Выбрать главу

Jak to, jaką panią? Naszą panią, Gertrudę von Mogmitz”.

Skóra na twarzy Mocka skurczyła się jak czuła membrana. Pod mocno zaciśniętymi sznurówkami butów delikatna skóra stóp oddała zadany ługiem ból.

– Przeze mnie twoja żona zginęła – syczała hrabina. – Przeze mnie ta suka zginęła. No uderz mnie!

Przez stalową ścianę kadłuba przenikał chłód. Mock przyłożył poparzony policzek do zimnego metalu. Czuł ten metal w głowie, w gardle, metaliczny smak ogarniał jego język i przedostał się do brzucha wraz metaliczną śliną. Zaczęło go wszystko boleć: od dziury w głowie do małego obtarcia na pięcie. Znał jeden sposób na metaliczny ból – śledztwo, przesłuchanie, prawda. Oderwał policzek od ściany kadłuba i powiedział:

– Mam cię uderzyć tak jak Gnerlich, tak? Lubiłaś, jak cię bił jeszcze w Kanthen, kiedy twój mąż już spał, co? Lubiłaś, jak cię bił na Bergstrasse, prawda? Mam cię uderzyć tak mocno jak on? Potrafię to zrobić.

Mam cię tak mocno uderzyć? Tak? Skąd wiedziałaś, że ja lubię bić kobiety?

Gertruda von Mogmitz zaciskała oczy i kiwała twierdząco głową. Wysuwała przy tym szczękę. Mock nie uderzył hrabiny. Odsunął się od niej, jak mógł najdalej, i sięgnął do wewnętrznej kieszeni podartej marynarki. W ciasnej przestrzeni rozszedł się zapach wilgotnego tytoniu.

– Nie chciałem tego robić – powiedział Mock, trzymając w dłoni dwie kartki. – Nie chciałem porównywać tego pisma maszynowego.

– O czym pan mówi, kapitanie? – Hrabina poprawiła sobie włosy, była już doskonale opanowana.

– Chciałem ci uwierzyć. Tak bardzo chciałem ci wierzyć. Że to wszystko Gnerlich robił z własnej woli, że on sam chciał ciebie obdarzyć błogosławieństwem poprzez popełniane przez siebie zbrodnie. Że ty nie masz z tym nic wspólnego. Nie chciałem porównywać tych kartek.

– O czym pan mówi?

Receptory bólu reagowały na najlżejsze poruszenia łodzi. Mock odsunął się jeszcze bardziej i zapalił latarkę. W jednej ręce trzymał list do swojego brata Franza Mocka, w drugiej listę z pytaniami hrabiny do profesora Knoppa. Na pierwszej kartce ktoś wystukał na maszynie: „Przeszukaj mieszkanie nr 7 na Viktoriastrasse 43. Jest tam coś, co pomoże ci odnaleźć mordercę twojego syna. Śpiesz się, dopóki nie weszli tam Rosjanie”. Na drugiej kartce, podpisanej „Gertrud hrabina von Mogmitz” zadano pytanie: „Czy pan profesor sądzi, że błogosławieństwa można rozumieć dosłownie?” I na jednej, i na drugiej kartce mała litera „t” przypominała prawosławny krzyż, ponieważ podwojona była jej poprzeczka, zarówno duże, jaki małe „o” składały się z dwóch okręgów oddalonych od siebie o pół milimetra, a „r” chwiało się raz w jedną, raz w drugą stronę.

– Obie kartki ty napisałaś – powiedział wolno. – Na tej samej maszynie. A list do mojego brata został napisany dzień przed śmiercią twojej siostrzenicy. To znaczy, że zaplanowałaś to. Rękami Gnerlicha zabiłaś Bertę Flogner. Zaplanowałaś sobie coś jeszcze. Czytałaś o mnie i o sprawie zboczeńca Roberta, wszystkie gazety pisały, że dopuściłem się samosądu. Dziennikarze spierali się, czy mój uczynek był sprawiedliwy czy też nie. I wszyscy bez wyjątku pisali, że sprawiedliwość jest moją obsesją, że popycha mnie ku niej ślepy instynkt. Wszyscy, którzy czytają gazety, ty też, wiedzieli, że mój bratanek zginął dwadzieścia lat temu w niewyjaśnionych okolicznościach. Pisząc list do mojego brata, mogłaś być pewna, że ja, „ślepy pies sprawiedliwości”, poruszę niebo i ziemię, by dotrzeć do mieszkania przy Viktoriastrasse, gdzie wykrwawiała się twoja siostrzenica. Kazałaś Gnerlichowi tak ją skatować, aby pies złapał trop. Aby ogarnęła go obsesja sprawiedliwości. Cóż się do tego lepiej nadaje niż siedemnastoletnia dziewczyna z butelką wbitą między nogi! Nawet gdyby powiedziała, że zrobił to Gnerlich, gdyby nawet go rozpoznała pod sowieckim mundurem, to i tak on byłby poza moim zasięgiem. Ale tonie o to chodziło, abym zabił Gnerlicha, chodziło o to, bym go ścigał. Bo wtedy, zgodnie z interpretacją Knoppa, znalazłabyś drugiego człowieka, który by łaknął sprawiedliwości, i ocalałabyś wraz z nim z Bresleau.

