Mimo to poszedł do Kamy i znalazł ją mizerną, potarganą i drżącą.
— Biada mi!.. — zawołała. — Żyję między samymi wrogami. Moja szatna chce mnie otruć, a fryzjerka nabawić jakiej ciężkiej choroby… Żołnierze tylko czekają okazji, ażeby w mej piersi utopić włócznie i miecze, a w kuchni, jestem pewna, że zamiast potraw, gotują się czarodziejskie zioła… Wszyscy dybią na moje życie…
— Kamo… — przerwał książę.
— Nie nazywaj mnie tak!.. — szepnęła przerażona — bo mi to nieszczęście przyniesie…
— Ale skąd ci te myśli przychodzą do głowy?…
— Skąd?… Czy sądzisz, że w dzień nie widuję obcych ludzi, którzy ukazują się pod pałacem i znikają, nim zdołam zawołać na służbę?… A w nocy czy nie słyszę szeptów za ścianą?…
— Zdaje ci się.
— Przeklęci!.. przeklęci!.. — zawołała z płaczem. — Wszyscy mówicie, że mi się zdaje… A przecież onegdaj jakaś zbrodnicza ręka podrzuciła mi do sypialni welon, który nosiłam pół dnia, zanim poznałam, że to nie mój… żem nigdy nie miała takiego…
— Gdzież ten welon? — spytał już zaniepokojony książę.
— Spaliłam go, alem go pierwej pokazała moim służebnicom.
— Więc choćby był nie twój, cóż ci się stało?
— Jeszcze nic. Ale gdybym tę szmatę przez parę dni potrzymała w domu, z pewnością otrułabym się, albo zapadłabym w nieleczącą się chorobę… Znam Azjatów i ich sposoby!..
Znudzony i zirytowany książę opuścił ją czym prędzej, pomimo błagań, aby został. Gdy jednak spytał służbę o ów welon, szatna przyznała, że to nie był welon Kamy, ale został podrzucony przez kogoś.
Następca kazał podwoić warty w pałacu i dokoła pałacu i zdesperowany wracał do swego mieszkania.
«Nigdy bym nie uwierzył — myślał — że jedna słaba kobieta może narobić tyle zamętu!..
Cztery świeżo złapane hieny nie dorównają w niespokojności tej Fenicjance!..» U siebie znalazł książę Tutmozisa, który właśnie przyjechał z Memfis, ledwie miał czas wykąpać się i przebrać po podróży.
— Co mi powiesz? — spytał książę ulubieńca odgadując, że nie przywiózł dobrych nowin. — Widziałeś jego świątobliwość?
— Widziałem słonecznego boga Egiptu — odparł Tutmozis — a oto, co mi rzekł…
— Mów — wtrącił następca.
— Tak mówił pan nasz — ciągnął Tutmozis złożywszy ręce na piersiach i schyliwszy głowę. — Tak mówi pan. Przez trzydzieści cztery lata prowadziłem ciężki wóz Egiptu i tak jestem zmęczony, że już tęsknię do moich wielkich przodków, którzy zamieszkują kraj zachodni. Niebawem opuszczę tę ziemię, a wówczas syn mój Ramzes zasiądzie na tronie i czynić będzie z państwem to, co mu podyktuje mądrość…
— Tak powiedział mój świątobliwy ojciec?
— To są jego słowa wiernie powtórzone — odparł Tutmozis. Po kilka razy wyraźnie mówił mi pan, że nie zostawia ci żadnych rozkazów na przyszłość, abyś mógł rządzić Egiptem, jak sam zechcesz…
— O święty!.. Czyliż jego niemoc jest naprawdę tak ciężką?… Dlaczego nie pozwala mi przyjechać do siebie?… — pytał rozżalony książę.
— Musisz być tu, bo tu możesz się przydać.
— A traktat z Asyrią?… — zapytał następca.
— Jest zawarty w tym sensie, że Asyria może bez przeszkód z naszej strony prowadzić wojnę na wschodzie i północy. Ale sprawa Fenicji została w zawieszeniu, dopóki ty nie wstąpisz na tron…
— O błogosławiony!.. o święty władco!.. — wołał książę. — Od jak strasznej uchroniłeś mnie spuścizny…
— Fenicja więc zostaje w zawieszeniu — prawił Tutmozis. — Lecz obok tego stała się niedobra rzecz, bo jego świątobliwość, aby dać dowód Asyrii, że nie będzie jej przeszkadzać w wojnie z ludami północnymi, rozkazał zmniejszyć naszą armię o dwadzieścia tysięcy wojsk najemnych…
— Co powiedziałeś?… — wykrzyknął zdumiony następca.
