- Zostawmy ją - westchnęła Leonarda. - Na pewno będzie płakać aż do wyczerpania. W takim wypadku czułość Khatoun będzie lepszym balsamem niż wszystkie nasze tłumaczenia. Musimy jednak wrócić do donny Hieronimy. Cóż zamierzasz uczynić, panie Francesco?
- Masz rację. Trzeba zapomnieć o przeszłości i myśleć o przyszłości. Obawiam się, że niewiele będziesz spała tej nocy, pani Leonardo. Przygotujesz bagaże Fiory i twoje. Muszą być gotowe do zabrania w każdej chwili. Nie przerywaj mi, pani! Wyjedziesz z Fiorą i Khatoun pod opieką dwóch służących: Jacopa, syna starego Rinalda, i jego kuzyna Tommasa, zapowiadając, że wyjeżdżacie, aby pomodlić się w pustelni w Vallombrosa. Kiedy wyjedziecie za bramę, zboczycie z drogi, aby dotrzeć do Livorno, gdzie dostaniecie się na pokład „Santa Maria del Fiore". Dam wam list do kapitana. Tam będziecie czekać na wiadomości ode mnie. Weźcie mało rzeczy, tyle ile potrzeba damom wyjeżdżającym na jeden dzień. Prześlę wam resztę...
- Jedziemy z samego rana?
- Nie. Poczekacie na mój powrót aż do południa. Jutro rano udam się do pałacu na via Larga, spotkam się z Lorenzem Medyceuszem i powiem mu o wszystkim, poza małżeństwem Fiory. Jest władcą, i w końcu każdy tutaj jest mu posłuszny. Poza tym lubi opowiadania o miłości. Może go wzruszę...
- W takim razie, po co wysyłasz nas do Livorno?
- Ponieważ nie jestem pewien jego pomocy. To człowiek nieodgadniony. Raz jest chodzącą dobrocią, to znów wcieleniem najzimniejszego okrucieństwa. Jest wielkim politykiem, więc wybiega myślą daleko w przyszłość, i nigdy nie wiadomo, jak przyjmie czyjąś prośbę... lub spowiedź. To często zależy od miejsca, jakie ta sprawa może zająć w układanej przezeń mozaice politycznej. Być może ucieczka nie będzie konieczna, a może będziecie musiały opuścić miasto jak najszybciej. Proszę tylko, żebyście były gotowe.
- Będziemy, nie obawiaj się.
- To dobrze! Przyjdź do mnie po kolacji. Omówimy pewne leżące mi na sercu sprawy. Muszę wziąć pod uwagę to... że już nie zobaczę Fiory. Jest w takiej sytuacji, że łatwo może ściągnąć na siebie klątwę Kościoła.
- Sądziłam, że Kościół mało znaczy dla pana Lorenza -powiedziała Leonarda z sarkazmem. - Dla niego tylko filozofowie, poeci i bogowie greccy zasługują na otaczanie czcią...
- ... ale zdarza mu się szukać schronienia w jednej z cel San Marco, choć podejrzewałem, że przebywa tam tylko po to, aby swobodnie podziwiać boskie malowidła Angelica, bo za każdym razem prosi o inną celę. Pozostaje jednak faktem, że się tam udaje, okazuje wiele pokornego szacunku przeorowi i utrzymuje jak najlepsze stosunki z biskupem. Musimy być przezorni...
Po kolacji zjedzonej tylko w towarzystwie Leonardy, Francesco Beltrami zamknął się z nią w studiolu, gdzie świeca paliła się przez większą część nocy. Przed trudną do rozegrania partią najbogatszy po Medyceuszach człowiek we Florencji porządkował swe sprawy w towarzystwie spotkanej niegdyś przypadkiem starej panny, będącej teraz być może jedyną osobą na świecie (nie licząc córki), do której miał całkowite zaufanie.
Tymczasem Fiora, nie uroniwszy ani jednej łzy, leżała na łóżku z szeroko otwartymi oczami i myślała. Opowieść ojca sprawiła, że nagle legło w gruzach całe jej dzieciństwo, przekonania, marzenia i nadzieje. Sądziła, że jest córką jednego z najbogatszych ludzi w Europie, a była jedynie owocem wyklętej miłości, wierzyła w miłość mężczyzny, a mężczyzna ten chciał tylko jej ciała i posagu. Będąc zamężną, nie miała prawa nosić nazwiska męża, bo nią gardził tak, że wolał śmierć od życia u jej boku. Uważał się za nieustraszonego rycerza bez skazy, nosił na szyi Order Złotego Runa - przedmiot westchnień wielu książąt - a tymczasem bezlitośnie wykorzystał jej miłość, niewinność i zaufanie. Wyjechał, nawet nie pocałowawszy jej na pożegnanie, wiedząc, że nie wróci, i że ta żona na jedną noc będzie go oczekiwać bez końca, aż wypłacze oczy i posiwieje. Obudził w niej namiętność, upodobanie do miłości, ale zgodził się dać jej tylko jedną noc w zamian za ogromny stos złota, które pospieszył zawieźć swemu ukochanemu władcy. I to władcy, który ongiś nie miał litości dla swego " młodocianego giermka, pozwolił mu umrzeć wraz z ukochaną na pokrytych czernią deskach szafotu!