– Przestań już – szepnęła. – To wszystko nieprawda. Nie możesz wyciągać takich wniosków z pisma maszynowego. Jest wiele maszyn z obluzowanymi czcionkami.

– Wszystko stało się nie tak, Gertrudo. Dziewięć błogosławieństw nie zapewni ci ocalenia – powiedział Mock, gramoląc się na czworakach. – Pomyliłaś się.

Hrabina von Mogmitz leżała spokojnie, założywszy ręce za głowę. Patrzyła na Mocka i źle interpretowała spokojny ton jego głosu, jego ciemną, tubalną intonację. Nie mogła wiedzieć, że jego mózg odtwarza teraz scenę sprzed miesiąca. Nie miała pojęcia, że ze zwojów szarej substancji, schowanych za dziurawą potylicą, wychodzi upiór – młoda dziewczyna kiwająca na Mocka zakrwawionym kikutem.

– Nie pomyliłaś się tylko co do jednego. – Mock znalazł się w przedziale bojowym i zgasił silnik łodzi. – Ja nigdy nie daję za wygraną. Ja łaknę i pragnę sprawiedliwości.

Szybko zamknął grodź oddzielającą przedział maszynowo – gospodarczy od przedziału bojowego. Otwierając zawory denne, słyszał, jak Gertruda von Mogmitz wali pięściami o grodź. Gwałtownie wspiął się na drabinę i wyszedł z kiosku łodzi. Łódź zachybotała się tak mocno, że omal nie wypadł za burtę. Klęcząc na zimnym i mokrym cygarze, odbił się od powierzchni łodzi. Szarpiący ból ręki uniemożliwił mu przedostanie się na pomost. Kiedy wpadał w zimne wody Odry, w Breslau trafiały kolejne pociski. Kiedy łódź wchodziła pod powierzchnię wody, rzeka się rozkołysała.

Mock odniósł wrażenie, że zaraz wyrzuci go na brzeg – w miejsce, gdzie przed chwilą była przycumowana łódź z Gertrudą von Mogmitz. Z trudem dopłynął do pomostu. Nie mógł utonąć. Nie mógł zostawić tego miasta. „Pies sprawiedliwości” miał jeszcze coś do załatwienia w twierdzy Breslau. Nikt go nie zwolnił z policyjnych obowiązków, a policjant ma zawsze coś do załatwienia w wielkim mieście.

WROCŁAW, WTOREK 25 KWIETNIA 1950 ROKU,

JEDENASTA PRZED POŁUDNIEM

Kapitan Wacław Baniak, pomimo uzyskania obietnicy poufności, długo nie mógł się zdecydować na wyjawienie szczegółów sprawy. Kiedy otwierał usta, aby o wszystkim powiedzieć swojemu rozmówcy, w otwór gębowy kapitana wdzierało się powietrze i wysuszało gardło oraz język pokryty szarym nalotem.

Tak się potęgowało dodatkowo uczucie gryzącego kaca, które kapitan chwilowo wytłumił setką wódki i płuckami na kwaśno.

Baniak uświadomił sobie nagle, że im prędzej powie wszystko Manfredowi Hartnerowi, tym szybciej pozbędzie się go ze swojego gabinetu i wychyli pół szklanki wódki, by zapomnieć o kacu na kolejną godzinę.

– Koło przystani przy politechnice – spojrzał do teczki od Fridmana i szybko relacjonował jej zawartość – na dnie znaleziono małą łódź podwodną. Były w niej zwłoki kobiety. W momencie śmierci między trzydziestką a czterdziestką. Zwłoki zidentyfikowano. Dzięki zębom. To znana antyfaszystka Gertruda von Mogmitz, której mąż był zamieszany w zamach na Hitlera. W bratnim NRD są ulice Mogmitzów. Bez tego cholernego „von”. List znaleziono w szczelnie zamkniętej raportówce. To wszystko. A tera powiedzcie, co tam jeszcze jest oprócz tych bredni „Błogosławieni tacy, a tacy.”

Manfred Hartner znów pomyślał o swoim ojcu. Widział teraz, jak Leo Hartner siedzi przy reprezentacyjnej Schenkendorfstrasse, w swoim zielonym gabinecie, w którym półki biblioteczne uginały się pod ciężarem arabskich i perskich rękopisów. To była przepiękna willa, myślał Hartner, godna dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej. Teraz jest w niej przedszkole, a starodruki posłużyły jako opał. Tak, przypominał sobie, często siedział mój ojciec w gabinecie nad szachami – sam lub ze swoim najlepszym przyjacielem, wysokim funkcjonariuszem policji, z którym nigdy nie przeszedł na „ty”.