Выбрать главу

Grek wyciągnął z rękawa nóż o szerokim, spiczastym ostrzu i rękojeści z wypolerowanego rogu, bez żadnych cech charakterystycznych, na który Leonarda spojrzała z odrazą.

- Wyciągnąłem ten nóż z rany; pozwól, bym go zatrzymał, pani. Nie sądzę, aby oglądanie go było przyjemne dla donny Fiory...

- Ja również tak myślę. Ale dlaczego chcesz go zatrzymać, panie? Wkrótce na pewno przyjdzie burmistrz. Czy to nie jemu należałoby go oddać?

- Nie wiedziałby, co z nim zrobić, gdy tymczasem ja sprawię, że przemówi. Narzędzie zbrodni może powiedzieć więcej, niż przypuszczasz, pani.

- W takim razie weź go! Jeśli ci się uda zatrzymać tego nędznika, wszyscy będą cię błogosławić...

Nie odpowiadając, zawinął ponownie nóż w chusteczkę i ukrył w rękawie. Potem podszedł do Fiory, zbyt pogrążonej w bólu, by zauważyła jego obecność. Pochylił się i położył na jej ramieniu dłoń, pod której mocnym uściskiem młoda kobieta wyprostowała się. Zwróciła w jego stronę zmienioną od płaczu twarz i niewidzące spojrzenie.

- Czego chcesz ode mnie?... Czy nie mogę płakać w spokoju?

 - Muszę z tobą porozmawiać - powiedział Demetrios w dialekcie toskańskim, gdyż i ona posłużyła się tym językiem. - Przypomnij sobie! Powiedziałem ci, że jeśli będziesz potrzebowała pomocy, możesz mnie wezwać...

- Przypominam sobie. Grecki lekarz? Mówią, że jesteś uczonym, ale nie możesz wskrzesić mojego ojca, a nic poza tym mnie nie obchodzi.

- Istotnie, nie jestem Bogiem, ale moja moc jest większa niż sądzisz. Jak powiedziałem, nie masz czasu na płacz. Musisz prędko uciekać, gdyż grozi ci niebezpieczeństwo ze strony pewnej kobiety...

Fiora podniosła się i stanęła naprzeciw niego.

- Skoro wiesz wszystko, to pewnie możesz sprawić, aby ta kobieta mi nie szkodziła? Czyż nie dopięła swego? Jestem pewna, że to ona nasłała mordercę...

- Nie mogę zatrzymać wydarzeń, które już zaczęły się toczyć. Zresztą, jestem w tym mieście obcy. Znam jednak jego niestałość. Jutro możesz mieć tylu wrogów, ilu dziś masz przyjaciół. Wyjedź więc! Choćby po to. by mieć czas do namysłu.

- Miałyśmy wyjechać w południe - powiedziała Leonarda.

 - Ja postanowiłam nie wyjeżdżać bez ojca - rzekła Fiora, ocierając machinalnie oczy i twarz. - Wybacz, że zmieniłam zdanie, droga Leonardo, ale właśnie cię szukałam, aby ci o tym powiedzieć, kiedy... to się stało. Teraz może już nie będę mogła wyjechać. Mówisz, że miasto może obrócić się przeciwko mnie? Być może, ale zrobiłoby to na pewno, gdybym wyjechała, pozostawiając obcym ciało ojca. Jako kochająca córka chcę oddać mu ostatnią posługę... i pomścić go!

- Jeśli przytrafi ci się nieszczęście, jak zdołasz doprowadzić zemstę do końca? Uciekaj!

- Nie. Zostanę. Później, kiedy mój ojciec będzie mógł spocząć w pokoju, na pewno wyjadę, gdyż nie tylko tutaj mam rachunki do wyrównania.

Przerwało jej wejście starego Rinalda. Zapowiedział on przybycie gonfaloniera sprawiedliwości, który w chwilę później wkroczył do pokoju. Cesare Petrucchi był niskim i krępym mężczyzną około sześćdziesiątki, noszącym z rozmyślonym majestatem szkarłatną szatę przynależną jego stanowisku. Urodzony w bardzo starej rodzinie, pochodzącej z Sieny, zdołał dzięki uporowi i całkowitemu brakowi skrupułów wspiąć się aż do Signorii, gdzie, jak wiadomo, utrzymywał się zastraszając innych. Trzymał signorów w garści od czasu pewnej rady, kiedy to nie mogąc uzyskać rozstrzygnięcia zawiłej sprawy, kazał sobie przynieść klucze od sali i usiadł na nich zapowiadając, że nikt nie wyjdzie, dopóki wynik glosowania nie będzie właściwy.

