Выбрать главу

– Niech pan zostawi to mnie, admirale. Po odpaleniu pocisków będę musiał opuścić okręt. Mogę naprowadzić go na kurs do zatoki Bo Hai, ale spodziewam się, że Amerykanie wykryją moją pozycję ogniową i w okolicznych wodach zaroi się od broni wystrzelonej przez ich marynarkę wojenną. Nic tu nie zostanie.

– Powodzenia, Krivak.

Czu przerwał połączenie. Krivak wyłączył radio i zszedł po drabince na dół, żeby powiedzieć Wangowi, że skończył. Potem usadowił się z powrotem w fotelu interfejsowym.

– Jeden, nanieś naszą pozycję na mapę morską świata, potem zaznacz krąg zasięgu pocisków manewrujących Javelin. – Krivak przestudiował mapę. – A teraz wykreśl trasę okrężną z Waszyngtonem, Nowym Jorkiem, Filadelfią, Chicago, Groton w Connecticut i Norfolk w Wirginii wewnątrz kręgu. – Na wyświetlaczu rozbłysnął szlak. – Oblicz czas podróży do linii zasięgu pocisków przy prędkości trzydziestu węzłów.

W punkcie przecięcia się trasy z kręgiem wyświetlił się czas lokalny w poniedziałek po południu. Pociski leciałyby do celów dwie godziny. Doskonale, pomyślał Krivak. Dotrą na miejsce, zanim zwinę interes. Wszystko będzie w wiadomościach wieczornych.

Przerwał interfejs i podłączył telefon satelitarny do anteny. Numer Pedra był ustawiony na szybkie wybieranie. Pokład kołysał się lekko na głębokości peryskopowej.

– Tak? – zgłosił się Amorn.

– To ja, Amorn.

– Słucham?!

– Amorn, to ja. Krivak. Na Snarcu, do cholery.

– Teraz pana słyszę.

– To słuchaj uważnie. Weźmiesz szybki jacht motorowy i przypłyniesz na pozycję na Atlantyku, którą ci zaraz podam.

Amorn zanotował szerokość i długość geograficzną punktu odpalenia pocisków.

– Kiedy możesz tam być?

– Falcon jest gotowy do startu. Możemy wziąć jacht z Bermudów i być u pana w niedzielę w nocy.

– Tylko nie później niż w poniedziałek o drugiej nad ranem. Jeśli zjawisz się wcześniej, czekaj na mnie. Załatwię ostatnią sprawę i opuszczę okręt.

– Będziemy w pogotowiu.

– To zobaczenia, przyjacielu. Cześć.

Krivak wyłączył się, wspiął po drabince do boksu interfejsowego i wrócił na fotel. Kiedy znów był sprzężony z okrętem, rozkazał Jeden Zero Siedem zejść w głąb morza i kontynuować rejs. Pokład pochylił się, gdy Snarc zanurkował z głębokości peryskopowej i przyspieszył do trzydziestu pięciu węzłów.

Kapitan Lien Hua i pierwszy oficer Czou Ping pobiegli na rufę poszukać głównego mechanika, komisarza ludowego Dou Linga. Stał w gumowych butach na gumowej macie przed otwartym panelem elektrycznym wysokiego napięcia. Był w gumowych rękawicach, wokół pasa miał zawiązaną linę, którą trzymali dwaj mechanicy znajdujący się w bezpiecznej odległości od głównej skrzynki rozdzielczej i wyglądał jak więzień.

– Potraficie to naprawić? – zapytał kapitan Lien.

Dou z irytacją wypluł na pokład niedopałek papierosa.

– Albo mi się uda, kapitanie, albo kopnie mnie w dupę czterysta osiemdziesiąt woltów i będziecie mogli wystrzelić mojego zwęglonego trupa z wyrzutni torpedowej. A teraz, kapitanie i kolego pierwszy, jeśli nie macie nic przeciwko temu, zakończę ten wykład i wezmę się do roboty.

– Róbcie swoje, komisarzu Dou.

Główny mechanik sięgnął ostrożnie w głąb panela, jakby próbował ukraść klejnoty chronione przeciwwłamaniowym alarmem laserowym. Za pomocą klucza z gumową rękojeścią wykręcił powoli śrubę z miedzianej szyny zbiorczej i wyciągnął przepalone złącze, potem następne. Pracował przez dwie godziny. Kiedy cofnął się od panela, jego kombinezon był mokry od potu.

