Drogi Patch,
pani prezes Cyclops Systems powiedziała mi, że od roku odrzucasz propozycję podjęcia ważnej z punktu widzenia narodowego bezpieczeństwa pracy. Nie możemy sobie dłużej pozwolić na twoją nieobecność, kiedy walą się dwa programy, bez których nasze siły podwodne utkną na obecnym poziomie technologicznym, co jest nie do przyjęcia. Chcę, żebyś zjawił się w Pentagonie i albo przyjął stanowiska dyrektora tych programów i stworzył flotę jutra, albo powiedział mi prosto w oczy, dlaczego odmawiasz. Od twojej decyzji będzie zależało życie setek Amerykanów, Patch. Jeszcze nigdy nie odwróciłeś się plecami do twojej marynarki i twojego kraju. Oczekuję Cię w moim biurze dziś wieczorem, stary przyjacielu.
Pozdrawiam,
John Patton
Pacino oderwał wzrok od listu i wpatrzył się w horyzont. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, miał się po prostu pogodzić z tą tragedią i na prośbę Pattona zająć jakimś nowym, nieokreślonym projektem? Co pomyśleliby jego polegli przyjaciele, gdyby po powrocie z miejsca zatonięcia Princess Dragon zaczął pracować nad projektem Pattona, jakby nic się nie stało?
Bylibyśmy za, zabrzmiał w jego głowie jakiś obcy głos. Pacino przestraszył się, usłyszawszy tę narzucającą mu się nie swoją myśl. Coś podobnego zdarzyło mu się chyba tylko trzy razy w życiu i zawsze to ów obcy głos miał rację. Przeszły mu ciarki po plecach, kiedy głos powtórzył te dwa słowa.
Następna myśl też była dziwna. Zapragnął naraz wrócić do domu i mieć już za sobą ten melancholijny rejs. Kiedy wyruszał w podróż, czuł w sercu ciężar kotwicy, wyjście w morze wydawało się jedynym lekarstwem. Ale po złożeniu hołdu poległym przyjaciołom, w miejscu gdzie zatonął Princess Dragon, nie czuł potrzeby dalszego żeglowania. Patton proponował mu to, czego w gruncie rzeczy sam chciał.
Pacino odgarnął z czoła długie włosy i podniósł wzrok na kiosk Hammerheada. Za oficerami na mostku, obok bandery amerykańskiej, łopotała na wietrze piracka flaga Połączonego Dowództwa Podwodnego. Zaprojektował ją, gdy okręt podwodny jego ojca poszedł na dno. Kiedy teraz patrzył na trupią czaszkę i skrzyżowane piszczele, serce biło mu mocniej, ból żołądka na chwilę zelżał i gdzieś w jego umyśle pojawiła się odpowiedź. Zrobię to, zdecydował. Wstał, trzymając list w ręku.
– Przechodzę na Hammerheada, pani porucznik. Ale nie chcę zostawiać Colleen samej.
– Zostanę tutaj, a pan weźmie zodiaca. Na okręcie czekają żeglarze, którzy popłyną Colleen z powrotem do Annapolis. Kiedy znajdzie się pan na pokładzie Hammerheada, przyleci wezwany helikopter i zabierze pana do bazy lotniczej, gdzie czeka myśliwiec ponaddźwiękowy. Przed zachodem słońca wyląduje pan w Waszyngtonie.
Pacino przymknął na chwilę oczy. Kręciło mu się w głowie, gdy żegnał się z żaglówką i wsiadał do pontonu. Odpalił silnik, wciągnął cumę i popłynął przez fale do okrętu podwodnego. Zanim tam dotarł, odwrócił się i spojrzał na majestatyczną sylwetkę Colleen. Kilku marynarzy Hammerheada chwyciło łódź pneumatyczną, wciągnęło go na pokład i szybko zaprowadziło do włazu. Ledwo zdążył po raz ostatni rzucić okiem na swą żaglówkę. Znalazł się w luku do załadunku uzbrojenia, jasne słoneczne światło zniknęło i zastąpił je przyćmiony blask fluorescencyjnych lamp sufitowych. Szum wiatru i fal ucichł, zastąpił go sopran czterystucyklowego zasilania i głęboki baryton wentylatorów. Pacino poczuł zapach instalacji elektrycznej, oleju do smażenia, ozonu, ropy, środków czyszczących, amin i ogarnęła go nostalgia. Zszedł z dolnego szczebla drabinki i zaszokował go widok dwóch równych szeregów oficerów i podoficerów. Ktoś krzyknął: „Oddać honory!”- Wszyscy zasalutowali. Pacino uprzytomnił sobie nagle, jak w tym momencie wygląda ze swą brodą, siwą czupryną, w starym swetrze i znoszonej kurtce, i poczuł zażenowanie.
Dziesięć godzin później stanął przed gabinetem szefa operacji morskich w strefie E w Pentagonie.