Zgodził się jedynie karmić kolegów aż do chwili, gdy położą kres swym wątpliwościom...

Fiora wiedziała, że nie lubił jej ojca, któremu zazdrościł majątku. Choć nie ośmielał się formułować konkretnych oskarżeń, byłby szczęśliwy, mogąc mu cokolwiek zarzucić. Wiedziała również, że nie doczeka się u niego współczucia czy jakiejkolwiek pomocy, i że Francesco Beltrami gardził nieco gonfalonierem sprawiedliwości, a w każdym razie nie ufał mu.

 Petrucchi wszedł, poprzedzony przez straż ubraną w zielone opończe w kolorze Signorii. Fiora ukłoniła się, jak przystało, i czekała, aż przemówi. Dostojnik najpierw oddał pokłon zmarłemu, a potem podszedł bliżej, aby mu się przyjrzeć.

- Czy schwytano mordercę? - spytał z powagą.

- Nie, dostojny panie - odpowiedziała Fiora. - Wszyscy w tym domu pokładają teraz całą nadzieję we florenckiej sprawiedliwości, której jesteś uosobieniem!

- Możesz być pewna, że stanie się zadość sprawiedliwości, której się domagasz. Czy twój szanowny ojciec, niech go Bóg ma w swojej opiece, miał jakichś wrogów?

- Czy nie ma ich każdy bogaty człowiek? Nie przypuszczaliśmy jednak, by mógł się znaleźć ktoś tak nikczemny, aby śmiertelnie ugodzić człowieka, który przez całe życie starał się czynić dobro. Człowieka...

Głos jej załamał się. Ta przymusowa protokolarna komedia była dla niej nie do zniesienia. Nie można było tego uniknąć, gdyż „dostojny pan" należał do ludzi, którzy przywiązywali wielką wagę do zewnętrznych przejawów swego stanowiska. Petrucchi, nie przejmując się bólem Fiory, zwrócił się do Demetriosa Lascarisa, który niewzruszenie, z dłońmi w rękawach, mierzył go wzrokiem:

- Co ty tu robisz? - spytał cierpko urzędnik. - Czy należysz do rodziny?

Czy jesteś bliskim przyjacielem?

 - Ani jednym, ani drugim, dobrze o tym wiesz, dostojny panie - odpowiedział lekarz z nutą sarkazmu w głosie. -Przybyłem tutaj, porwany przez tłum, którego okrzyki zresztą jeszcze możesz usłyszeć. - Istotnie, z zewnątrz dobiegał zgiełk świadczący o tym, że przed pałacem Beltra-miego wciąż gromadzili się ludzie. - Tak się składa, że byłem na Mercato Nuovo, kiedy messer Beltrami został ugodzony nożem, i chciałem udzielić mu pomocy. Niestety, okazało się to zbędne, gdyż zginął na miejscu. Poza tym...

- Może powinniśmy cię przesłuchać? - przerwał Petruc-chi. - Jesteś cennym świadkiem...

- Ale nie będę mógł powiedzieć nic więcej niż wszyscy inni tam obecni. Pomyślałem, że dostojny pan Lorenzo byłby szczęśliwy wiedząc, że znalazł się jeden z jego przyjaciół, aby natychmiast pocieszyć sierotę, której ból budzi szacunek. W tej chwili donna Fiora bardziej potrzebuje przyjaciół niż urzędników.

Słysząc to podwójne odwołanie się do konwenansów i do potęgi Medyceusza, Petrucchi zrobił się tak czerwony jak jego szata. Wymamrotał kilka niewyraźnych słów współczucia i oddalił się z godnością. Jego stateczne kroki, mające wyrażać powagę prawa, odezwały się echem w galerii i ucichły. Fiora chciała pozostać sama; zwróciła się do Lascarisa:

- Dziękuję! - powiedziała szczerze. - Nie wiem, dlaczego tak się mną interesujesz, ale jestem ci wdzięczna... podobnie jak za to, co powiedziałeś temu zarozumiałemu osobnikowi.

- Nadal nie chcesz posłuchać mojej rady?

- Nie chcę ani nie mogę. Moja przyszłość jest w rękach Boga...