– Przyjąłem. Szósta czterdzieści trzy.
Niestety, ramiona manipulatorów Narragansetta były prymitywne. Ale Thompson postanowił przebić piaszczysty pagórek, żeby sprawdzić, czy uderzy w metal.
Zbliżył się ostrożnie i wbił ramię manipulatora w piasek. Zatrzymało się. Nie wiedział, czy ugrzęzło, czy natrafiło na metal. Spróbował jeszcze raz, bardziej prostopadle do grzbietu. Tym razem nie miał wątpliwości – uderzył w coś twardego. Nie rozległ się metaliczny dźwięk, gdyż piasek stłumiłby odgłos uderzenia w stalowy obiekt. Thompson cofnął manipulator, okrążył pojazdem wzniesienie i naniósł na mapę.
– Emerald, tu Narragansett. Mamy kadłub – oznajmił beznamiętnym tonem. Wiedział, że jego głos przez radio zostanie wraz z nagraniem wideo odtworzony dla szefostwa. – Wykryłem jeszcze kilka uderzeń młotkiem. Zamierzam umieścić na powierzchni wzniesienia detektor akustyczny, żeby dokładniej zlokalizować dźwięk.
Przez następną godzinę Thompson rozmieszczał na piaszczystym pagórku hydrofony. Urządzenia nasłuchiwały odgłosu i metodą triangulacji wyznaczały miejsce jego pochodzenia. Emerald miał wkrótce przysłać na dół przewodowy telefon podwodny. Aparat był hydrofonem transmisyjnym, połączonym ze wzmacniaczem i okrętem nawodnym. Mógłby przekazywać głos do wnętrza kadłuba, a gdyby ktoś uwięziony w środku krzyknął, hydrofon odbiorczy wyłapałby to i przesłał wzmocniony dźwięk do słuchających na powierzchni. Łączność była prymitywna i często zbyt niewyraźna, żeby skutecznie się porozumieć, ale gdyby działała, można byłoby zawiadomić ocalałych członków załogi, że nadejdzie pomoc.
Oczekując na telefon podwodny, Thompson oczyścił część metalowej powierzchni, odsłonił stalowe ucho przyspawane punktowo do poszycia okrętu i przeciągnął przez nie linę. Operacja przypominała nawlekanie igły w rękawicach kolczugowych, ale po dwudziestu minutach prób powiodła się. Porucznik przywiązał linę do kadłuba, na jej drugim końcu umocował pływak. Boja uniosła się na powierzchnię i oznaczyła położenie wraka, na wypadek gdyby sztorm zmusił ratowników do opuszczenia miejsca zatonięcia okrętu.
Thompson instalował telefon podwodny przez trzy godziny. Umieszczał hydrofony w różnych punktach kadłuba, potem zmieniał ich lokalizację, żeby uzyskać czysty sygnał z wnętrza. Nie wiedział, czy urządzenie będzie działało, gdyż zbyt wiele rzeczy mogło zakłócać łączność. Ale jego kolega z Instytutu Oceanograficznego Woods Hole opracował oprogramowanie, które pozwalało oczyścić przekaz na tyle, że można go było zrozumieć. Wreszcie instalowanie zostało zakończone, nadszedł czas, żeby Narragansett skontaktował się z wrakiem. Thompson włączył mikrofon i zapytał wolno i wyraźnie:
– Czy to okręt podwodny Pirania?
Czekając na odpowiedź, czuł nerwowe skurcze żołądka.
Kapitan Rob Catardi usiadł prosto. W ciemności żarzył się tylko panel instrumentów.
– Panie kapitanie – rozległ się tuż na wprost jego twarzy głos Pacina – coś stuknęło w kadłub.
Serce Catardiego zaczęło bić szybciej.
– Włącz sygnalizator – rozkazał. – Niech wali bez przerwy.
W pojeździe głębokiego zanurzenia zadudnił nagle czyjś obcy głos. Dochodził z zewnątrz kadłuba. Catardi i Pacino nie mogli rozróżnić słów. Zaczęli wrzeszczeć z głowami zadartymi w górę. Głos odezwał się znowu, potem zamilkł. Przez pół godziny docierały do nich tylko trzaski i zgrzyty, w końcu przez kadłub znów dobiegł tamten głos.
– Czy… to… okręt… podwodny… Pirania? – zapytał.
Catardi uniósł palec.
– Ja będę mówił – powiedział cicho do Pacina.
Spojrzał na sufit i krzyknął głośno:
– Tu kapitan Rob Catardi z okrętu podwodnego USS Pirania. Czy ktoś mnie słyszy?
