- Będziesz miała dużo czasu na ich podziwianie. Klasztor San Sisto, do którego cię prowadzę, jest dokładnie naprzeciwko.
W istocie nieco poniżej drogi, której powierzchnię nadal pokrywały wielkie starożytne płyty, wznosiły się brunatnoczerwone mury otaczające gmatwaninę roślinności, niskie, lecz proporcjonalne zabudowania i czworokątną kampanilę kościoła. Kiedy oddział się zatrzymał, można było usłyszeć dźwięk śpiewu religijnego, stłumiony przez grube mury, oraz rechot żab na pobliskim bagnie.
Pięścią w skórzanej rękawicy jeden z żołnierzy zastukał w furtę, w której widniało wąskie okienko. Uderzał wiele razy, aż za kratką pojawiła się szczupła twarz otoczona białym barbetem.
- Na rozkaz Jego Świątobliwości Papieża, otwierać! - zawołał dowódca, który stał obok Fiory. - Przyprowadziłem zapowiadaną osobę.
Okienko zostało zamknięte, a furta otworzyła się powoli, bezdźwięcznie, ukazując białą sylwetkę siostry furtianki.
- Niech Pan zechce mieć w Swej opiece naszego Ojca Świętego! - wyszeptała, żegnając się. - Wejdź, siostro! To prawda, że czekałyśmy na ciebie.
Fiora zeszła z muła i podeszła do furty, podczas gdy jej eskorta się wycofała, jako że mężczyźni niebędący księżmi nie mieli prawa przekroczyć murów klasztoru. Głos zakonnicy był łagodny, a dobiegające ich uszu śpiewy bardzo piękne. Fiora ujrzała bladą dłoń wyciągniętą w jej stronę i w sposób całkiem naturalny umieściła w niej swoją rękę z uczuciem, że wyciszają się władające nią lęki, podejrzenia i obawy. Czy to możliwe, że ten klasztor rzeczywiście był oazą spokoju?
Rozdział szósty
Ogród San Sisto
Klasztor dominikanek z San Sisto, które cieszyły się szczególnymi względami papieża, był ulubionym azylem szlachetnie urodzonych młodych panien pragnących schronić się przed światem, ale zdarzało się, że przystań mogła tam znaleźć młoda wdowa lub kobieta wystarczająco wpływowa, by ją tam przyjęto. Przybywając prosto z Watykanu, Fiora została przyjęta z kurtuazją przez matkę Girolamę, kobietę w średnim wieku, która kiedyś musiała być bardzo piękna i najwyraźniej przyzwyczajona była do wydawania poleceń. Miała jasne oczy o otwartym spojrzeniu, dźwięczny i melodyjny głos i ciepły, choć pojawiający się nieczęsto uśmiech, czym od razu zdobyła zaufanie Fiory. Po tym, jak najpierw groziło jej wydanie katu, a potem męczarnie w jakimś lochu, dobrze było oddać się w ręce matki Girolamy.
- Jesteś w opłakanym stanie - stwierdziła matka przełożona, patrząc na nową pensjonariuszkę ze współczuciem. - Jesteś chora?
- Nie, matko, nie sądzę. Ale przez dwa długie miesiące podróżowałam po morzu i wiele wycierpiałam. Marne jedzenie dokonało reszty.
- Rozumiem. Zaprowadzę cię teraz do twojego pokoju, gdzie zostanie ci przyniesiony posiłek.
- Czy nie mogłabym dostać trochę wody do mycia? Od tygodni nie miałam możliwości prawdziwej toalety.
- Nie śmiałam ci tego proponować - powiedziała przeorysza z półuśmiechem. - Zdarzało mi się mieć podopieczne, które pogardzały higieną osobistą, i przyznaję, że wcale mi się to nie podobało. Otrzymasz wodę, bieliznę i ubrania, lecz jedyne, jakie mogę ci oferować, to habity nowicjuszki.
- Będę szczęśliwa, mogąc je nosić. Jeśli zaś chodzi o moją suknię...
- Wypierzemy ją i jeśli już jej nie chcesz, damy ją biednym. Tak długo, jak będziesz u nas, nie będziesz jej potrzebować. A teraz chodź ze mną! Myślę, że naprawdę przede wszystkim powinnaś wypocząć.
Cela, w której ją ulokowano, otwierała się na krużganek z kolumienkami wychodzący bezpośrednio na ogród. Wąskie łóżko z białymi zasłonkami i proste umeblowanie bardzo przypomniało Fiorze celę, którą zajmowała w klasztorze Santa Lucia we Florencji w czasach katastrofy, która zrujnowała jej życie. Przybyła wkrótce siostra służebna, która rozpaliła ogień w małym piecyku, aby przegnać zimną wilgoć i umożliwić Fiorze umycie się bez szczękania zębami, postawiła późną różę w zielonym, majolikowym wazoniku i wesoło gawędząc, rozścieliła świeże prześcieradła i wytrzepała narzutę.