4
Podróż do granicy szelfu kontynentalnego miała trwać dziesięć godzin. Po minięciu krzywizny sześciuset sążni Pirania miała się zanurzyć i płynąć dalej do Punktu November, gdzie kończyła się tajna mapa morska, a zaczynała ściśle tajna.
Gdy nadszedł moment dokonania zwrotu z rzeki Thames do cieśniny Long Island, kapitan Catardi rozkazał zwiększyć szybkość. Pokład poniżej mostka przygotowano do zanurzenia. Wszystkie schowki na liny zamknięto, knagi obrotowe wpuszczono w kadłub, właz zaryglowano. Kadłub stał się gładki i opływowy. Wody przed Piranią były stosunkowo puste, więc szybkość okrętu na powierzchni wzrosła do trzydziestu węzłów całej naprzód maksymalnej. Najwyższą prędkość czterdziestu dziewięciu węzłów można było osiągnąć tylko w zanurzeniu, gdyż kadłub mający kształt cygara nie nadawał się do cięcia fal na powierzchni. Dziób w kształcie pocisku pruł morze, woda przepływała gładko po obu stronach kiosku, wznosiła się w śródokręciu, potem rozlewała w spieniony biały kilwater szerokości jednej trzeciej długości okrętu, który biegł za rufą aż po horyzont. Pacino patrzył na falę dziobową z kokpitu mostka, przepływ wody miał w sobie coś hipnotyzującego. Jeszcze silniejsze wrażenie niż widok fali wywierał jej grzmot. Przelewała się nad dziobem z ogłuszającym hukiem silnika odrzutowego. Z hałasem wody zdawał się współzawodniczyć ryk huraganowego wiatru. Przy maksymalnej szybkości na powierzchni był tak głośny, że ludzie musieli krzyczeć sobie wprost do ucha, żeby się słyszeć. Ciągły huk morza i wiatru mógł stać się męczący, ale w uszach aspiranta Pacina brzmiał jak muzyka, którą dotychczas słyszał tylko w marzeniach. Pokład pod jego stopami – krata nad tunelem wejściowym z górnego poziomu przedziału dziobowego na mostek – wibrował gwałtownie od zmagań okrętu z falą dziobową. Drżenie trzynastu tysięcy ton świadczyło o mocy, jakiej dostarczał wał śruby.
Po godzinie podróży z maksymalną szybkością z wody przy dziobie wyskoczył delfin, zniknął z powrotem w morzu i znów się pojawił. Wkrótce dołączył do niego drugi, ale po kilku minutach znudziła im się ta zabawa i przepadły na dobre.
Wachta manewrowa zakończyła służbę i na czas długiej drogi do punktu zanurzenia obsadzono wachtowe stanowiska rejsowe tranzytu nawodnego. Pacino nadal pełnił funkcję młodszego oficera pokładowego. Kapitan Catardi siedział na szczycie kiosku z nogami zwisającymi do kokpitu mostka i obserwował go. Godzinę później Catardi kazał zdemontować relingi lotnego mostka i zniknął we włazie tunelu wejściowego prowadzącego na pokład i biegnącego prawie dziesięć metrów pod stopami Pacina. Przez następne cztery godziny Pacino pełnił wachtę z niezadowoloną porucznik Alameda i obserwatorem za ich plecami, który miał w kiosku własną klitkę z włazem.
Z tyłu za Pacinem obracały się peryskopy. Przy jednym z nich stał nawigator Crossfield, brał wizualne namiary pozycji na kierunkach do lądowych znaków nawigacyjnych. Drugi peryskop okupował jeden z młodszych oficerów, koordynator kontaktu, który koncentrował się na ruchu statków i pomagał Pacinowi unikać kolizji. Za peryskopami obracała się powoli, ale nieprzerwanie antena radarowa, mająca w swoim zasięgu wybrzeże i morze przed okrętem. Punkty na ekranie radaru oznaczały statki handlowe, z wyświetlacza na dole w sterowni korzystali wspólnie nawigator i koordynator kontaktu. Za masztem radarowym wystawała z kiosku antena radiowa AN/BRA-44 Bigmouth. Pacino patrzył na morski krajobraz dookoła, soczystą zieleń wybrzeża, zielonkawoniebieską cieśninę Long Island, pędzącą falę dziobową, spienioną wodę omywającą kadłub i biały kilwater. Unosił lornetkę do oczu i szukał statków na swojej drodze, ale jeśli nie liczyć pojedynczych żaglówek, byli sami na morzu. Po kolejnej godzinie rejsu na powierzchni uświadomił sobie, że nie pamięta, żeby kiedykolwiek czuł się taki szczęśliwy. Wibracje pokładu pod stopami, wycie wiatru i huk morza odczuwał jako coś niezwykle romantycznego i wspaniałego, nic nigdy nie wywarło dotąd na nim tak potężnego wrażenia.