– Oficer uzbrojenia, meldować status!
– Sir, wyrzutnia jeden przygotowana pod każdym względem, wrota zewnętrzne otwarte, broń gotowa.
– Ognia z jedynki, Cel Trzy Zero!
– Gotowość wyrzutni jeden potwierdzona – warknął system Cyclops znajdujący się w stanie sztucznej ekscytacji. – Torpeda czternaście w pogotowiu. Torpeda czternaście, ognia! Torpeda czternaście odpalona.
Pokład podskoczył tuż przed eksplozją z lewej burty i okręt przechylił się nagle na sterburtę. To nie był normalny wstrząs od wystrzelenia torpedy, pomyślał Dixon.
– XO, co się stało? – krzyknął do Phillips.
– Uzbrojenie! – zawołała. – Co jest u ciebie?
Siedzący w boksie obsługi uzbrojenia Taussig miał minę, jakby trafił go piorun.
– Torpeda zdetonowała przy opuszczaniu wyrzutni, pani komandor. Szybkość alarmowa musiała ją przełamać na pół i wybuch poszedł na kadłub. Przewód prowadzący jest zerwany, wrota zewnętrzne nie chcą się zamknąć, wyrzutnia przecieka…
– Zalewa torpedownię! – krzyknął bosman Joyce na linii łączności taktycznej. – Przez wrota wyrzutni jeden!
– Przeciek w torpedowni – obwieścił oficer pokładowy Kingman przez radiowęzeł. – Ekipa naprawcza, do torpedowni.
– XO – powiedział Dixon do Donny Phillips – przekaż wachtę koordynatora nawigatorowi, idź do torpedowni i zajmij się sprawą.
– Tak jest, sir – odrzekła Phillips i jej okno na wyświetlaczu zgasło, gdy zdjęła swój hełm.
– Sonar, tu kapitan! Melduj status torpedy w wodzie!
– Dowodzenie, tu sonar. Odchylenie kierunku torpedy wysoko w lewo, sir. Nie dopadnie nas.
Dixon skinął głową. Chyba uniknął trafienia i pozostało mu tylko uratować okręt od zalania przez torpedownię. Jeśli ktokolwiek potrafi to zrobić, to na pewno Donna Phillips, pomyślał. Wziął głęboki oddech. Żałował tylko, że z powodu przecieku wystrzelenie następnych torped na pozycję julanga opóźni się. Przeciwnik najwyraźniej zdążył odpowiedzieć ogniem, zanim zatopił go vortex. Przedśmiertny prezent pożegnalny od chińskiej załogi. Skurwiele.
Dixon wybrał na wyświetlaczu obraz ponad niecką przeciwpodwodną i rozkazał Cyclopsowi pokazać mapę morską. Sprawdził kierunki do torpedy, ale namiar był słaby, bo nie wykonali manewrów w jej stronę. Zastanowił się, czy nie wysłać impulsu sonaru aktywnego, żeby określić odległość do torpedy, ale zrezygnował. Nie było sensu zdradzać swojej obecności, skoro pocisk ich nie znalazł. Pewnie już znikał daleko za rufą.
Dixon nie spodziewał się eksplozji jądrowej. Fala uderzeniowa dosięgnęła rufy Leoparda bez ostrzeżenia. Okręt uciekał przed torpedą na zachód i nagle został uderzony gigantycznym młotem kowalskim. Dixon poleciał na ściankę boksu, złamał sobie obojczyk i prawą rękę. Wysięgnik jego mikrofonu pękł, przebił mu policzek i język, wizjer hełmu rozstrzaskał się. Dixon poślizgnął się na krwi cieknącej z rannego ramienia i osunął nieprzytomny do boksu.
Inni członkowie zespołu kierowania ogniem na swoich stanowiskach bojowych w sterowni zostali również rzuceni na przegrody i odnieśli tak poważne rany i obrażenia, że nie mogli sobie nawzajem pomóc. Był tylko jeden wyjątek – wachtowy oficer zanurzenia, chorąży zdobywający kwalifikacje OOD, technik elektryk Brendon Farragut, nazywany „Malutkim”, ponieważ miał sto trzynaście kilogramów wagi. Farragut siedział na fotelu oficera zanurzenia przy konsoli sterowania okrętem w pięciopunktowych pasach bezpieczeństwa. Poczuł mocne szarpnięcie, ale choć przestał widzieć cokolwiek, gdy uległy uszkodzeniu wszystkie obwody elektryczne, zrobił jedno, coś, czego uczono go w kółko na symulatorach w New London – sięgnął do dwóch stalowych dźwigni alarmowego opróżniania głównych zbiorników balastowych, odblokował je i pchnął wysoko do góry. Chwycił mikrofon radiowęzła, żeby nadać komunikat o wynurzeniu alarmowym, ale linia była nieczynna.
