widział to na zdjęciu – ale Anna na głowie miała stylowego jeżyka, bardzo jej pasującego. Żeby na tyle odrosnąć, włosy potrzebują trzech miesięcy, co najmniej. Czyżby minęło aż tyle czasu?

Nieważne!

Objął ją i ona też objęła go za ramiona. Nie pocałowali się, ale prawie dotykając się czołami, patrzyli sobie prosto w oczy, a to było o wiele ważniejsze.

Ty żyjesz! Co oni z tobą robili?

Nie wiem. Dopiero co się obudziłam. Gdzie jesteśmy?

To jakaś siedziba KGB, nazywa się „Sanatorium”. Boże, jak długo cię nie widziałem!

Czyżby? - W niebieskich oczach mignęło zdziwienie. – Pamiętam przezroczysty dym, upadlam… i obudziłam się tutaj. Dlaczego ostrzygli mi włosy? Jestem brzydka, tak?

Trzeba było oddać sprawiedliwość pułkownikowi. Taktownie milczał, pykał tylko z fajeczki, wypuszczając kłęby wytwornie pachnącego dymu. Zresztą Robert o nim zapomniał.

Jesteś piękna. Jeszcze piękniejsza niż poprzednio. Przypomniał sobie biedną Innę z jej włosami mysiego koloru, pulchnym ciałem, namiętnym posapywaniem, i aż go skręciło z obrzydzenia.

Szczęknęła klamka u drzwi.

– Scena trzecia – z komiczną powagą obwieścił Wasiljew. – On, ona i rywal.

Robert odwrócił się i zmrużył oczy.

– Maria!

Od przeciwległych drzwi, niezgrabnie rozkładając ręce, biegł Dronow.

– Odczep się od niej!

Ordynarnie odepchnął Darnowskiego. Objął Annę, zaczął ją całować.

Robert poczuł wściekłość. Zamachnąwszy się, chciał przyłożyć chamowi, ale diabelska atropina mu przeszkodziła – pięść przesunęła się po policzku rywala. Terminator na chwilę się odwrócił i pchnął Darnowskiego w pierś, tak że ten opadł na fotel.

– Panowie rywale, break! - rzucił zaniepokojony Aleksander Aleksandrowicz. – Robercie Łukiczu, niech pan nie wstaje! A pan, Siergieju Iwanowiczu, niech siada!

Okej, usiedli. Ale kiedy Robert przysunął fotel bliżej, żeby widzieć oczy Anny, Dronow zaraz wrzasnął:

– Nie klej się do niej!

– Nic nie widzę – powiedział Darnowski z godnością. – Zapuścili mi atropinę! Widzisz, gnoju, jakie mam źrenice?

Dronow zaczął sapać.

– Wyglądasz, jakbyś przez tydzień pił na umór.

– Że na umór, to fakt, ale boję się, że dłużej niż tydzień…

Wasiljew postukał fajką w oparcie fotela.

– Proszę o uwagę! Prośba panów została spełniona – Marianna Igorjewna jest przed wami. Jak widzicie, cała i zdrowa. Teraz może zechcą mnie panowie wysłuchać.

Posłuchajmy go, powiedziało spojrzenie Anny.

– Niech pan mówi, słuchamy – przytaknął Robert. Obok niej czuł się dobrze.

– Wal pan – przytaknął i Dronow, który razem z fotelem przysunął się do Anny z drugiej strony.

– Zabieraj rękę! – syknął na niego Robert. – Myślisz, że jestem całkiem ślepy? Bo ja też zacznę!

– Dobra, dobra – warknął mistrz sportu.

Aleksander Aleksandrowicz roześmiał się, ale jakoś z roztargnieniem. Wyraźnie szykował się do poważnej rozmowy.

– No więc tak. Jestem Aleksander Aleksandrowicz Wasiljew, pracownik pewnej specjalnej instytucji, która – ujmijmy to tak – jest związana z Komitetem Bezpieczeństwa Państwowego. To, że z wami rozmawiam, oznacza, że pomyślnie przeszliście bardzo skomplikowaną i wieloetapową procedurę sprawdzania. Mówiąc językiem prawników, w waszych czynach nie dopatrzyliśmy się znamion umyślnego działania. A i same czyny…

Oni o mnie wiedzą, dlatego zabrali mi moje normalne widzenie - mówił tymczasem Robert do Anny. – A ty? Twoje oczy w porządku?

Tak.

Znakomicie. Będziesz moimi oczami. Mów mi, co ten człowiek myśli naprawdę. Jakim go widzisz?

Na kilka sekund się odwróciła, przypatrując się mówiącemu.

Nie nazywa się ani Aleksander Aleksandrowicz, ani Wasiljew. To człowiek mądry, chytry, ale o niczym nie decyduje. Jest ktoś inny, którego rozkazy ten wykonuje.

Debil Dronow głośno szepnął:

– Odsuń się od niej, palancie!

Nie z tej ziemi

– W naszych czynach nie dopatrzono się znamion przestępstwa? – przerwał Robert fałszywemu Aleksandrowi Aleksandrowiczowi, machając ręką na byłego towarzysza.

– Tak. Pan i Siergiej Iwanowicz zabiliście czterech pracowników KGB i jeszcze dwóm zadaliście ciężkie obrażenia cielesne, niemniej postanowiono nie pociągać was do odpowiedzialności. Po pierwsze, my w Sanatorium sami nie trzymamy się norm prawa – jak się to mówi, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą (ale o tym trochę później). A po drugie, reagowaliście tak, jak powinniście byli reagować. Powtarzam: nie jesteście o nic oskarżeni i jeśli chcecie, możecie sobie iść, dokąd dusza zapragnie. Nikt was nie będzie straszył ani szantażował. Wybór, którego musicie dokonać, powinien być nie wymuszony, ale dobrowolny.

Pułkownik (stopień chyba jednak był prawdziwy) podniósł dłoń, uprzedzając pytania.