W ten to sposób Fiora dowiedziała się, że nazywała się ona Cherubina, co było dosyć rzadkim imieniem, ale usprawiedliwionym przez jej wygląd - pyzatą różową twarz i jasnobłękitne oczy. Była córką chłopa z okolic Spoleto, którego pan posłał ją do klasztoru razem ze swą młodszą córką, Priscą, mleczną siostrą małej wieśniaczki, która była do niej bardzo przywiązana. Minęło pięć lat, odkąd była w San Sisto, i czułaby się tu w pełni szczęśliwa - gdyż nie wyobrażała sobie piękniejszego miejsca na świecie - gdyby nie to, że siostra Prisca zmarła ubiegłego lata na chorobę, na którą lekarstwa nie zdołano znaleźć.
- Nic nie można było zrobić - zakończyła z żalem, rozkładając ręce. - To przez bagno obok klasztoru. Latem pełno tam komarów, a one roznoszą malarię.
San Sisto było może najpiękniejszym miejscem na świecie, ale zapewne jednym z najbardziej niezdrowych. Na szczęście lato dawno się skończyło, a Fiora miała nadzieję, że kiedy wróci, ona już od dawna będzie gdzie indziej. Ale tego wieczoru, wyciągając się w pościeli pachnącej bergamotką, po zjedzeniu na kolację makaronu z bazylią i wyśmienitej sałatki owocowej, młoda kobieta pomyślała, że z komarami czy bez nich, ten klasztor jest na swój sposób jednym z tych uprzywilejowanych miejsc, gdzie ból ustępuje i gdzie można jeszcze wierzyć w miłosierdzie boskie. Siostra Cherubina była nieco rozczarowana, że nie usłyszała żadnych zwierzeń w zamian za swoją historię, Fiora jednak usprawiedliwiła się najzupełniej prawdziwą sennością i obiecała, że w przyszłości będzie bardziej rozmowna.
Cudowne wrażenie, że znalazła schronienie przed ludzką niegodziwością i że odzyskuje pełnię władzy nad sobą, trwało przez następne dni. Pod wyrozumiałymi, lecz zdecydowanymi rządami matki Girolamy klasztor zdawał się tworzyć jedną dużą rodzinę, której każdy członek był zadowolony ze swego losu. Pogodne i wyciszone dominikanki znajdowały w pracy, muzyce, medytacji i modlitwie ten spokój serca i tę otuchę dla duszy, które może przynieść ład duchowy. O mury klasztoru San Sisto rozbijały się odgłosy świata zewnętrznego, poszept intryg i krzyki cierpienia ofiar, które każdej nocy pozostawiała na uliczkach i w zaułkach wieczna, nieustanna wojna dwóch możnych rodów dzielących wpływy w Rzymie: Orsinich i Colonna. Życie tutaj upływało na głoszeniu śpiewem uwielbienia Boga i na trudzeniu się dla Jego większej chwały. Toteż sprawowane w klasztorze obrzędy były bardzo piękne.
Fiora lubiła w nich uczestniczyć i łączyć swój głos z głosami zakonnic, które przyjęły ją po prostu miło, bez zbędnych pytań.
Oczywiście wiedziały, że pochodzi z Florencji, jako jedyna w klasztorze, i wkrótce dowiedziały się, że jest wdową po jednym z najlepszych dowódców Zuchwałego. Jednak mniszki nigdy nie słyszały o zmarłym księciu Burgundii, z wyjątkiem jednej, która po dłuższych wahaniach pewnego poranka podeszła do Fiory w ogrodzie.
Młoda kobieta uczyniła z tego ogrodu swoje ulubione miejsce i jeżeli tylko pozwalała na to pogoda przesiadywała tam z robótką lub powoli przemierzała starannie wytyczone alejki. Nie był w niczym podobny do ogrodu otaczającego Dom w Barwinkach ani nawet do tego w willi Beltramiego we Fiesole, który Fiora tak bardzo lubiła. Tutejszy ogród, mimo zbliżającej się zimy, która pozbawiała go znacznej części kwiatów, gromadził wokół wielkiej pinii kępy drzew cytrynowych, granatów i oleandrów. Wśród ścieżek pokrytych płytkami marmuru, dochodzących do zbiorników, w których śpiewały fontanny, rosła gmatwanina najbardziej wonnych roślin śródziemnomorskich, spośród których wytryskiwały czasem w górę krzaki róż lub długie pióra janowca hiszpańskiego. Oczywiście był tu mądrze zagospodarowany warzywnik, obsadzony z wielką starannością, osłaniany od wiatru przez cyprysowe żywopłoty, ale cała reszta zdawała się dziełem genialnego i zarazem szalonego ogrodnika.