Hydraulika awaryjna nadal działała, więc pociągnął dziobowe i rufowe stery głębokości do wzniosu pod kątem pięćdziesięciu stopni. Nieprzytomni koledzy za jego plecami uderzyli w tylną przegrodę i poranili się jeszcze bardziej. Ale Farraguta szkoliła osobiście komandor porucznik Donna Phillips i nauczyła go podwodniackiej mantry: „Ratuj misję, ratuj okręt, ratuj reaktor, ratuj załogę – w takiej kolejności”. Farragut nie miał możliwości uratowania misji, ale mógł uratować okręt. Zamierzał wynurzyć zalewanego Leoparda, jeśli tylko systemy okrętu będą sprawne. Głębokościomierz i pochyłomierz Cyclopsa nie działały, lecz Farragut włączył latarnię bojową i oświetlił swój panel. Na suficie był zamontowany staromodny pochyłomierz wypełniony wodą. Kąt wzniosu okrętu zbliżał się do sześćdziesięciu stopni. Farragut opuścił dziobowe stery głębokości, zastanawiając się, na jak długo wystarczy ciśnienie w układzie hydraulicznym. Kąt zmalał do pięćdziesięciu stopni. Mosiężny głębokościomierz również zamontowany na suficie na wypadek całkowitej utraty zasilania, pokazał sto metrów i wskazówka szybko pięła się do góry. Lada chwila powinni wypłynąć na powierzchnię.
Problem polegał na tym, jak długo utrzymają się w wynurzeniu z zalewaną torpedownią i uszkodzeniami spowodowanymi eksplozją. Okręt wyłonił się z wody i wypoziomował. Farragut zastanawiał się, jakim cudem torpeda, która była tak daleko za rufą, mogła spowodować tyle zniszczeń. Musiała być druga, pomyślał, nie zauważono jej. Okręt zanurzył się z powrotem na głębokość sześćdziesięciu metrów, potem leniwie wrócił na powierzchnię i zaczął się kołysać na falach. Farragut zerwał z głowy hełm, szybko odpiął pasy, wyskoczył ze swojego stanowiska przy konsoli i zapalił latarnie bojowe w sterowni. Leżące ciała martwych lub nieprzytomnych ludzi wyglądały upiornie, ale bardziej przeraził go ogień buzujący przy tylnej przegrodzie.
Farragut chwycił gaśnicę i pobiegł do pożaru. Opróżnił całą, ale nie zdołał ugasić rosnących płomieni. Czyjaś dłoń zaciśnięta na rękawie jego kombinezonu powstrzymała go od szukania następnej gaśnicy. Odwrócił się i zobaczył Brudną twarz XO. Błyszczały jej oczy, wykrzywione usta odsłaniały białe zęby.
– Farragut! – krzyknęła do niego. – Cała torpedownią zalana i mamy przeciek na rufie. Zostało nam najwyżej kilka minut. Musimy opuścić okręt. Leć do rufowej komory ewakuacyjnej i otwórz oba włazy. Potem wróć tutaj, pomożesz mi przy rannych.
Kiedy Farragut wybiegł ze sterowni w kierunku drabinki dziobowej, Phillips weszła do boksu kapitana Dixona. Klęknęła przy nim, zdjęła mu hełm Cyclopsa i delikatnie wyciągnęła wysięgnik mikrofonu z jego policzka.
– Sir? Sir? Słyszy mnie pan? – zapytała.
Dotknęła jego twarzy, potem go spoliczkowała, żeby się ocknął. Dixon otworzył oczy. Widział wszystko jak przez mgłę, sterownia wirowała.
– Donna – wychrypiał.
– Okręt został trafiony, sir. Torpedownią zalana. Woda wdziera się przez półmetrowy otwór wyrzutni. Zabezpieczyłam włazy, ale przegrody przeciekają. Uszczelniacze wału i główny system wody morskiej też.
Dixon miał szkliste oczy.
– Możemy uruchomić reaktor? – zapytał, z trudem wymawiając słowa.
– Kapitanie, los Leoparda jest przesądzony. Okręt tonie i to szybko. Musimy go opuścić. Farragut właśnie otwiera komorę ewakuacyjną. Mamy tylko kilka minut, żeby się stąd wydostać, sir.
– Idź – powiedział Dixon. – Ja zostanę i uruchomię system samodestrukcji. Czerwoni nie dostaną Leoparda. Nie na mojej wachcie.
Dixon znów stracił przytomność. Phillips postawiła go na nogi. Kiedy wrócił Farragut, oboje wnieśli kapitana po drabince na górny poziom.