– Oprócz zomboidów istnieją jednak tak zwani mutanci, albo, jak nazwali ich nasi chłopcy, mutki. To ludzie, którzy z tej lub innej przyczyny znaleźli się w polu widzenia Migrantów, zostali poddani obróbce i odznaczają się różnego rodzaju niezwykłymi zdolnościami. Jeden na przykład potrafi oddychać pod wodą, inny latać, jeszcze inny – możecie się śmiać – być źródłem prądu.
Ale nikt się nie śmiał. Nawet do Dronowa coś w końcu dotarło: z trwogą popatrzył na Roberta.
Aleksander Aleksandrowicz wciąż tym samym konfidencjonalnym tonem ciągnął:
– Co do tego, w jakim celu Migranci to robią, zachodzi różnica poglądów. Możliwe, że eksperymentują, czy nie można ludzi użyć do obsługi, przydzielając im rozmaite użyteczne funkcje: człowiek-ptak, człowiek-ryba, człowiek-generator i tak dalej. Zgodnie z drugą hipotezą mutki to swego rodzaju miny o opóźnionym działaniu. Migranci rozrzucają ich w najróżniejszych miejscach, żeby kiedyś aktywizować w jakichś swoich celach. Kiedy uda się nam natrafić na kogoś takiego, bierzemy go pod uważną obserwację. Mutków śledzą z pewnością także Migranci, a to znaczy, że jest szansa prędzej czy później schwytać kogoś z nich albo choćby „policaja”… – Pułkownik uśmiechnął się rozbrajająco. – Zrobię teraz przerwę, bo widzę po waszych twarzach, że już rozumiecie, ku czemu zmierzam.
– Jesteśmy mutkami? – oburzył się Dronow.
– Tak, jesteście mutantami.
– Szczęście, że nie policajami – zauważył zjadliwie Darnowski.
– Tak, tego mogę wam pogratulować. – Wasiljew popatrzył na niego poważnie. – Żeby zdjąć z was to podejrzenie, potrzebowaliśmy długotrwałych, gruntownych badań. Tak naprawdę należałoby kontynuować je jeszcze przez kilka miesięcy, bo nie wszystkie testy zostały przeprowadzone, ale kierownictwu potrzebni byliście właśnie teraz.
– Dlaczego? – Robert wysunął się do przodu, starając się dostrzec wyraz twarzy Aleksandra Aleksandrowicza.
– O tym wkrótce się pan dowie. Nie ode mnie.
– A co to był ten Biały Słup? – spytał nagle Dronow. – No, ten, w który wjechał autobus?
– Ma pan na myśli incydent z dziesiątego maja osiemdziesiątego roku? – uściślił Wasiljew. – Autobus wjechał w aparat latający Migrantów, który właśnie wylądował nocą na szosie. Analogiczny wypadek zdarzył się w Nevadzie w roku sześćdziesiątym czwartym, ale tam zginęli wszyscy pasażerowie. Statki Migrantów wykonane są z jakiegoś nadzwyczaj trwałego materiału, rakieta „ziemia-powietrze” rozbija się o niego w drobny mak, jeśli tylko przypadkowo nie trafi w dyszę. Wy dwaj, rzecz jasna, też zginęliście, ale byliście mniej zdeformowani niż reszta, więc Migranci zdołali przywrócić was do życia. Nie znaleźliśmy na waszych ciałach śladów interwencji medycznej, ale to dlatego, że nasz sprzęt znajduje się na zbyt niskim poziomie. Na pożegnanie Migranci zrobili prezent każdemu z was. Być może zresztą wasze nadzwyczajne zdolności są po prostu ubocznym efektem operacji; to też jedna z wersji.
Robert bardzo chciał się dowiedzieć, co o tym wszystkim myśli Anna. Zwrócił się do niej i nagle zobaczył, że dziewczyna śpi, zwiesiwszy głowę na ramię.
– Co się z nią stało? – zawołał. – Jest chora?
– Nie, nie. – Aleksander Aleksandrowicz podniósł ręce w uspokajającym geście. – Po prostu usnęła. Fizycznie jest słabsza niż wasza dwójka. I w dodatku znajdowała się w stanie pasywnym o dziesięć dni dłużej. Niech odpocznie. Jest tutaj osobą drugiego planu, wspomagającą.
– No właśnie! – spostrzegł się Darnowski. – Co ma z tym wspólnego Anna? Przecież nie było jej w autobusie.