Chwila ciszy, a potem:
– Przyjąłem… słyszymy… pana.
– Zabieracie nas stąd? – zapytał Catardi.
– Jeszcze nie – odrzekł donośny męski głos. – Tu DSV marynarki wojennej Narragansett. Na razie tylko ustaliliśmy waszą pozycję. Akcję ratowniczą przeprowadzi brytyjski pojazd ratowniczy głębokiego zanurzenia. Angole będą tu za siedemdziesiąt godzin, odbiór.
Siedemdziesiąt godzin. Zrezygnowany Catardi usiadł na pokładzie. Mogło im nie wystarczyć tlenu na tak długo.
– Narragansett, musicie przyspieszyć akcję ratowniczą. Powtarzam, przyspieszcie akcję ratowniczą. Nie wytrzymamy siedemdziesięciu godzin. Siadają akumulatory. Jest bardzo zimno. Kończą się leki i za dwa dni zabraknie nam tlenu. Musicie nas stąd zabrać w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.
– Pirania, tu Narragansett, zrozumiałem. Przekażemy to. Jesteście w pojeździe głębinowym?
– Tak, w module dowodzenia DSV-a, w przedziale operacji specjalnych. Podejrzewam, że kadłub okrętu przełamał się, ale DSV jest cały.
– Przyjąłem, Pirania, rozumiem. Kto ocalał i w jakim jesteście stanie? Odbiór.
Lista będzie krótka, pomyślał Catardi, nim podał nazwiska.
– Przyjąłem, kapitanie. Skontaktujemy się z ekspertem DynaCorp od pojazdów głębinowych, żeby wyjaśnił wam, jak ustawić system na oszczędzanie waszych zasobów. Bądźcie w pogotowiu. Bez odbioru.
I co mamy robić, do cholery? – pomyślał Catardi, ale uśmiechnął się do Pacina.
– Może jeszcze uda się nam stąd wydostać – powiedział i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Mam nadzieję, panie kapitanie.
– Co z Alamedą i Schultz?
– Ciągle nieprzytomne. Poczułbym się lepiej, gdyby się ocknęły. Jeśli mają uszkodzenia mózgu, mogą się nigdy nie obudzić.
– Niech śpią. Jeśli je obudzimy, będą szybciej oddychały i zużywały więcej powietrza. Nie wytrzymamy czterdziestu ośmiu godzin. My też powinniśmy się przespać, dopóki nie odezwie się technik z DynaCorp.
– Wątpię, żebym zasnął, sir. Ale spróbuję.
21
Komandor Kiethan Judison zaklął, kiedy przyjrzał się wyświetlaczowi kierowania ogniem na konsoli dowodzenia. Snarc, Cel Jeden, znajdował się w odległości ponad dwustu dziewiętnastu tysięcy metrów na północny wschód, daleko poza zasięgiem broni Hammerheada i płynął szybciej mimo prędkości alarmowej okrętu, rujnującej reaktor. Gdyby admirał McKee przestał telefonować wtedy, gdy Judison go o to prosił, Snarc nie uciekłby tak daleko.
Ale najgorszy był kurs Snarca – północny wschód. Robot nie miał powodu, żeby tam płynąć. Judison pospiesznie opuścił stanowisko dowodzenia, wspiął się szybko po drabince, wpadł do swojej kajuty i chwycił globus, prezent, który otrzymał od kapitana brytyjskiego okrętu podwodnego podczas ostatniej wizyty Hammerheada w Faslane. Judison wziął jeszcze flamaster i wtargnął bezceremonialnie do kajuty dla VIP-ów, w chwili kiedy McKee właśnie wybierał numer na klawiaturze telefonu.
– Proszę odłożyć aparat, admirale – powiedział natarczywym tonem Judison.
McKee spojrzał na niego i bez słowa odłożył telefon.
– Straciliśmy Snarca. Jest poza zasięgiem Mark 58 i vortexów.
– Więc okrąży Przylądek Dobrej Nadziei. Skierujemy nasze okręty podwodne na Oceanie Indyjskim na jego trasę, żeby go przechwyciły, kiedy wpłynie…
– Nie. Oto nasza pozycja. – Judison stuknął flamastrem w globus na północ od równika u wybrzeży Senegalu w Afryce. – A to pozycja Snarca. – Drugą kropkę postawił niżej, kilka milimetrów na północny wschód od pierwszej. – To jego kurs, dwa dziewięć zero. Narysuję drogę okrężną na tym kursie.