Выбрать главу

Co za dziwny chłopak! Francesco poczuł się zmieszany tym połączeniem cynizmu i niewinności, tą feudalną psychiką pełną namiętności i uporu, zdolną wszystko poświęcić dla swego władcy i osobistych pragnień, gotową jednak zapłacić stosowną cenę, choćby nawet cenę życia...

 Co zamierzasz zrobić? Jeszcze nie wyraziłem zgody na twój plan, panie.

- Ale zrobisz to. Wiedz, że jestem gotów na wszystko, by dostać Fiore, żeby została moją żoną. Póki żyję nie będzie należeć do nikogo poza mną.

- Jak daleko się posuniesz? Czy aż do poinformowania wszystkich o jej prawdziwym pochodzeniu? Natychmiast rozszarpano by cię na strzępy...

- Być może, ale ty, panie, już byś się z tego nie podźwignął. Byłbyś zmuszony zamknąć ją w klasztorze. Lepiej będzie, jeśli się zgodzisz, panie Beltrami, dobrze o tym wiesz. W ten sposób będziesz pewien, że nigdy cię nie opuści. To powinno się dla ciebie liczyć... zgaduję to z wyrazu twoich oczu.

 Francesco poczuł, że się czerwieni. Ten mężczyzna odgadł jego słabą stronę. Rzeczywiście, czuł niechęć na myśl o tym, że pewnego dnia jego ukochana córka odejdzie, być może daleko od niego, u boku małżonka, który nigdy nie będzie umiał jej tak kochać, jak kochał ją ojciec... Wiedział już, że burgundzki rycerz wygrał, ale jeszcze nie chciał ustąpić.

- Straszliwa jest twoja miłość, hrabio! Nie mam żadnego powodu, by przypuszczać, że moja córka mogłaby ją zaakceptować. A zmuszać jej nie będę...

- Dlaczego jej nie zapytasz? Jeśli się zgodzi...

- Wówczas i ja się zgodzę - powiedział Beltrami z powagą –wiedz jednak, zostaniesz związany przyrzeczeniem, którego nie będziesz mógł złamać w przypadku, gdybyś... kiedyś zmienił zdanie.

 Znowu mówisz jak kupiec! - powiedział Selongey z pogardliwym uśmiechem. - Wiedz, że mam tylko jedno słowo, panie Beltraml. Kiedy już je dam, nigdy go nie łamię...

- W takim razie chodźmy do mnie!

 Ramię przy ramieniu szli ulicami. Francesco prowadził za uzdę konia, którego zostawił przy bramie domu kupieckiego. Nigdy tak wiele nie chodził pieszo jak po przyjeździe do Florencji, bo mieszkańcy tego miasta zdawali się woleć spacery od wszelkich środków lokomocji. Wprawdzie ulice, środkiem brukowane, z rynsztokami po bokach, były prawie zawsze czyste, ale zdumiewał widok najmożniejszych w mieście ludzi kroczących z nie większym ceremoniałem od gminu. Zamiłowanie to musiało wynikać z ogromnego powszechnego upodobania do rozmów. Nigdy nie było wiadomo ile czasu zajmie przejście z jednej ulicy na drugą, gdyż nikt nie wiedział, kogo spotka ani ile minut mu poświęci.

Między Mercato Nuovo i pałacem na brzegu Arno Bur-gundczyk ponad dwadzieścia razy usłyszał, jak przechodnie pozdrawiają jego towarzysza.

- Dobrej nocy, panie Francesco! Niech Bóg ma cię w swojej opiece i niech cię nadal darzy przychylnością! Pokłon panu Beltramiemu i wszystkim, których kocha!... Formułki były różne, ale wszystkie wyrażały szacunek, a nawet przywiązanie.

- Nie wiedziałem, że jesteś tak popularny, panie - zauważył Selongey - lecz jak to się dzieje, że wszyscy mówią tu sobie „ty"?

- Czy w Rzymie mówiono sojeie „pan"? Łacina nie zna tej formy, a jest tutaj nadal językiem poetów i uczonych. Nasz potoczny język jest tylko pochodną łaciny, podobnie zresztą jak język francuski, i pan Lorenzo, który

zaczął pisać wiersze w dialekcie toskańskim, próbuje mu nadać dyplom szlachecki. Na pewno mu się to uda, gdyż jest wielkim artystą w każdej dziedzinie...

- Czy jest nim również w polityce? Wątpię w to. Poważnym błędem jest odmawiać wszechmocnemu księciu Burgunda.

- Nie chciałbym sprawić ci przykrości, panie de Selon-gey, ale jeszcze większym błędem byłoby zerwanie sojuszu z królem Ludwikiem Francuskim, który jest być może najbardziej przenikliwym politykiem naszych czasów!