Tutmozis chwiał głową na znak smutku.
— Prawdę mówię — rzekł i już nawet rozpuszczono cztery libijskie pułki…
— Ależ to szaleństwo!.. — prawie zawył następca łamiąc ręce. — Po co my się tak osłabiamy i gdzie pójdą ci ludzie?…
— Otóż to, że już poszli na Pustynię Libijską i albo napadną Libijczyków, co nam narobi kłopotów, albo połączą się z nimi i razem uderzą na nasze zachodnie granice…
— Nic o tym nie słyszałem!.. Co oni porobili?… i kiedy to zrobili?… Żadna wieść do nas nie doszła… — wołał książę.
— Bo rozpuszczeni najemnicy poszli pustynią od Memfisu, a Herhor zabronił mówić o tym komukolwiek…
— Więc nawet Mefres i Mentezufis nie wiedzą o tym?… — spytał namiestnik.
— Oni wiedzą — odparł Tutmozis.
— Oni wiedzą, a ja nic!.. Książę nagle uspokoił się, ale pobladł, a na jego młodym obliczu odmalowała się straszna nienawiść. Schwycił za obie ręce swego powiernika i mocno ściskając je szeptał:
— Słuchaj… Na święte głowy mego ojca i matki… na pamięć Ramzesa Wielkiego… na wszystkich bogów, jeżeli jacy są, przysięgam, że gdy — za moich rządów — kapłani nie ugną się przed moją wolą, zgniotę ich…
Tutmozis słuchał przerażony.
— Ja albo oni!.. — zakończył książę. — Egipt nie może mieć dwu panów…
— I zwykle miewał tylko jednego: faraona — wtrącił powiernik.
— Zatem będziesz mi wierny?…
— Ja, cała szlachta i wojsko, przysięgam ci!..
— Dosyć — zakończył następca. — Niechże sobie teraz uwalniają najemne pułki… niech podpisują traktaty… niech kryją się przede mną jak nietoperze i niech oszukują nas wszystkich.
Ale przyjdzie czas…
A teraz, Tutmozisie, odpocznij po podróży i bądź u mnie na uczcie dziś wieczór… Ci ludzie tak mnie spętali, że mogę tylko bawić się… Więc będę się bawił… Ale kiedyś pokażę im, kto jest władcą Egiptu: oni czy ja…
Od tego dnia znowu zaczęły się uczty. Książę jakby wstydząc się wojska nie odbywał z nim ćwiczeń. Natomiast pałac jego roił się szlachtą, oficerami, sztukmistrzami i śpiewaczkami, a po nocach odbywały się wielkie orgie, wśród których dźwięki arf mięszały się z wrzaskami pijanych biesiadników i spazmatycznym śmiechem kobiet.
Na jedną z tych uczt Ramzes zaprosił Kamę, ale odmówiła. Książę obraził się na nią, co spostrzegłszy Tutmozis rzekł:
— Mówiono mi, panie, że Sara straciła twoje łaski?
— Nie wspominaj mi o tej Żydówce — odparł następca. — Wszak chyba wiesz, co zrobiła z moim synem?
— Wiem — mówił ulubieniec — ale zdaje mi się, że stało się to nie z jej winy. Słyszałem w Memfis, że czcigodna matka twoja, pani Nikotris, i dostojny minister Herhor uczynili syna twego Żydem w tym celu, aby kiedyś panował nad Izraelitami…
— Ależ Izraelici nie mają króla tylko kapłanów i sędziów!.. — przerwał książę.
— Nie mają, lecz chcą mieć. Im także obmierzły rządy kapłańskie.
Następca pogardliwie machnął ręką.
— Woźnica jego świątobliwości — odparł — znaczy więcej niźli wszyscy królowie, a tym bardziej jakiś tam król izraelski, którego jeszcze nie ma…
— W każdym razie wina Sary nie jest tak wielką — wtrącił Tutmozis.
— Toteż wiedz, że kiedyś zapłacę i kapłanom.
— W tym wypadku i oni nie są zbyt winni. Na przykład dostojny Herhor uczynił tak pragnąc zwiększyć sławę i potęgę twojej dynastii. Zresztą działał z wiedzą pani Nikotris…
— A Mefres po co mięsza się do moich spraw?… — spytał książę. — Przecie on chyba powinien pilnować tylko świątyni, a nie wpływać na losy faraonowego potomstwa…
— Mefres jest starcem, który już zaczyna dziwaczeć. Cały dwór jego świątobliwości drwi dziś z Mefresa z powodu jego praktyk, o których ja sam nic nie wiedziałem, choć prawie co dzień widywałem i widuję świętego męża…