No, niby prawda, pomyślał Robert. Wychodzi 3-D. Ale lepiej, żeby były tylko dwa D, o jedno jest wyraźnie za dużo.
– Dlaczego ona jedna na nas dwóch? – spytał ponuro swego mądrego teścia.
Ten filozoficznie wzruszył ramionami.
– Też o tym myślałem. Być może po to, żebyście obaj z Sieriożą stale wytężali siły, wykorzystując Dar w pełni. Ty i Dronow jesteście anodą i katodą, a Marianna przenosi prąd między wami. Dokąd ten miłosny trójkąt was zaprowadzi, kogo ona wybierze – nie wiem, sam jestem ciekaw. Ja bym postawił na ciebie. Więź duchowa jest mocniejsza niż cielesna.
„Wie, o wszystkim wie! – zorientował się Robert. – Nawet o tym, że między mną a Anną nic nie było. Sam pewnie mu wypaplałem w czasie przesłuchań”.
– Tylko że ona drugiego też nie wypuści ze swoich sieci – ciągle tym samym, pełnym dumy głosem ciągnął Wsiewołod Ignatjewicz. – Cóż, trójkąt to bardzo stabilna figura geometryczna. Poza tym niezbędna dla dobra sprawy.
Działanie atropiny pomału zaczynało słabnąć. Darnowski nagle zorientował się, że już może rozróżnić kontury domów. Popatrzył dookoła. Coś bardzo długo jechali – jeśli oczywiście teść wiózł go do domu, na Wiernadskiego.
Ej, przecież to Szosa Wołgogradzka! Zajęty rozmową nie zauważył, że przejechali niemal przez całe miasto. No tak, nie ma żadnego ruchu.
– Dokąd mnie pan wiezie? – Robert zaczął się kręcić na fotelu.
Wsiewołod Ignatjewicz zdziwił się.
– Jak to dokąd? Przecież chciałeś do domu? Właśnie wiozę cię na Kuźminki, do waszego gniazdka. Ona troszkę się wzmocni i dostarczymy ci ją w znakomitej formie.
Darnowski poczerwieniał i spuścił oczy, po czym spytał nieśmiało:
– A… A co z pańską córką? Inną?
O Boże, dopiero teraz do niego dotarło. Przecież minęły trzy miesiące! Jak tam Inna? Co jej ojciec powiedział? I czy w ogóle cokolwiek mówił?
Teść beznamiętnie odpowiedział:
– Po pierwsze, nie nazywa się Inna. Po drugie, nie jest moją córką. To nasza pracownica, wykonująca długoterminową misję, która właśnie się skończyła. Nie dręcz się tak z jej powodu. Bo w czasie przesłuchań urządziłeś prawdziwą dostojewszczyznę: „Jestem podlec, łajdak, zdrajca”. Z Inną wszystko w porządku. Dla niej byłeś zawsze tylko „królikiem”.
– Kim? – wyszeptał Robert, który przypomniał sobie, że właśnie tym słowem żona nazywała go w myślach, kiedy była rozluźniona po stosunku.
– No, mamy takie słówko w Sanatorium. „Królik” to mutant znajdujący się pod stałą obserwacją. Tak jak doświadczalny. To taki żart, nie obrażaj się. No bo jak dotarliśmy do ciebie i Siergieja? Mamy specjalny wydział, który zajmuje się monitoringiem wszystkich dziwnych, trudnych do sensownego wyjaśnienia zdarzeń. Przegląda prasę prowincjonalną, sprawdza plotki i tak dalej. No więc mieliśmy wypadek drogowy, w którym autobus ni stąd, ni zowąd rozbija się w drobny mak, nie wiadomo o co, przy czym dwaj pasażerowie pozostają cali i zdrowi. To dosyć typowy wypadek. Na przykład, jeśli nagle rozbije się samolot, a ktoś z pasażerów czy załogi w cudowny sposób ocaleje, mamy dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewności, że bez Migrantów się nie obeszło. Obu was wzięliśmy więc pod obserwację. Przekonaliśmy się: bez pudła, to nasze kadry. Osobiście prowadziłem ciebie i Sieriożę. Potem włączyłem Innę. Przepracowała z tobą siedem lat, z lejtnanta awansowała na kapitana.
