— Bogowie — szeptał prorok — ukarali zdradziecką Fenicjankę…
— Złapana?… — spytał książę.
— Złapana, ale musiano ją wysłać do wschodnich kolonii… Spadł bowiem na nią trąd…
— O bogowie!.. — szepnął Ramzes. — Czy aby mnie on nie grozi?…
— Bądź spokojny, panie: gdybyś się zaraził, już byś go miał…
Książę poczuł zimno we wszystkich członkach. Jakże łatwo bogom z najwyższych szczytów zepchnąć człowieka w przepaść najgłębszej nędzy!..
— A tenże nikczemny Lykon?…
— Jest to wielki zbrodniarz — mówił Pentuer — zbrodniarz, jakich niewielu wydała ziemia…
— Znam go. Jest podobny do mnie jak obraz odbity w lustrze… — odparł Ramzes.
Teraz nadciągnęła gromada Libijczyków prowadzących osobliwe zwierzęta. Na czele szedł jednogarbny wielbłąd z białawym włosem, jeden z pierwszych, jakiego złapano w pustyni. Za nim dwa nosorożce, stado koni i oswojony lew w klatce. A dalej mnóstwo klatek z różnobarwnymi ptakami, małpkami i małymi pieskami, przeznaczonymi dla dam dworskich. W końcu pędzono wielkie stada wołów i baranów na mięso dla wojska.
Książę ledwie rzucił okiem na wędrujący zwierzyniec i pytał kapłana: — A Lykon schwytany?…
— Teraz powiem ci najgorszą rzecz, nieszczęśliwy panie — szeptał Pentuer — Pamiętaj jednak, aby nieprzyjaciele Egiptu nie dostrzegli smutku w tobie…
Następca poruszył się.
— Twoja druga kobieta, Sara Żydówka…
— Czy także uciekła?..
— Zmarła w więzieniu…
— O bogowie!.. Któż śmiał ją wtrącić?…
— Sama oskarżyła się o zabójstwo syna twego…
— Co?…
Wielki krzyk rozległ się u stóp księcia: maszerowali jeńcy libijscy wzięci podczas bitwy, a na ich czele smutny Tehenna.
Ramzes miał w tej chwili serce tak przepełnione bólem, że skinął na Tehennę i rzekł:
— Stań przy ojcu twoim Musawasie, ażeby widział i dotknął cię, że żyjesz…
Na te słowa wszyscy Libijczycy i całe wojsko wydało potężny okrzyk; ale książę nie słuchał go.
— Syn mój nie żyje?… — pytał kapłana. — Sara oskarżyła się o dzieciobójstwo?… Czy szaleństwo padło na jej duszę?…
— Dziecko zabił nikczemny Lykon…
— O bogowie, dajcie mi siły!.. — jęknął książę.
— Hamuj się, panie, jak przystało na zwycięskiego wodza…
— Czyliż podobna zwyciężyć taką boleść!.. O niemiłosierni bogowie!..
— Dziecko zabił Lykon, Sara zaś oskarżyła się, ażeby ciebie ocalić… Widząc bowiem mordercę w nocy, myślała, że to ty sam byłeś…
— A ja ją wygnałem z mego domu!.. A ja zrobiłem ją służebnicą Fenicjanki!.. — szeptał książę.
Teraz ukazali się egipscy żołnierze, niosący pełne kosze rąk uciętych poległym Libijczykom.
Na ten widok książę Ramzes zasłonił twarz swoją i gorzko zapłakał.
Natychmiast jenerałowie otoczyli wóz pocieszając pana. Zaś święty prorok Mentezufis podał wniosek, który przyjęto bez namysłu, ażeby od tej pory wojsko egipskie już nigdy nie ucinało rąk poległym w boju nieprzyjaciołom.
Tym nieprzewidzianym wypadkiem zakończył się pierwszy triumf następcy egipskiego tronu. Ale łzy, jakie wylał nad uciętymi rękoma, mocniej aniżeli zwycięska bitwa przywiązały do niego Libijczyków. Nikt też nie dziwił się, że dokoła ognisk zasiedli w zgodzie żołnierze egipscy i Libijczycy, dzieląc się chlebem i pijąc wino z tych samych kubków. Miejsce wojny i nienawiści, które miały trwać całe lata, zajęło głębokie uczucie spokoju i zaufania.
Ramzes polecił, ażeby Musawasa, Tehenna i najprzedniejsi Libijczycy natychmiast jechali z darami do Memfisu, i dał im eskortę, nie tyle do pilnowania ich, ile dla bezpieczeństwa ich osób i wiezionych skarbów. Sam zaś ukrył się w namiocie i nie pokazał się przez kilka godzin. Nie przyjął nawet Tutmozisa, jak człowiek, któremu boleść starczy za najmilsze towarzystwo.
