– Pan od kabla? – zapytała.
– Kabla?… – Obejrzał się na samochód matki, zdziwiony, że staruszka wzięła go za technika telewizji kablowej. – Nie, proszę pani. Przyjechałem porozmawiać z panią na temat Luke’a.
Powykręcaną artretyzmem kościstą dłonią zgarnęła poły szlafroka. Kiedy podszedł bliżej, zauważył, że mruży załzawione oczy, jakby słabo na nie widziała. Niemal czytając w jego myślach, wyjaśniła:
– Mam kataraktę.
Mówiła z tak silnym akcentem, że musiał wytężać słuch, by ją zrozumieć.
– Przykro mi.
– Przecież to nie pańska wina, prawda? – skwitowała łagodnym tonem. – Proszę wejść. Tylko niech pan uważa na stopień. Mój wnuczek miał go poprawić, ale teraz… Cóż, chyba już pan wie, co się z nim stało.
– Tak, proszę pani.
Jeffrey spojrzał z boku na pustak. Deszczówka spływająca z rynny przyczepy mieszkalnej podmyła go z jednej strony, dlatego się bujał. Bez namysłu zgarnął nogą trochę ziemi i żwiru pod jeden róg i wszedł za staruszką do środka.
– Trochę tu ciasno – powiedziała, zdobywając się na jeden z największych eufemizmów, jakie w życiu słyszał.
W rzeczywistości wnętrze przyczepy wyglądało jak chlew, wąskie i kiszkowate pomieszczenie mogło przyprawić o klaustrofobię. Pod ścianami leżały stosy gazet i czasopism, aż cisnęło się na usta pytanie, po co staruszce tyle makulatury.
– Mój zmarły mąż bardzo lubił czytać – wyjaśniła, wskazując sterty papierzysk. – Po jego śmierci jakoś nie mogłam się tego pozbyć. Zabrała go rozedma płuc. Pan nie pali, prawda?
– Nie, proszę pani – odparł, przeciskając się za nią do środkowej części będącej połączeniem kuchni z jadalnią i salonikiem, choć mającej najwyżej trzy metry długości i niewiele ponad metr szerokości. Panował tu zaduch, w powietrzu unosiła się woń potu, kurzego łoju i jakichś maści przeciwbólowych powszechnie stosowanych przez ludzi w jej wieku.
– To dobrze – mruknęła, wyciągając przed siebie ręce, żeby wymacać kant stołu i dojść do krzesła. – Palenie to straszny nałóg. Sprowadza na człowieka okrutną śmierć.
Za nią na półce dostrzegł plik czasopism poświęconych broni palnej, jak również kilka wydawnictw przeznaczonych wyłącznie dla mężczyzn. Aż zerknął ciekawie na kobietę, zastanawiając się, czy ona w ogóle ma pojęcie, że tuż przy niej leży gwiazdkowe wydanie „Penthouse’a” z 1978 roku.
– Proszę siadać, jeśli znajdzie pan kawałek wolnego miejsca – powiedziała. – Niech pan coś zgarnie na bok. Mój Luke zawsze siadał po tamtej stronie stołu, aby mi poczytać. – Wyciągnęła rękę do tyłu, żeby wymacać za sobą krzesło. Jeffrey szybko wziął ją pod rękę i pomógł usiąść. – Bardzo lubię „National Geographic”, ale Reader’s Digest” jest jak dla mnie zbyt liberalny.
– Ma pani kogoś, kto teraz będzie mógł się panią zaopiekować?
– Nie, miałam tylko Luke’a. Jego matka uciekła z komiwojażerem, a ojciec, to znaczy mój najmłodszy syn, Ernest, zawsze był nic niewart. Zmarł w zakładzie karnym.
– Przykro mi – rzekł Jeffrey, ostrożnie stawiając stopy na lepiącym się dywaniku. Początkowo chciał usiąść przy stole, ale się rozmyślił i tylko oparł o niego.
– Często pan przeprasza za różne rzeczy, które nie mają z panem nic wspólnego – zauważyła staruszka, macając ręką po stole. Stał na nim talerzyk z krakersami, tyle że Jeffrey nie miał pojęcia, jak ona zamierza je gryźć. Kobieta włożyła jednego do ust, ale wcale nie próbowała gryźć, tylko roztarła go językiem o podniebienie. Wypluwając istną fontannę okruchów, poinformowała: – Kabel nie działa już od dwóch dni. Oglądałam właśnie mój ulubiony teleturniej, kiedy ekran zgasł.
Chciał znowu powiedzieć, że mu przykro, ale ugryzł się w język.
– Mogłaby mi pani opowiedzieć o swoim wnuku?
– To był bardzo dobry chłopak – wycedziła i wargi jej lekko zadrżały. – Wciąż trzymają go w domu pogrzebowym?
– Nie wiem. Chyba tak.
– Nie mam pojęcia, skąd miałabym wziąć pieniądze, żeby go pochować. Dostaję tylko zasiłek z opieki społecznej i tych parę marnych groszy emerytury z młyna.
– Pracowała pani w młynie?
– Tak, dopóki jeszcze trochę widziałam – odrzekła, oblizując wargi. Obróciła jeszcze w ustach rozkruszonego krakersa i przełknęła. – To było jakieś cztery, może pięć lat temu.