– A… a teściowa? No, Aleksandra Wasiljewna?
– To też nasza pracownica, major rezerwy. Rob, ja naprawdę mam syna i córkę. Żona jest bardzo mądrą kobietą. Koniecznie muszę was poznać.
Wtedy Robert zamilkł na długo. Pewnie na pięć minut. Trzeba było się rozeznać we własnych uczuciach.
Czy czuł się poniżony? Tak, z pewnością. Ale stokroć silniejsze było uczucie ulgi. To tak jakby łańcuchy krępujące duszę pękły i opadły.
Jest wolny! Nikomu nic nie jest winien! Co za szczęście!
Tymczasem lincoln już wjeżdżał na podwórze czteropiętrowego bloku.
– Tam stoi twój golf, zabraliśmy go z lasu. – Wsiewołod Ignatjewicz pokazał wóz. – Drzwiczki nie są zamknięte. Klucze od stacyjki i od mieszkania masz w schowku. W mieszkaniu wstawili ci szyby, nawet posprzątali. W lodówce jest pełno jedzenia. Odpocznij. No, do rychłego.
I uścisnął rękę byłemu (a raczej fikcyjnemu) zięciowi.
– Jak to? I nie spyta pan, co postanowiłem? – Darnowski zmrużył oczy.
– Dzisiaj nie. Pobądź trochę w samotności, pomyśl. – Dyrektor Sanatorium uśmiechnął się. – Ej, ej! Nie wpijaj się tak we mnie wzrokiem! – Zdjął Robertowi okulary, nasadził je sobie na nos. – A niech cię, źrenice już się zmniejszają.
Pomachał ręką na pożegnanie, pojechał.
Mądry facet. Darnowski popatrzył w ślad za nim. Mocny. Gdyby nie Anna, wykiwałby mnie. Przełknąłbym wszystko i nawet się nie zakrztusił.
Wszedł na górę, przespacerował się po pokoju. W szafie wisiała biała sukienka, ta sama. Robert przycisnął twarz do materiału. Suknia pachniała Anną.
Rzeczywiście tutaj mieszkała, to nie był sen. I wkrótce znowu zamieszka.
Siedział w nocy sam. Przez cały czas oglądał bezpośrednią transmisję w CNN. Myślał: wszyscy powariowali, nawet Amerykanie. Jak gdyby nie było na świecie innych wiadomości.
Najważniejsze, że nic się nie dzieje, sylwetka Białego Domu w oddali, ciemność, parę razy niebo przecięły serie pocisków smugowych i tyle. Komentatorka mówi, mówi. Głos ma niespokojny, ale nowych informacji właściwie nie ma; powtarza w kółko jedno i to samo.
I przecież wiedział już, czym to się skończy, ale nie mógł oderwać się od ekranu.
Muzyka uprzedzała: szykuj się. Teraz wydarzy się coś strasznego. Czekaj.
W końcu się doczekał.
W jakiejś chwili soundtrack urwał się, wyciszył prawie do zera, słychać zaś było cichy oddech. Darnowski drgnął.
Anna!
Słyszę cię, kochana! Mów. Jestem w domu. W naszym domu. Jak się czujesz? Kiedy przyjdziesz? Chcesz, to przyjadę zaraz po ciebie?!
Nie trzeba - ze smutkiem odpowiedziała Anna. – Muszę zostać z nim. Wybacz mi.
To było tak niespodziewane, tak niewiarygodne, że poczuł się zupełnie oszołomiony.
Z kim? Z Dronowem? Ty… kochasz jego, a nie mnie?
Kocham ciebie. Bardzo kocham. Ale nie mogę go zostawić. Zginąłby beze mnie. Nie może być sam.
A ja mogę? - Robert zerwał się, zamachał rękami, choć przecież nie była w stanie go widzieć. – Ja też nie mogę żyć sam!
Nie jesteś sam. Tamci zaopiekują się tobą, zapewnią ci dobrą ochronę. A on wybrał tych, będzie mu trudniej, więc nie mogę go rzucić.
Stój, ale przecież ty sama popchnęłaś mnie do takiego wyboru! Ja też mogę być z tymi, byleby z tobą!
Nie możesz. Żegnaj, kochany. To nasza ostatnia rozmowa, więcej mnie nie usłyszysz.
Dlaczego?