Ku wieczorowi przyszła do księcia deputacja greckich oficerów pod dowództwem Kaliposa. Kiedy następca zapytał: czego chcą?… Kalipos odparł:
— Przychodzimy błagać cię, panie, ażeby ciało naszego wodza, a twego sługi, Patroklesa, nie było wydane egipskim kapłanom, lecz spalone według greckiego obyczaju.
Książę zdziwił się.
— Chyba wiadomo wam — rzekł — że ze zwłok Patroklesa kapłani chcą zrobić mumię pierwszej klasy i umieścić ją przy grobach faraonów. Czy może większy zaszczyt spotkać człowieka na tym świecie?
Grecy wahali się, wreszcie Kalipos zebrawszy odwagę odpowiedział:
— Panie nasz, pozwól otworzyć serce przed tobą. Dobrze wiemy, że zrobienie mumii jest dla człowieka korzystniejszym niż spalenie go. Gdy bowiem dusza spalonego natychmiast przenosi się do krajów wiekuistych, dusza zabalsamowanego może tysiące lat żyć na tej ziemi i cieszyć się jej pięknością.
Ale egipscy kapłani, wodzu (niech to nie obraża twoich uszu!), nienawidzili Patroklesa.
Któż więc nas zapewni, że kapłani, zrobiwszy jego mumię, nie w tym celu zatrzymują duszę na ziemi, aby ją poddać udręczeniom?… I co my bylibyśmy warci, gdybyśmy podejrzewając zemstę nie uchronili od niej duszy naszego ziomka i dowódcy?…
Zdziwienie Ramzesa jeszcze bardziej wzrosło.
— Czyńcie — rzekł — jak uważacie za potrzebne.
— A jeżeli nie wydadzą nam ciała?…
— Tylko przygotujcie stos, a resztą sam się zajmę.
Grecy wyszli, książę posłał po Mentezufisa.
Rozdział dwudziesty drugi
Kapłan spod oka przypatrzył się następcy i znalazł go bardzo zmienionym. Ramzes był blady, prawie schudł w kilka godzin, a jego oczy straciły blask i zapadły się pod czoło.
Usłyszawszy, o co chodzi Grekom, Mentezufis ani chwili nie wahał się z wydaniem zwłok Patroklesa.
— Grecy mają słuszność — rzekł święty mąż — że moglibyśmy udręczać po śmierci cień Patroklesa. Ale są głupcami przypuszczając, że którykolwiek kapłan egipski czy chaldejski dopuściłby się podobnej zbrodni.
Niech zabiorą ciało swego ziomka, jeżeli sądzą, że pod opieką ich obyczajów będzie szczęśliwy po śmierci!..
Książę natychmiast wysłał oficera ze stosownym rozkazem, ale Mentezufisa zatrzymał.
Widocznie chciał mu coś powiedzieć, choć wahał się.
Po dłuższym milczeniu Ramzes nagle zapytał:
— Zapewne wiesz, święty proroku, że jedna z moich kobiet, Sara, umarła, a jej syn został zamordowany?…
— Stało się to — odparł Mentezufis — tej samej nocy, kiedy opuściliśmy Pi-Bast…
Książę zerwał się.
— Przez wiekuistego Amona!.. — krzyknął. — Stało się tak dawno, a wy nic nie wspomnieliście mi?… Nawet o tym, że ja byłem posądzony o zabicie mego dziecka?…
— Panie — rzekł kapłan — naczelny wódz w przededniu bitwy nie ma ani ojca, ani dziecka, ani nikogo zgoła, tylko — swoją armię i nieprzyjaciół. Mogliżeśmy cię w tych ważnych czasach niepokoić podobnymi wiadomościami?
— To prawda — odparł książę po namyśle. — Gdyby nas dzisiaj zaskoczono, nie wiem, czy potrafiłbym dobrze pokierować wojskiem… I w ogóle nie wiem, czy już kiedykolwiek zdołam odzyskać spokój…
Takie małe… takie piękne dziecko!.. Albo i ta kobieta, która poświęciła się za mnie, gdy ja ciężko ją skrzywdziłem. Nigdy nie myślałem, że mogą zdarzać się podobne nieszczęścia i że przenosi je ludzkie serce.
— Czas wszystko leczy… Czas i modlitwa — szepnął kapłan.
Książę pokiwał głową i znowu w namiocie zaległa taka cisza, że słychać było piasek wysypujący się z klepsydry.
Następca znowu ocknął się.
— Powiedz mi — rzekł — ojcze święty, jeżeli nie należy to do wielkich tajemnic, jaka jest naprawdę różnica między spaleniem zmarłego i zrobieniem z niego mumii? Bo chociaż słyszałem coś w szkole, nie rozumiem jednak tej kwestii, do której Grecy tak wielką przywiązują wagę.