W miarę jak płynęły godziny pełnej rozpaczy nocy, Fiora przechodziła powolną i gorzką naukę nienawiści. Khatoun, zmęczona bezowocnymi próbami wydobycia z niej choć słowa, usnęła zwinąwszy się w kłębek w nogach wielkiego łoża, z bezużyteczną lutnią w ramionach. Wydawała się tak mała, krucha i zagubiona, że Fiora wzruszona wstała, aby przykryć ją ciepłym szalem. Postanowiła swą czułość zachować dla słabych i potrzebujących pomocy.
Około pierwszej w nocy Leonarda weszła do sypialni na palcach myśląc, że zastanie dziewczynę śpiącą, wyczerpaną płaczem. Podskoczyła, zobaczywszy Fiorę w żółtym świetle świecy, stojącą obok łoża niczym biała zjawa...
- Nie śpisz, pani? - spytała trochę nieprzytomnie.
- Zdaje mi się, że to oczywiste...
- Chodź więc mi pomóc, Khatoun też...
- Pozwól jej spać! Dużo płakała tego wieczora...
- Można by powiedzieć, że więcej niż ty, Fioro? A jednak...
- Nie mogę płakać. Nawet chciałabym, myślę, że dobrze by mi to zrobiło, ale to niemożliwe. Mam wrażenie, że moje serce nagle wyschło - powiedziała żałosnym głosem. -Może to dlatego, że już nie wiem, kogo czy co mam opłakiwać: podle zgładzonych rodziców, ojca w niebezpieczeństwie, siebie samą, bo...
- ... bo jesteś w niebezpieczeństwie tak jak on! Pofilozofujemy nad zaletami płaczu i korzyściami z niego wynikającymi innym razem. Tej nocy mamy lepsze zajęcie...
Wyszła za drzwi i wróciła, ciągnąc za sobą podróżny kufer ze skóry nabijanej gwoździami, który ustawiła pośrodku sypialni; wróciła po następny, później po trzeci i w reszcie po czwarty, dużo mniejszy, który można było łatwo przytroczyć do siodła...
- Co zamierzasz zrobić? - spytała Fiora.
- Zapakować twoje rzeczy, pani. Jutro w południe wyjeżdżamy do Livorno, gdzie będziemy oczekiwać wieści od twego ojca...
Wkładając do kufrów suknie, płaszcze, bieliznę i buty Fiory, Leonarda powiadomiła ją o decyzjach Beltramiego: powinna znajdować się z dala od Florencji w chwili, gdy Hieronima złoży na nią doniesienie.
Fiora starała się pomagać, ale myślami najwyraźniej była gdzie indziej.
Leonarda wyrwała jej z rąk suknię i sama ją zapakowała.
- Zrobię to sama! Tak będzie szybciej!
- Ale jeśli ojciec nie przyjedzie do Livorno, to co zrobimy?
- Kapitan „Santa Maria del Fiore" otrzyma rozkazy. Jeśli w ciągu czterdziestu ośmiu godzin pan Beltrami nie dołączy do nas, będzie musiał postawić żagle i zawieźć nas do Francji. To będzie długa podróż, ponieważ popłyniemy przez morze i rzekę aż do Paryża. Zamieszkamy u mlecznego brata twego ojca Agnola Nardiego, który prowadzi przedstawicielstwo firmy. A później zobaczymy... Teraz spieszmy się...
- To niepotrzebne. Nie chcę opuszczać ojca. Wyjedziemy z nim albo wcale.
Zapiawszy rzemienie jednego z kufrów, Leonarda wyprostowała się i z dłońmi na obolałym krzyżu zapytała:
- Kochasz ojca, pani?
- Co za pytanie! Oczywiście, że kocham!
- Więc bądź mu posłuszna, nie starając się demonstrować, jaka z ciebie bohaterka! Myśli, że to, co postanowił, będzie najlepsze. Nie sądzisz, że jest wystarczająco nieszczęśliwy z powodu tego demona w spódnicy, zamierzającego ukąsić go w samo serce? Nie sądzisz, że dosyć się niepokoi?
- Nie chcę pogłębiać jego trosk, ale czy nie byłoby lepiej uciec razem?