Z sercem ściśniętym nagłym niepokojem Beltrami zapragnął przedłużyć w nieskończoność minutę ciszy, tę chwilę światła, która chroniła jeszcze jego spokój szczęśliwego ojca. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, jakim płonącym wzrokiem cudzoziemiec patrzy na jego córkę. Czy to możliwe, by ledwo wyszedłszy z dzieciństwa mogła wzbudzić namiętność w mężczyźnie?... Po raz pierwszy patrzył na Fiorę innym wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na gibkości talii, cudownej, podkreślonej lśniącą materią, krągłości piersi, jedwabistej delikatnie zaróżowionej skórze koloru kości słoniowej, smukłości dłoni przestawiającej kunsztowną figurę... Myśl, że jakiś mężczyzna mógłby rościć sobie prawo do posiadania tego cudu wdzięku i urody stała mu się nagle nieznośna. Poczuł gwałtowną chęć zawołania służby w celu wyrzucenia z domu zuchwałego zalotnika... ale Khatoun zauważyła obu mężczyzn i wskazała ich gestem. Fiora podniosła oczy i wstała z fotela...
- Ojcze - powiedziała z uśmiechem - zdaje mi się, że wracasz dziś bardzo późno i że...
Rozpoznała nagle Filipa, którego wysoka sylwetka wyłaniała się zza postaci Beltramiego i fala krwi zabarwiła jej policzki. Aby ukryć zmieszanie, ukłoniła się lekko.
- Nie wiedziałam, że mamy gościa - wyszeptała. - Powinieneś był nas uprzedzić.
- Wizyta moja jest całkowicie zaimprowizowana - powiedział łagodnie Filip - i błagam cię, pani, o wybaczenie, jeśli cię ona zaskakuje. Bardzo możliwe zresztą, że nie zagoszczę u ciebie... bardzo długo.
- Proszę nas zostawić, pani Leonardo - rzekł Beltrami krótko. - Ty również, Khatoun...
Z niemym pytaniem w oczach obie kobiety wyszły bez słowa, zostawiając Fiorę samą z dwoma mężczyznami. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Beltrami wziął córkę za rękę i poprowadził do fotela, z którego przed chwilą wstała.
- Usiądź, moje dziecko - powiedział łagodnie. - Mamy ci do powiedzenia coś ważnego... niezwykle istotnego dla twojej przyszłości...
- Wy... macie mi coś do powiedzenia? Obaj chcecie ze mną mówić?
- Właśnie...
Beltrami poczuł ściskanie w gardle i nerwowo przełknął ślinę. Nadeszła straszna chwila, na którą musiał się zgodzić, gdyż ten mężczyzna znał jego tajemnicę... Naraz zapragnął mieć to za sobą. Wszystko było lepsze od niepewności. Zresztą Fiora prawie nie znała Selongeya, nigdy nie zgodziłaby się go poślubić... Odmówi mu z uśmiechem, tak jak odrzucała hołdy Luki Tornabuoniego. Czyż nie spostrzegł niedawno, że zdawała się być zakochana w Giulianie? Donośnym głosem wyrzucił więc z siebie:
- Obecny ty pan Filip de Selongey przybył dziś wieczorem poprosić mnie o twoją rękę...
Zaledwie wymówił te słowa, zapragnął je cofnąć. Fiora przyjęła je z ogromnym zaskoczeniem, ale natychmiast jakiś blask pojawił się w jej oczach, blask, który sprawił mu ból.
Selongey szybko uklęknął przed nią.
- Nie ma nic, czego pragnąłbym bardziej - rzekł dźwięcznym głosem. - Twój ojciec, Fioro, nie powiedział o tym, że cię kocham i zawsze będę kochać tylko ciebie.
- Zawsze?... Tylko mnie?
- Póki będę żył! Daję na to rycerskie słowo honoru przed Bogiem, który przyjmie naszą przysięgę, jeśli zgodzisz się zostać moją żoną!
Fiora spojrzała na skierowaną w jej stronę dumną twarz, w oczy, których płomień ją spalał, usta, których pocałunek miała w pamięci, dużą dłoń wyciągniętą w jej stronę. Poszukała spojrzenia ojca, ale Beltrami odwrócił wzrok. Filip dorzucił zresztą, ciszej, lecz bardziej namiętnie:
- Odpowiedz, Fioro! Czy chcesz zostać moją żoną? Ogromna radość opanowała serce dziewczyny. Była jak jedna z tych wielkich, błękitnych fal, rozkosznych i ciepłych, w których kąpała się w Livorno pewnego letniego dnia. Sen, rozpoczęty pod surowym sklepieniem Santa Trinità, znalazł kontynuację, i tym razem nigdy, przenigdy się nie skończy! Wdzięcznym, spontanicznym ruchem podała obie dłonie Filipowi:
- Tak - powiedziała zdecydowanie - tak, chcę! Francesco Beltrami zamknął na chwilę oczy, by nie widzieć jak Filip czule całuje drobne palce dziewczyny będącej teraz jego narzeczoną. Wszystko zostało powiedziane i należało doprowadzić rzecz do końca. To dla niego przeznaczona była niespodzianka... Klasnąwszy naraz w dłonie zawołał silnym głosem:
- Wina! Niech przyniosą wina!