– I jak? – zapytał Czou Ping.

– Kurewsko niedobrze, Czou! – ryknął Dou. – Gdyby było inaczej, nie ryzykowałbym grzebania w panelu pod napięciem! A teraz, zostaw mnie, kurwa, samego!

Czou poczerwieniał z gniewu, ale był bezsilny. Wiedział, że tylko Dou może naprawić panel elektryczny i pięćdziesiąt innych rzeczy, które zostały uszkodzone, kiedy w okręt trafiła amerykańska torpeda, a jeśli tego nie zrobi, pozostaną unieruchomieni na wodzie i będą łatwym celem dla torped z innych czających się amerykańskich okrętów podwodnych, a nawet dla pocisków manewrujących wystrzelonych gdzieś zza horyzontu.

– Idę na dziób – oznajmił Czou.

Główny mechanik parsknął. Czou pomyślał, że kapitan powinien opieprzyć inżyniera, ale Lien Hua miał do skurwiela takie samo zaufanie jak do niego.

Czou dotarł do dusznego stanowiska dowodzenia. Było słabo i nierówno oświetlone lampami akumulatorowymi. Nie mogli się nawet zanurzyć i ukryć przed amerykańskimi satelitami, dopóki Dou nie skończy pracować w pomieszczeniach technicznych. Czou ogarnęły złe przeczucia i przez chwilę zastanawiał się, czy nie napisać listu pożegnalnego do matki, ale uprzytomnił sobie natychmiast, że list albo spocznie na dnie morza, albo spłonie po następnym ataku na okręt.

Pojazd głębinowy Narragansett zbliżył się do trzeciego miejsca, które sonar zaburtowy na górze wskazał jako obiecujące. Pierwszy kontakt okazał się skałą, drugi wrakiem parowca, nieoznaczonym na mapach morskich. Zardzewiały statek był przechylony na lewą burtę, w kierunku powierzchni sterczały trzy kominy. Spoczywał na głębokości siedmiuset pięćdziesięciu sześciu metrów i miał dziurę w kadłubie, zapewne od torpedy z niemieckiego U-Boota. Dno morskie na szlakach żeglugowych po obu stronach Przylądka Dobrej Nadziei było cmentarzyskiem statków i okrętów. Sztormy i wojny zbierały swoje żniwo, odkąd człowiek po raz pierwszy wyruszył w morze.

Porucznik Evan Thompson pociągnął do góry dźwignie wirników, gdy z mgły wyłonił się trzeci obiekt. Leżał na boku, oparty o wypiętrzenie skalne. Był kioskiem okrętu podwodnego, ale oderwanym od kadłuba. Wokół walały się szczątki. Thompson zawiadomił przez radio górę o znalezisku, obrazy z jego kamer wideo docierały do okrętu ratowniczego Emerald na powierzchni spokojnego morza. Porucznik popłynął śladem szczątków. Skały na dnie zastąpił osad, potem pojawiło się piaszczyste wzniesienie. W świetle reflektorów pojazdu głębinowego wyglądało inaczej niż reszta otoczenia. Wszędzie wokoło piasek był pofalowany – wzniesienie było gładkie, wybrzuszone na jednym końcu. Na konsoli pojazdu rozbłysła lampka sygnalizacyjna systemu sonarowego. Thompson przestawił dźwignię kolankową i włączył głośnik sufitowy. Nie było wątpliwości – dźwięk brzmiał jak walenie młotkiem w metal. Odgłos rozlegał się w regularnych, sekundowych interwałach.

– Emerald, tu Narragansett! – zawołał porucznik.

– Słyszę cię, odbiór.

– Mam uderzenia młotkiem w metal. Dobiegają od strony dużego piaszczystego wzniesienia. Podchodzę bliżej, żeby sprawdzić, czy uda mi się wykryć kadłub.

– Przyjąłem. To ręczne uderzenia?

– Nie. Są zbyt regularne. To prawdopodobnie urządzenie alarmowe. Odgłosy właśnie ucichły, odbiór. Zaznaczcie czas.