Выбрать главу

Fiora chciałaby odbyć ten tradycyjny spacer z Filipem, podziwiać wraz z nim widoczne za jasną wstążką Arno -pociętą mostami, niemal bliskimi zawalenia pod ciężarem zgromadzonych na nich sklepików - bezładne plamy różowych dachówek na tle brunatnożółtych, jasnoszarych lub mlecznobiałych murów. Był to jakby różnobarwny kobierzec, z którego wyłaniały się jak klejnoty: koralowa bulla, umieszczona na lśniącej markieterii Duomo, srebrna lilia, nigdy nie rozwijająca się do końca nad pałacem Seniorii, wieże z karneolu, o blankach przypominających motyle, oraz kampanile, podobne w wesołości swych wielobarwnych marmurów do wielkanocnych świec. Tu i tam przebijała świeża zieleń ogrodów, w których rozchylały się już glicynie i lilie, drzewa laurowe i kamelie. Nigdzie na świecie wiosna nie była piękniejsza niż we Florencji... Słodko byłoby podziwiać ją z dłonią w dużej i silnej dłoni męża, a później, u schyłku dnia, wrócić z nim do domu w blasku zachodzącego słońca, podobnego do tego w Fiesole i stanowiącego preludium do nocy miłosnej. Filip jednak był daleko, setki mil od jej ramion, a Fiora nie potrafiła nawet powiedzieć, gdzie on przebywa.

 Minęły już dwa miesiące, odkąd opuścił willę Beltra-miego, dwa miesiące, które mogłyby być równie dobrze dwoma wiekami, gdyż nigdy czas tak się Fiorze nie dłużył. Po dniach, które spędziła w swoim pokoju widując tylko przynoszącą posiłki Khatoun, nie pozwalając nawet, by zmieniono prześcieradła w łożu, w którym kochała się z Filipem, opamiętała się wreszcie. Leonarda powiedziała jej, że ojciec zamierzał wyjechać do Wenecji. Nie mogła pozwolić mu odjechać nie ucałowawszy go.

Kiedy weszła do jego pokoju i zobaczyła zwracającą się w jej stronę bladą twarz o smutnych oczach, jakiej nigdy u niego nie widziała, poczuła wstyd za siebie samą i swoje egoistyczne odosobnienie. Czy musiała go karać, bo jej własne szczęście odeszło? Kierując się więc odruchem dziecięcej czułości, padła mu w ramiona. Trwali w uścisku przez długą chwilę, płacząc każde z innego powodu, lecz w płaczu tym zjednoczeni...

- A więc aż tak go kochasz? - spytał Francesco słabym, bezbarwnym głosem. - Miłujesz do tego stopnia, że... już nie kochasz mnie?

- Nie kocham ciebie? Och, ojcze, mam nadzieję, że nigdy tak nie sądziłeś? Nikt nigdy nie zajmie w moim sercu miejsca należącego do ciebie. On to co innego... jest moim mężem. To nie to samo. Proszę cię, wybacz mi te trzy dni, ale nie chciałam, byś mnie zobaczył płaczącą...

- Ależ ty płaczesz w tej chwili, Fioro... i ja także. Nie sądzisz, że smutek jest łatwiej znieść, gdy można go z kimś podzielić?

- Dlatego właśnie wyjeżdżasz? Żeby go dzielić? Może chcesz mnie ukarać?

- Nie. Dlatego, że Lorenzo Medyceusz, odkrywszy moją przyjaźń z Bernardem Bembo, prosił mnie, żebym do niego pojechał na kilka dni. Nie proś mnie, żebym ci powiedział po co.

 Nie byłby zdolny tego uczynić. W rzeczywistości podróż ta była jedynie pretekstem, aby na jakiś czas oddalić się od Fiory. Próbował stać się znowu sobą z dala od jej przenikliwego wzroku. Pragnął nabrać pewnego dystansu i przyzwyczaić się do tej nowej Fiory, którą ujrzał w deszczu owego bolesnego poranka: rozpłomienionej i namiętnej, oddanej ciałem i duszą innemu...

Fiora zaś przyjęła ze skrywanym zadowoleniem to krótkie rozstanie. Odgadła, że jej małżeństwo nie było miłe ojcu. Nie sprawiłoby mu przyjemności słuchanie przez cały dzień, jak córka wychwala swego idealnego męża.