- Ten godny politowania jegomość? - zapytał pogardliwie hrabia. - On nie jest rycerzem.

 - Kiedy ponosi się odpowiedzialność za królestwo, które przez sto lat znajdowało się pod angielską okupacją, lepiej być wielkim dyplomatą niż rycerzem bez skazy. Królowi Ludwikowi nie brak odwagi. Wiele razy to udowodnił.

- Widzę, że bardzo go podziwiasz, panie. Czy mogę ci poradzić... jako przyszły zięć, byś zmienił swe sympatie, póki czas? W lipcu ubiegłego roku król Anglii Edward IV podpisał z księciem Karolem traktat, w którym Anglik zobowiązuje się powrócić ze swym wojskiem do Francji, a Burgundia dołączy do niego z dziesięcioma tysiącami ludzi przed pierwszym lipca tego roku. Ludwik zostanie starty na proszek, a Edward koronowany w Reims na króla Francji jak nakazuje rozsądek.

- Ale nie historia! Czy twój pan pozwoliłby Anglikowi założyć koronę Ludwika Świętego, od którego sam pochodzi? Byłby to, moim zdaniem, poważny błąd. Swego czasu uznanie młodego Henryka ze szkodą dla Karola VII nie przyniosło szczęścia Filipowi Dobremu... Bóg mógłby zesłać następną Joannę d'Arc... a w każdym razie niedobrze jest się pomylić co do króla. Ludwik XI nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Bądź pewien, źe pan Lorenzo doskonale zdaje sobie z tego sprawę... i odmówił pomocy twemu władcy!

- No cóż, popełnił błąd! Pomyśl, że nawet rodzona siostra Ludwika XI, księżna Jolanta Sabaudzka, jest sojuszniczką Burgundii, na korzyść której zawarła sojusz z księciem Mediolanu, waszym sojusznikiem.

 - Ale nie przyjacielem! Ładnego będziecie mieli sprzymierzeńca! Galeazzo-Maria do lekkoduch, ze Sforzów mający jedynie nazwisko, i w niczym nie przypominający swego ojca, wielkiego Francesca, przyjaciela Ludwika XI. Wszystkie myśli Mediolańczyka krążą wokół jego faworyty, pięknej Lucii Marliani, a w listach pisanych do pana Lorenza mówi tylko o pewnym jasnym rubinie należącym do Medyceuszy, który pragnie zdobyć dla swej kochanki. Twojego księcia czeka wiele niespodzianek...

- Któż ich nie ma, gdy w grę wchodzi kobieta? Uświadomiwszy sobie naraz, co powiedział, Selongey zaczerwienił się i zamilkł. Dochodzili do bramy pałacu pana Beltramiego, oświetlonej przez dwie pochodnie umieszczone w żelaznych obudowach. Języki ognia wyginały się i rozdzielały na zimnym wietrze dmuchającym po ulicach. Francesco uniósł ciężką kołatkę z brązu przedstawiającą głowę lwa, która opadając wydała donośny i głęboki dźwięk. Służący otworzył drzwi; Francesco usunął się, aby przepuścić nieoczekiwanego gościa.

- Teraz pozostaje tylko dowiedzieć się, którego z nas dwóch czeka niespodzianka - powiedział poważnie.

Zbliżała się pora kolacji i Fiora czekała na ojca w wielkiej sali, gdzie przed płonącym na kominku ogniem nakryto do stołu. Siedząc przy szachownicy, wykonanej z hebanu, kości słoniowej i złota, grała z Khatoun w głębokim skupieniu, którego wymagała ta naj przemyślniej sza z gier, i nie słyszała lekkiego skrzypnięcia drzwi, otwierających się przed dwoma mężczyznami. Tylko haftująca obok Leonarda podniosła głowę, ale Belframi gestem nakazał jej milczenie, aby przez chwilę podziwiać uroczy obrazek, jaki tworzyły zatopione w grze dziewczęta...

 Ogień kładł się żywym blaskiem na lśniących warkoczach Fiory, na złotym klejnocie zdobiącym jej czoło, na załamaniach fałd sukni z ciemnoczerwonego jedwabiu. Jej czarne, lekko podwinięte rzęsy rzucały delikatny cień na aksamitne policzki, a białe zęby, którymi przygryzała smukły palec, błyskały chwilami między świeżymi wargami. Siedząca naprzeciw niej Khatoun, ubrana w tunikę i welon w wesołym, niebieskim kolorze, podobna była do małego bóstwa opiekuńczego z orientalnej baśni.