Przez mgłę czarnego dymu zobaczył, że drabinki nie ma, nie było zresztą w ogóle korytarza w dole, bo ściany zniknęły. Co gorsza, nie było również pokładu. Snop światła latarki sięgał aż do dolnego poziomu, gdzie niegdyś mieściła się torpedownia, ale teraz pozostało po niej tylko złomowisko oświetlone migotliwymi płomieniami pożaru. Do kadłuba wlewała się woda i jej poziom wyraźnie wzrastał, przez tę krótką chwilę, kiedy Pacino świecił w dół, podniósł się o około trzydzieści centymetrów. Jego stopy wisiały sześć metrów ponad jej powierzchnią i nie miał gdzie zejść. Gdyby zeskoczył na dół, połamałby sobie nogi o żelastwo wystające z wody. Kiedy patrzył na to, co pozostało z okrętu, przyszło mu do głowy, że wszyscy musieli zginąć. Nagle strzeliło mu mocno w uszach od wzrostu ciśnienia w pomieszczeniu. Okręt tonie, pomyślał, i wdzierająca się woda spręża powietrze uwięzione wewnątrz.
Potem pomyślał, że był durniem, wracając tutaj i że najlepiej zrobi, jeśli zamknie właz i wypłynie na zewnątrz. Nikt tutaj nie mógł przeżyć. Jeszcze zdąży się uratować. Zaczął unosić nogi z powrotem do komory ewakuacyjnej, gdy naraz usłyszał słaby dźwięk i zawahał się. Pierwsza eksplozja ogłuszyła go, ale częściowo już odzyskał słuch. Dźwięk był bez wątpienia kobiecym krzykiem. Pacino zamarł, nie bardzo wiedział, co robić. Gdyby zeskoczył na dół, nie zdołałby już wrócić do komory ewakuacyjnej. Przybierająca woda uniosłaby go wprawdzie do góry, ale do tego czasu okręt zapewne opadłby głębiej i może nie udałoby się już skorzystać z komory. W następnej chwili do jego świadomości dotarło jedno słowo – Carrie.
Nagle kadłubem wstrząsnęła eksplozja. Pacino uderzył całym ciałem w przeciwległą krawędź otworu włazu. Komora ewakuacyjna oddaliła się i powoli zaczęła niknąć w kłębach dymu. Pacinowi zaparło oddech z przerażenia, uświadomił sobie, że wstrząs strącił go do wnętrza okrętu. Spadał plecami w dół, otwarty właz komory ewakuacyjnej znikał wśród kolejnych kłębów dymu i pomarańczowych płomieni. Pacino zgubił regulator akwalungu i poczuł zapach toksycznego gazu. Serce waliło mu jak szalone ze strachu i bał się, że lada chwila dostanie ataku. Wpadł do zimnej wody i uderzył plecami o jakiś duży cylinder. Poczuł nagły ból, otworzył usta do krzyku, ale był już pod powierzchnią, płomienie i dym zniknęły, otoczyła go ciemność, tylko w górze jaśniała słaba poświata.
Wynurzył się i wziął głęboki oddech. Wykaszlał z płuc słonawą wodę i zwymiotował lunch, który zjadł przed włożeniem neoprenowego skafandra. Powietrze przypominało spaliny z rury wydechowej starego autobusu – było gorące, brudne i cuchnęło toksycznymi chemikaliami. Od samego zapachu mąciło się w głowie. Pacino miał pole widzenia zawężone do jednego punktu. Na tle przytłumionego huku ognia usłyszał własny kaszel i daleki krzyk, który przypomniał mu o komorze ewakuacyjnej i akwalungu. Resztką sił znalazł wąż regulatora, włożył aparat do ust i cztery razy odetchnął głęboko suchym powietrzem z butli.
Natychmiast rozjaśniło mu się w głowie na tyle, że dostrzegł w wodzie żółty kształt latarni bojowej, która spadła na dół razem z nim. Sięgnął po nią i poświecił dookoła. Z przerażenia oddychał cztery razy na sekundę. Woda opadła i odsłoniła większą część przedziału. Wcześniej sięgała do połowy wysokości pomieszczenia, ale teraz Pacino zobaczył krawędź zęzy. To niemożliwe, pomyślał i zdał sobie sprawę, że okręt jest pochylony stromo w dół i granica wody przesunęła się w kierunku dziobu. Jej powierzchnia tworzyła kąt trzydziestu stopni z pogiętymi płytami pokładu, które jeszcze trzymały się wręg w kilku miejscach. Przy tylnej przegrodzie pozostało kilkadziesiąt centymetrów środkowego poziomu i zwisały z niej platformy górnego pokładu, ale eksplozja w torpedowni zniszczyła większą część górnego poziomu i zgniotła grube, stalowe płyty jak metalową folię. Komorę ewakuacyjną przesłaniały płomienie i dym oraz przybierająca woda. Właz komory był usytuowany w środkowym punkcie przedziału dziobowego i gdyby znalazł się pod powierzchnią, woda podniosłaby się niebezpiecznie, a pochylenie kadłuba wzrosłoby katastrofalnie. Okręt zanurkowałby wkrótce pionowo w dół. Pacinowi znów strzeliło w uszach, tym razem mocniej.
