Dwie plastikowe skrzynki przy tapczanie mieściły całą garderobę Luke’a. Jeffrey pomyślał z wdzięcznością, że są przejrzyste, toteż nie musi tam niczego dotykać. Pod tapczanem było pełno pajęczyn i kłębów kurzu gromadzącego się od wielu lat. Poza jedną, niegdyś białą, a teraz prawie czarną skarpetką, niczego tam nie zauważył.
W kącie stała blaszana szafka ubraniowa, mniej więcej taka, jakie widuje się w szkołach czy szatniach obiektów sportowych. Na górnej półce leżały zmięte, brudne podkoszulki i skarpety, na dolnej – koszule i dżinsy. Wsunął głowę do środka, próbując dojrzeć, czy nie ma czegoś za ubraniami, bo wciąż nie chciał tu niczego dotykać. Już przez sam pobyt w tej norze miał wrażenie, że obłazi go jakieś robactwo. Wreszcie zacisnął zęby i szybkim ruchem zgarnął ubrania na podłogę, mając nadzieję, że nic go nie ugryzie w palec. Ale na dnie szafki nie znalazł niczego, jeśli nie liczyć pary rozerwanych w kroku elastycznych spodenek.
Obejrzał się i jeszcze raz obrzucił spojrzeniem cały pokoik. Nie miał ochoty tknąć materaca na tapczanie, nawet gdyby leżała na nim kartka z informacją, że pod spodem zostały ukryte jakieś skarby. Pewnie i tak Reggie już tam zaglądał. Gdyby znalazł coś podejrzanego, z pewnością od razu powiedziałby o tym Robertowi.
Nogą upchnął z powrotem ubrania do środka, ale po chwili zmienił zdanie i wygarnął je ponownie. Znowu zacisnął zęby i mając nadzieję, że nie podłapie jakiejś zarazy, złapał za wycięcia wentylacyjne po bokach szafki i wysunął ją nieco z kąta.
Nóżki donośnie zazgrzytały o podłogę, aż zatrzęsła się cała przyczepa.
– Wszystko w porządku?! – zaniepokoiła się staruszka.
– Tak, proszę pani – odparł, ale wystarczył mu jeden rzut oka na to, co kryło się za szafką, żeby zrozumieć, że jednak nie wszystko jest w porządku. – Jak… – zaczął, lecz głos u wiązł mu w gardle.
Bezsilnie klapnął na brzeg tapczanu i wpatrywał się w znalezisko jak urzeczony, gorączkowo usiłując w myślach znaleźć jakieś wytłumaczenie, które mogłoby świadczyć o niewinności przyjaciela, a nie obciążać go jeszcze większą winą. Ale raz za razem dochodził do tego samego wniosku i nagle zapragnął się napić, znowu dać sobie w gaz, żeby większą dawką alkoholu zmyć to, co dławiło go w gardle.
– Nie – powiedział na głos, jakby chciał w ten sposób uwiarygodnić swoje odkrycie. – Nie! – powtórzył z naciskiem, a po chwili, wręcz mimowolnie, zapytał cicho: – Robert, coś ty zrobił?
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
– Jared? – powtórzył Smith, ciskając słuchawkę na widełki. – Kto to jest Jared?
Sara popatrzyła na niego z przerażeniem w oczach. Chcąc odwrócić jego uwagę, Lena wtrąciła szybko:
– Obiecałeś, że wypuścisz Marlę.
– Zamknij się! – warknął, ruszając w stronę Sary. – Kto to jest Jared? O kim mówiłaś?
Sara zagryzła wargi, zastanawiając się, jak długo jeszcze zdoła go oszukiwać.
Bandyta podetknął jej lufę obrzynka pod ucho.
– Zapytam jeszcze tylko raz – mruknął groźnie. – Kto to jest Jared?
Niespodziewanie odezwał się Jeffrey zachrypniętym głosem:
– Syn Jeffreya.
Lena uznała w pierwszej chwili, że to jedynie wyraz niepewności, zaraz jednak uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy sformułował to jako pytanie skierowane do Sary.
– On o niczym nie wiedział – odparła, przyciskając go lekko dłonią za zdrowe ramię. – Jared ma drugiego ojca, który go wychowuje od małego.
Smith podniósł karabin i oparł go sobie o ramię.
– A to kutas – burknął i obejrzał się na swego kumpla. – Słyszałeś, Sonny? Miał jeszcze jedno dziecko.
Lena nie mogła oderwać wzroku od Sary, która miała taką minę, jakby dostała jakiegoś ataku. Ona już wie, przemknęło jej przez myśl. Wie, kim są bandyci.
Sonny z nieskrywaną wściekłością wycedził przez zęby:
– Bardzo ci dziękuję, Erie.
Smith podbiegł do niego i zaczęli się naradzać głośnym szeptem. Lena wytężyła słuch, ale nie zdołała wyłowić ani słowa. Zerknęła na Marlę, która popatrzyła na nią z porozumiewawczym błyskiem w oku. Uświadomiła sobie nagle, że sekretarka tylko udawała zrezygnowaną i osowiałą. Odważyła się spojrzeć na jej ręce, zastanawiając się, gdzie starsza pani ukryła scyzoryk.