Czyż nie należało uczcić rychłego ślubu Fiory? Jednak po raz pierwszy, od bardzo długiego czasu, Francesco Beltrami miał ochotę płakać...
Rozdział CZWARTY
NOC W FIESOLE
Dwa dni później, o tej samej porze, Fiora czekała z bijącym sercem na chwilę, gdy zostanie połączona na zawsze z mężczyzną, którego pokochała i który wtargnął do jej życia jak huragan. Wszystko stało się tak szybko, że trochę kręciło się jej w głowie.
Oddając swą rękę Filipowi, myślała, że odbędą się uroczyste zaręczyny, po których jej przyszły mąż wyjedzie, by walczyć u boku swego księcia. Wróci, kiedy wojna się skończy, żebyją poślubić i wreszcie zabrać do swego kraju, aby przedstawić ją na dworze Wielkiego Księcia Zachodu. Wyobrażała już sobie wspaniałe wesele, godne jedynej córki bogatego Francesca Beltramiego...
Tymczasem rzeczywistość nie przypominała jej marzeń z dzieciństwa, nic nawet nie miało się odbyć zgodnie z tradycją. Nie będzie uroczystej kolacji z okazji przekazania pierścionka - symbolu wzajemnego przyrzeczenia - ani wymiany podarunków. Młodzi chłopcy nie przeciągną w poprzek ulicy wstęgi lub girlandy kwiatów, najurodziwszy z nich nie poda jej bukietu, a narzeczony nie zerwie kruchej przeszkody. Nie będzie orszaku dam, eskortujących pannę młodą aż do Duomo, ni dźwięku trąbek, obwieszczających triumf miłości z loggii del Bigallo przy Baptysterium. Nie będzie wielkiego bankietu przy dźwiękach muzyki i orzechów rzucanych na posadzkę przed weselną sypialnią dla zagłuszenia tego. co się w niej dzieje, ani żartów, śmiechów, śpiewogier ku rozweseleniu towarzystwa, ani pieśni...
Wszystko odbędzie się w wielkiej willi Beltramiego w Fiesole, w nocy, w tajemnicy, aby Medyceusze nic nie wiedzieli o tym małżeństwie, które mogło być sprzeczne z ich sympatiami i politycznymi wyborami. A poza tym Filip się spieszył. Za bardzo kochał Fiorę, by zgodzić się na opuszczenie jej, nie upewniwszy się wcześniej, że żaden inny mężczyzna nigdy mu jej nie zabierze...
- Tak samo byłoby po zaręczynach - zauważyła dziewczyna - nawet jeśli jedynym zobowiązaniem byłoby dane słowo, wystarczyłoby, byś mnie poprosił, żebym czekała. Czekałabym... całe życie.
- Być może będziesz na mnie czekać całe życie. Mogę zostać zabity, Fioro, i nigdy nie wrócić. Właśnie dlatego chciałem tego ślubu, którego bliskość może cię przeraża. Odjeżdżając chcę być pewien, że jesteś moja. Czy tak bardzo żal ci przepychu ślubu w świetle dnia?
- Żałowałabym przede wszystkim, gdyby nie było ci tak spieszno. Żałowałabym, gdybyś mnie nie kochał...
Wszystko zostało powiedziane. Od godziny Belframi i jego przyszły zięć siedzieli zamknięci w gabinecie z zaufanym notariuszem. Dyskutowali nad surowym kontraktem, który Belframi zamierzał zapewnić córce. Fiora w swej sypialni poddawała się zabiegom kobiet. Leonarda o twarzy bez wyrazu i Khatoun z rękami trzęsącymi się z podniecenia ubrały ją w obszerną suknię z białej satyny, całą wyszywaną złotem. W bujne, upięte do góry włosy wpięły szmaragdowe gwiazdy i wplotły cienką, złotą girlandę, a na brzegu dekoltu, między dziewczęcymi piersiami, Leonarda przypięła chimerę o szmaragdowych oczach. Rozpostarte skrzydła broszy wysadzane były takimiż kamieniami. Za chwilę włożą jej na głowę długi welon, poświęcony tego ranka, zgodnie ze zwyczajem, w pobliskim klasztorze...