Wyglądała na sto lat, ale przecież nie mogła mieć aż tyle, skoro jeszcze niedawno pracowała.
– Luke chciał mnie zawieźć na operację – mówiła dalej, wskazując swoje oczy. – Ale ja nie wierzę lekarzom. I nigdy nie byłam w szpitalu. Nawet tam nie rodziłam – oznajmiła z dumą. – Zawsze powtarzam, że trzeba brać obowiązek, jaki Bóg nakłada na człowieka, i iść z nim przez życie.
– To bardzo mądre podejście – przyznał Jeffrey, choć nie mieściło mu się w głowie, że ktoś mógł wybrać ślepotę do końca życia.
– Dobry chłopak, bardzo się mną opiekował. – Sięgnęła po następnego krakersa, a Jeffrey obejrzał się na maleńką kuchenkę, zachodząc w głowę, czy staruszka ma jeszcze coś do jedzenia oprócz nich.
– Czy Luke nie napytał sobie ostatnio jakichś kłopotów? – zapytał. – Może zadał się z niewłaściwymi ludźmi?
– Zarabiał, robiąc porządki u innych. Mył okna, czyścił szamba. Nie mógł mieć żadnych kłopotów, bo uczciwie pracował po całych dniach.
– Tak, ma pani rację.
– Wcześniej miał trochę kłopotów z prawem, ale który chłopak ich nie ma? Ale jak tylko w coś wdepnął, szeryf zawsze traktował go bardzo dobrze. Pozwalał mu wyrównywać straty, jakie ludzie przez niego ponieśli. – Włożyła krakersa do ust i zaczęła go rozcierać. – Żałuję tylko, że nie znalazł sobie porządnej kobiety, by się ustatkować. Bo niczego więcej nie potrzebował, tylko kogoś, kto by go przypilnował.
Jeffrey pomyślał, że Luke Swan potrzebował jednak o wiele więcej, ale zachował to dla siebie.
– Słyszałem, że zadawał się z żoną jednego z zastępców szeryfa.
– Ano tak mówią. Zawsze miał swoje sposoby na kobiety. – Z niewiadomych powodów uznała to za zabawne, uderzyła się dłonią w kolano i zarechotała głośno, pokazując mu różowe bezzębne dziąsła i rozkruszonego krakersa na języku.
Kiedy spoważniała, zapytał:
– Czy Luke mieszkał tu z panią?
– Tam, z tyłu. Ja sypiam tu, na kanapie, a czasem nawet na krześle. Niewiele mi już trzeba, żeby zasnąć. Kiedy byłam mała, lubiłam sypiać na tamtym drzewie przed domem. Ojciec wychodził czasem w nocy i krzyczał: „Dziewczyno, złaź mi natychmiast z tego drzewa!”. Ale ja i tak lubiłam tam spać. – Po raz kolejny oblizała wargi. – Chce pan zobaczyć pokój Luke’a? Bo ten drugi zastępca szeryfa obejrzał go dokładnie.
– Który zastępca?
– Reggie Ray – odparła. – To też dobry człowiek. Czasami śpiewa w kościelnym chórze. Może mi pan wierzyć, że głos ma jak anioł.
I tym razem Jeffrey zachował dla siebie własną opinię, zastanowił się tylko, dlaczego Reggie dotąd nie wspomniał ani słowem, że oglądał pokój Luke’a Swana. Wziąwszy pod uwagę, że był zastępcą szeryfa, prawdopodobnie przeprowadził tylko rutynową kontrolę. Niemniej nasuwało to kolejne pytanie bez odpowiedzi.
– Nie wie pani, czy coś tam znalazł?
– Nic nie mówił. Ale może pan sam pójść i się rozejrzeć.
– Będę bardzo wdzięczny – rzekł, poklepał staruszkę po ramieniu i ruszył na tył przyczepy.
Musiał zamknąć drzwi toalety, żeby przecisnąć się dalej wąskim przejściem, zdążył jednak rzucić okiem na najbrudniejszy klozet, jaki kiedykolwiek w życiu widział. W ciasnej klitce ściany wyłożone arkuszami plastiku tłoczonymi w namiastkę kafelków były gęsto zachlapane Bóg wie czym. Dałoby sieje wyczyścić chyba tylko palnikiem.
– Zobaczył pan coś? – zawołała staruszka.
– Jeszcze nie – odpowiedział, starając się oddychać przez usta.
Pchnął kolejne drzwi harmonijkowe, myśląc, że chyba nie czeka go nic gorszego niż smród wiszący w korytarzyku przy toalecie. Mylił się jednak. Pokoik Luke’a Swana wypełniał podobny fetor. Pościel skopana w kąt odsłaniała wielką, zaschniętą plamę na środku tapczanu. Wisiała nad nim goła żarówka zwieszająca się spod sufitu na poskręcanym kablu. Aż trudno było uwierzyć, że Jessie mogła nawiązać romans z człowiekiem mieszkającym w takim chlewie. Musiała być piekielnie zdesperowana. Trudno mu było się do tego przyznać, ale uważał dotąd, że ma trochę więcej klasy.