– Spierdalaj! – ryknął Smith, a Sonny tak silnie go odepchnął, że ten poleciał do tyłu, stracił równowagę i jak długi grzmotnął na podłogę.
Coś pod nim zazgrzytało o kafelki, kiedy poderwał się błyskawicznie. Zerwał z głowy kominiarkę, co przyprawiło Lenę o gwałtowne ukłucie strachu, jakby ktoś sięgnął do jej piersi i mocno ścisnął serce. Spoglądając z nienawiścią na Sonny’ego, Smith zaczął go obrzucać najgorszymi obelgami, a to nasunęło jej myśl, że teraz już niechybnie wszyscy zginą. Skoro bandyta odsłonił twarz, to znaczyło, że nie obchodzi go, czy zostanie rozpoznany, ponieważ zakładał, że nikt nie wyjdzie stąd żywy.
– Spuść głowę! – krzyknęła Sara. – Nie patrz na niego!
Molly posłusznie opuściła głowę, jednakże Lena nie zdążyła. Bandyta obrócił się na pięcie, aż odłamki szkła zazgrzytały mu pod butami, i spojrzał jej prosto w twarz. Lenie przemknęło przez myśl, że jeszcze nigdy nie widziała u nikogo oczu aż tak pozbawionych wyrazu, jakby martwych. Ruszył energicznym krokiem w kierunku zakładników. Kiedy przechodził obok niej, próbowała go złapać za rękę, ale błyskawicznie uwolnił się od niej jak od natrętnej muchy.
– Nie patrz na niego! – powtórzyła Sara, nim wziął szeroki zamach i uderzył ją w twarz. Trzymając się za policzek, jeszcze raz ostrzegła pielęgniarkę: – Nie patrz na niego! Zamknij oczy!
Smith wymierzył jej kopniaka w brodę, rozcinając wargę.
– Co robisz?!
– Ona cię nie widziała! – krzyknęła Sara, dźwigając się na łokciu z podłogi. – Molly cię nie widziała! Zamknęła oczy!
Wyciągnęła rękę, ale zdążyła tylko musnąć kolano pielęgniarki, bo Smith brutalnie je rozdzielił.
– Ona ma dwoje dzieci – powiedziała Sara głosem łamiącym się z przerażenia. – Dwóch małych chłopców. Pozwól jej stąd wyjść. Nie widziała cię.
Molly siedziała bez ruchu, jak skamieniała, wciąż trzymając rękę Jeffreya. Z całej siły zaciskała powieki, jakby modliła się w duchu.
– Nie widziała cię – powtórzyła Sara. – Puść ją. Pozwól jej odejść.
Bandyta popatrzył z góry, przenosząc wzrok z jednej na drugą. Widać było, z jakim trudem przychodzi mu podjęcie decyzji. Zerknął przez ramię na wspólnika, ale nawet nie był ciekaw jego opinii w tej sprawie.
– Przecież mógłbyś ją wypuścić – odezwała się Lena. – Wyprowadziłaby Marlę.
Smith milczał jeszcze przez chwilę.
– A co z moją ręką? – zapytał, odwracając się do Molly, która nadal siedziała z nisko spuszczoną głową i zamkniętymi oczyma. – Powiedziałaś, że możesz mi zeszyć ranę.
– Potrzebowałabym lidokainy – odparła nieśmiało. – Poza tym… – Zwróciła się do Leny i poleciła wyraźnie, wymawiając z naciskiem poszczególne słowa: – Daj mi trzydzieści trzy mililitry dwu procentowej lidokainy. – Po chwili powtórzyła ostro i dobitnie: – Trzydzieści trzy mililitry dwuprocentowej.
Po twarzy Sary przemknął grymas osłupienia. Lena zwróciła uwagę na jej uniesione brwi, ale Smith okazał się nie w ciemię bity.
– Chcesz mnie zwalić z nóg? – zapytał, trącając Molly czubkiem buta. – Co?
– Nie – odparła cicho.
Nadal nie podnosząc wzroku na bandytę, spojrzała ukradkiem na zegar wiszący na ścianie, jakby chciała w ten sposób przypomnieć Lenie, że trzydzieści dwie minuty po trzeciej policja przystąpi do szturmu. Ta zrozumiała i odpowiedziała ledwie zauważalnym skinieniem głowy. Pozostało im jeszcze dwadzieścia minut.
Smith wymierzył karabin w twarz Molly, która aż podskoczyła na miejscu.
– Wynoś się stąd – burknął. – Nie ufam ci. I zabieraj tę staruchę.
Molly wstała z podłogi. Kiedy Sara także zaczęła się podnosić, syknął:
– A ty dokąd?
– Chciałam pożegnać się z przyjaciółką. – Objęła pielęgniarkę i powiedziała: – Przekaż moim rodzicom… – Urwała jednak, gdyż głos uwiązł jej w gardle.
Molly odwróciła się do Marli i wyciągnęła rękę, żeby pomóc jej wstać, ale sekretarka wyglądała na śmiertelnie przerażoną, jakby bała się nawet poruszyć.