Beltrami wyjechał więc, a Fiora powróciła, jak tego pragnął, do pałacu na brzegu Arno. Całym sercem opiewała swą miłość do Filipa na użytek Leonardy i Khatoun. Później uspokoiła się. Po smutku spowodowanym rozstaniem i po okresie radosnego ożywienia Fiora oczekiwała na powrót męża, oby jak najszybszy, lub przynajmniej na wiadomość. Przebywała długie godziny w ogrodzie. Słuchając nucącej dla niej Khatoun, wpatrywała się w szeroką, złotą obrączkę z wygrawerowanym herbem Selongeyów, którą Filip wsunął jej na palec w chwili ślubu. Była za luźna, a ponieważ Fiora nie mogła oddać jej złotnikowi do zmniejszenia ani nosić publicznie, nawlokła ją na złoty łańcuszek, cienki i długi, pozwalający ukryć wisior pod suknią. Obrączka spoczywała między jej piersiami; jeśli nie mogła jej wyjąć, lubiła przyciskać do niej dłoń, aby wyczuć obecność pamiątki.

Kiedy Francesco powrócił z podróży, podsunęła mu do pocałunku pogodne czoło i życie w domu Beltramiego potoczyło się jak w przeszłości. Tylko Leonarda westchnęła z ulgą, stwierdziwszy, że upłynął ponad miesiąc, a młoda żona nie objawiała żadnych oznak przyszłego macierzyństwa...

 Chiara uszanowała przez chwilę zamyślenie przyjaciółki. Ona sama też zresztą chciała zebrać myśli. Wykorzystała czas, by powiększyć trzymany w dłoniach spory bukiecik fiołków. Uznawszy, że cisza trwa wystarczająco długo, rzuciła okiem na Leonardę i Co-lombę, które siedziały pod pinią zatopione w rozmowie, mając dłonie zajęte haftem. Wsunęła ramię pod rękę przyjaciółki:

- Cóż się tak rozmarzyłaś? - spytała wesoło. - Przyglądasz się naszemu miasteczku, jakbyś je widziała po raz ostatni.

- Powinnaś powiedzieć: jakbyś je widziała po raz pierwszy. Często przyjeżdżałyśmy tu o tej porze, ale w tym roku Florencja ma szczególny urok. Nawet mury i wieże zdają się przyczyniać ogólnego piękna. Chciałabym...

Być tu z kimś innym niż stara przyjaciółka! Tak właśnie myślałam:

nie jesteś już zakochana w Giulianie, ale w kimś innym... kto jest daleko! Stawiam na pana Filipa de Selongeya!

Nieoczekiwanie wypowiedziane nazwisko, będące teraz jej własnym, wywarło na Fiorze tak silne wrażenie, że drgnęła i mocno poczerwieniała.

- Mów ciszej, proszę cię! Albo lepiej nie mów nic!

- Więc to aż tak poważne? - wyszeptała przyjemnie zaskoczona Chiara. - Wybacz mi! Myślałam, że to tylko przelotna miłostka, z tych, co przychodzą i przemijają z wiatrem jak twój pociąg do Giuliana. Wiesz chociaż, czy jeszcze kiedyś go zobaczysz?

 - Sądzę, że tak - rzekła Fiora, uśmiechając się raczej do swoich myśli niż do przyjaciółki. - Porozmawiajmy o czymś innym! Zresztą, czy już nie pora wracać? Zerwanych kwiatów starczyłoby dla dwóch lub trzech kościołów!

Miały bowiem zwyczaj ofiarowywać co roku zebrane kwiaty kościołowi Santa Maria del Fiore, dołączając do pachnącej ofiary hojną jałmużnę dla biednych dzieci, którymi opiekowali się księża z katedry. Zamierzały więc przyłączyć się do Colomby i Leonardy, również szykujących się do powrotu, kiedy nagle Fiora zatrzymała przyjaciółkę.

- Poczekaj! - powiedziała zduszonym głosem...

- Co się stało? Źle się czujesz?

- Nie... nie, ale czuję coś dziwnego... Przed chwilą powiedziałaś, że patrzyłam na miasto jakbym je widziała po raz ostatni...

 Rzeczywiście... ale to był żart. Powiedziałam tak, bo patrzyłaś tak zachłannie... jakbyś chciała pochłonąć widok wzrokiem. A ty odpowiedziałaś...

- Wiem... ale teraz zastanawiam się, czy nie miałaś racji. Coś mi mówi, że... nigdy już tu nie wrócę!

- Co za szaleństwo! Myślisz jeszcze o przepowiedni tego greckiego lekarza?

- Nie. Przysięgam, że nie... nawet o tym nie myślałam... ale miałam przeczucie, że Florencja nagle stanie mi się wroga... odrzuci mnie; mnie, która tak bardzo ją kocham!

 - Bo ośmielasz się kochać cudzoziemca, podczas gdy tylu jej synów wzdycha do ciebie? Odpędź podobne myśli! Za bardzo stroniłaś ostatnio od ludzi. Dobrze zrobiłby ci jakiś wielki bal. Mogłabyś roztoczyć cały twój urok i wielki Medyceusz znowu prosiłby cię do tańca! Spójrz! Oto właśnie to, czego ci potrzeba!