Nagle kolejna eksplozja zakołysała kadłubem, ale ten wybuch nastąpił na rufie. Kąt pochylenia okrętu nieco zmalał, potem znów wzrósł. Pacino usłyszał krzyk mężczyzny. Nie mógł rozróżnić słów. Panika ustąpiła na tyle, że zdołał zadać sobie rzeczowe pytanie, co on teraz zrobi, do cholery? Trafionym torpedami okrętem wstrząsały eksplozje własnej broni. Pirania szła na dno i mogła być już zbyt głęboko, żeby udało się skorzystać z komory ewakuacyjnej. Pacino zdecydował, że mimo wszystko musi spróbować tam dotrzeć. Zaczął płynąć, ale w ciemności pełnej dymu zgubił kierunek. Pomyślał, że komora ewakuacyjna jest już zapewne trzy lub cztery metry pod wodą. Musi ją znaleźć, zanim okręt opadnie niżej.
Rozejrzał się bezradnie, wokoło otaczała go ciemna przestrzeń wstrząsu eksplozjami. Źle zrobił, że tu wrócił. To oczywiste. Szansa skorzystania z komory ewakuacyjnej przepadła, z okrętu pozostała tylko niecała połowa przedziału dziobowego. Znów strzeliło mu w uszach od wzrostu ciśnienia, w gęstym dymie ledwo widział. Ale w jego głowie odezwał się słaby głos rozsądku. Spróbował go posłuchać. Jeśli dopłynie do końca powierzchni wody, natrafi na boczną krzywiznę kadłuba lub na płaską przegrodę przedziału. Wybrał kierunek, popłynął i dotarł do wygiętej burty. Posuwał się wzdłuż niej, aż znalazł się w rogu przy przegrodzie, potem, trzymając się płaskiej powierzchni, minął poskręcane kawałki metalu szczątki urządzeń i natrafił na zamknięty właz do następnego przedziału.
Za przegrodą mieścił się jednak przedział operacji specjalnych, bezużyteczny dla niego, bo nie miał komory ewakuacyjnej. Ale był tam pojazd głębokiego zanurzenia. Pacino pomyślał, że mógłby wejść do DSV-a, zaryglować właz i odciąć się od wysokiego ciśnienia w głębi morza. To nie takie dobre rozwiązanie jak ewakuacja, ale można będzie przeżyć i spróbować zawiadomić kogoś na powierzchni. Woda podchodziła do włazu. Pacino musiał go otworzyć. Przyszło mu do głowy, że jeśli wewnątrz jest ciśnienie atmosferyczne, nastąpi to samo, co przy dekompresji kabiny samolotu, podmuch rzuci go przez otwór na przeciwległą przegrodę. Ale jeśli pomieszczenie zostanie zalane, nie będzie w ogóle w stanie otworzyć włazu. Pod ciężarem wody właz będzie ważył kilka ton. Musiał poszukać zaworu wyrównawczego i otworzyć go, lecz choć wiedział, że taki zawór jest, nie pamiętał na tyle miejsca, gdzie się znajdował, żeby znaleźć go w ciemnym, do połowy zatopionym, gęsto zadymionym i wstrząsanym wybuchami pomieszczeniu. Stanął na małej półce, która pozostała z pokładu, i trzymając w jednej ręce latarnię bojową, drugą ręką zaczął macać przegrodę w okolicy włazu. Wreszcie wyczuł charakterystyczny kształt dźwigni zaworu bezpieczeństwa i już miał ją obrócić, gdy usłyszał za sobą dwa krzyki, męski i kobiecy.
Obejrzał się i zobaczył na powierzchni czarnej wody cztery głowy. Rozpoznał Catardiego, Schultz i Alamedę. Czwarta głowa była odwrócona tyłem do niego. Cała trójka miała czarne twarze, zapewne ubrudzone sadzą z pożarów i eksplozji. W chwili gdy torpeda uderzyła w Piranię, czekali widocznie przy komorze ewakuacyjnej, aż Pacino bezpiecznie opuści okręt, a bosman Keating powróci z meldunkiem o transferze. Wybuch torpedy i eksplozje głowic w torpedowni odrzuciły ich w kierunku rufy. Pozostali członkowie załogi znajdujący się w sterowni z pewnością zginęli, gdyż byli dokładnie nad torpedownią. Pacino obrócił dźwignię zaworu bezpieczeństwa i z przegrody dobiegł syk. Okazało się, że w przedziale operacji specjalnych jednak nie ma zwiększonego ciśnienia. Był to, jak dotąd, jedyny dobry znak.