– Właśnie nad tym łamaliśmy sobie głowę przez cały ostatni rok, kiedy tylko pojawiła się w pobliżu was dwóch. Najpierw przeważał pogląd, że Marianna Dolina jest zomboidem, podesłanym, żeby zaktywizować naszych mutantów. A być może po to, żebyście się nawzajem zlikwidowali, bo okazaliście się nieprzydatni dla jakiegoś nieznanego celu. W pewnej chwili, kiedy skoczyliście sobie do gardeł, wydało się nam, że prawdziwa jest druga wersja. Grupa obserwacyjna podjęła spontaniczną decyzję, żeby was dwóch ocalić, a ją zabrać na obserwację do laboratorium. Ale Marianna Igorjewna nie jest zomboidem. Najpewniej też należy do kategorii mutantów. Co prawda natura jej daru nie jest do końca jasna. Najprawdopodobniej to hipertroficzna intuicja, to znaczy ponadracjonalna zdolność przeczuwania wydarzeń. Poza tym Marianna, sądząc po niektórych objawach, potrafi w sposób niewerbalny oddziaływać na emocje otoczenia. A co łączy ją z wami, to akurat wiemy. Swój trudny do zidentyfikowania talent otrzymała w tym samym czasie i właśnie tam, gdzie wy.
– Jak to? – zdziwił się Dronow.
– W roku osiemdziesiątym miała dziewięć lat. Szła do domu z pensjonatu „Brzózki”, niosła torbę z produktami żywnościowymi. Prowiant był kradziony, dlatego właśnie dziewczynka znalazła się na szosie o tak późnej porze. Prawdopodobnie wyglądało to następująco. Kierowca autobusu wyleciał zza zakrętu, najpierw zobaczył pośrodku drogi dziwny obiekt, skręcił w lewo, żeby uniknąć zderzenia, dostrzegł na poboczu, tuż przed sobą, zamarłą z przerażenia dziewczynkę i odruchowo skierował pojazd w prawo… Grupa śledcza znalazła ślady dziecięcych nóżek w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca wypadku. Ten fakt był podkreślony w protokole; przypuszczano, że dziecko mogło widzieć katastrofę i złożyć zeznania w tej sprawie. Co mała Marianna tam zobaczyła, nie wiemy. Możliwe, że widok zderzenia wywołał u niej głęboki wstrząs nerwowy i nasi litościwi kosmiczni przyjaciele też ją trochę „podleczyli”. Niestety, nie możemy przesłuchać Marianny Igorjewny, nawet w stanie pasywnym – nie posiada aparatu mowy.
– To znaczy, że nie dowiedzieliście się o niej niczego? – spytał Robert.
– Ależ przeciwnie; dowiedzieliśmy się wszystkiego. – Pułkownik zajrzał do książeczki. – Ustalono, kto jest biologicznym ojcem dziewczynki: to Igor Siergiejewicz Łaptiew. Nikt interesujący: był pod Moskwą w studenckiej brygadzie budowlanej, miał małą przygodę z panną z Łyczkowa, matką Marianny; o istnieniu córki nie wie; pracuje jako specjalista od bhp. Następnie matka, Jewdokia Prokofjewna Dolina. Zostawiła córkę w wieku niemowlęcym i wyjechała. Obecnie jest zamężna, ma dwoje dzieci, mieszka w Kaliningradzie. Przed mężem, mechanikiem okrętowym, ukrywa fakt istnienia nieślubnej córki. W ogóle osoba na poziomie, nie ma co. Szczególnego gustu trzeba, żeby wiejskiej dziewczynce dać na imię Marianna – oznajmił Wasiljew z oburzeniem, tak jakby to było największą zbrodnią Jewdokii Dolinej. – Cała ta liryka ankietowa niczego nam nie wyjaśniła. Wiadomo jedno: wasza trójka, w jednym i tym samym miejscu, w jednym i tym samym czasie, można powiedzieć, narodziła się na nowo.
– Trojaczki, znaczy się? – zaśmiał się Dronow.
O, święta prostoto! Wesoło mu się zrobiło!
Pułkownik jednak nie był wesoły. Przeciwnie, z każdą minutą stawał się coraz poważniejszy. Chyba nawet napięty.
– Można to i tak ująć. – Wasiljew umilkł. – No więc, Robercie Łukiczu i Siergieju Iwanowiczu, opowiedziałem panom wszystko, do czego mnie upoważniono. Teraz musicie to sobie dobrze przemyśleć. Nie tak znowu łatwo uświadomić sobie, że nasz świat jest niezupełnie taki, jak się wydaje niedoinformowanej większości.
– Właśnie, dlaczego nie informujecie ludzkości o zagrażającym jej niebezpieczeństwie? – spytał Robert zaczepnie. – Po cholerę ta cała tajemniczość? Lubicie czuć się kapłanami, strażnikami wielkiej tajemnicy?