- Jak śmiesz wypowiadać podobne kłamstwa, gdy on jeszcze jest tutaj? Sądzisz, że nie wiem, co zostało powiedziane wczoraj w Sali Organowej?
Ojciec z pogardą odniósł się do tego związku, który go obrażał...
- ... ale na który nie mógł się nie zgodzić. Był na to zbyt inteligentny.
Jak tylko skończy się żałoba, ogłosimy zaręczyny.
- Nigdy! Nie możesz mnie do tego zmusić! Zwrócę się do pana Lorenza!
Hieronima nagle wybuchnęła śmiechem.
- Twój jaśnie pan nic na to nie poradzi. Jesteśmy jeszcze republiką, mimo ważnych min, jakie przybiera. Będzie musiał ustąpić przed wolą większości! Zobaczysz, zobaczysz... - powtarzała ze śmiechem.
Odkładając papier i węgiel, Botticelli blady z gniewu rzucił się, by wyciągnąć ją z pokoju.
- Oszalałaś? - zagrzmiał. - Ośmielasz się śmiać i odgrażać w pokoju zmarłego? To nie przynosi szczęścia, donno Hieronimo, powinnaś bardziej bać się gniewu bożego!
- Puść mnie, przeklęty pacykarzu! Wołanie o karę niebios pięknie pasuje do ciebie, żyjącego jak tobie podobni, w grzechu i rozpuście!
- Pewnie właśnie z tego powodu kościoły i klasztory wciąż składają u nas zamówienia. Wyjdź, nie czyniąc więcej hałasu, donno Hieronimo! Nikogo tu nie przekonasz, a zakłócasz spokój zmarłego!
Gniewnym ruchem Hieronima wyszarpnęła ramię z dłoni malarza, uporządkowała toaletę. Zmierzywszy wszystkich ciężkim od gróźb spojrzeniem, przekroczyła drzwi, szeroko otwarte przez Leonardę.
- Wkrótce znowu będę się śmiała, jeszcze głośniej niż dzisiaj, tutaj, w tym domu, i nikt mi nie przeszkodzi! Jeszcze się spotkamy, Fioro! I to niedługo!
- Już drugi raz tak się odgraża - zauważyła Chiara -śledząca tę scenę bez słowa. Jakie ma do tego prawa?
Fiora nie odpowiedziała od razu, wahając się jeszcze przed zwierzeniem dramatu swego pochodzenia. Badała wzrokiem miłą buzię przyjaciółki, próbując odgadnąć jej ukrytą naturę. Czy Chiara lubiła ją wystarczająco, by przejść nad tym do porządku dziennego, czy też odsunie się ze wstrętem? I nagle podjęła decyzję. Warto było zaryzykować tę próbę. Jeśli córka szlachetnych Albizzich jej nie sprosta, Fiora będzie po prostu trochę bardziej samotna w obliczu nieszczęścia, w którym z dnia na dzień bardziej się pogrążała. 1 - Chodź! - powiedziała. - Dowiesz się... Zapaliła świeczkę od płomienia jednej z dwóch gromnic i wyjęła klucz do studiola z kuferka, w którym ojciec miał zwyczaj go chować. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na białą powłokę, skrywającą niegdyś duszę tak dzielną i szlachetną, poprowadziła przyjaciółkę przez galerię słabo oświetloną palącymi się na dziedzińcu pochodniami w żelaznych uchwytach.
Drzwi otworzyły się bez skrzypnięcia, ukazując lśnienie cennych markieterii. Fiora wpuściła Chiarę, zamknęła starannie drzwi i podeszła do portretu. Jedną ręką zdjęła osłaniający go aksamit, a drugą oświetliła jasną twarz, która naraz jakby ożyła...
- Ależ - powiedziała Chiara - to ty!... A jednak to nie jesteś naprawdę ty... Może z powodu tych jasnych włosów. ..
- To ja pozowałam, zresztą nie wiedząc w jakim celu. Portret przedstawia moją matkę, Marię de Brevailles.
- Sądziłam, że nie znasz nawet jej imienia.
- Tak było. Poznałam je całkiem niedawno. Teraz, jeśli chcesz, opowiem ci jej historię. Po to cię przyprowadziłam... Chcesz?
Zamiast odpowiedzi Chiara usadowiła się na jednym z foteli, splotła dłonie i czekała, gdy tymczasem Fiora zapalała jedną po drugiej świece w wielkim lichtarzu.
- Po co tyle światła? - spytała Chiara.
- Ponieważ otworzę przed tobą krwawą otchłań. Jej mroki będą dzięki temu mniej gęste, nawet dla mnie. Pomyśl, że ojciec opowiedział mi o wszystkim zaledwie wczoraj. Teraz wydaje mi się, że zawsze wiedziałam...
- Czy naprawdę masz ochotę mówić? Jeśli wolisz, możesz to jeszcze zachować dla siebie.
- Nie. Powiem ci, ale nie usiądę przy tobie. Stanę tam, przy oknie, tak żebyś mnie nie widziała. Później... kiedy skończę, możesz opuścić ten pokój i ten dom, nie odwra-. cając się, jeśli to uznasz za stosowne!
- Ależ...
- Nic nie mów! Póki nie wiesz wszystkiego, nie masz pojęcia, co będziesz myślała później, a ja chcę zostawić ci swobodę. Dodam tylko, że jeśli odejdziesz, nie będę miała ci tego za złe!
Fiora oddaliła się powoli od kręgu światła. Jej czarna suknia wtopiła się w mrok pokoju. Chiara, poruszona, ścisnęła mocno dłonie i zamknęła oczy, czując lęk, którego nie umiała opanować. Ciepły i spokojny głos Fiory dobiegł ją jakby z mroku dziejów.
- Wszyscy tutaj myślą, że przyszłam na świat w ukryciu, wśród cienkich prześcieradeł, w jakimś francuskim zamku. Nic bardziej błędnego!
Otworzyłam oczy na słomie, w więzieniu w Dijon, gdzie moja matka czekała na śmierć... i nie jestem córką Francesca Beltramiego.
Nie zwracając uwagi na okrzyk zdumienia przyjaciółki, Fiora z zadziwiającą wiernością odtworzyła opowieść ojca, nie pomijając najmniejszego szczegółu. Opowiadana tym młodym głosem, na przemian stłumionym i dźwięcznym, tragiczna historia Marii i Jana de Brevailles nabrała barw o rzadkiej intensywności. Ze wzrokiem utkwionym w portrecie Chiara ledwie śmiała oddychać, zawieszona na tym głosie w mroku. Wskrzeszał przed nią płomień niezniszczalnej namiętności, płonący w szarzyźnie ponurej codzienności, ucieczkę ku nierealnemu życiu we dwoje, pościg, wreszcie wyrok śmierci i egzekucję z całą jej podłością, przeciwko której wyrosła nagła, wielka, wszechogarniająca miłość pewnego podróżnego. Młodej florentynce zdawało się, że słucha jednej z tych fantastycznych historii przedstawianych w ulicznych śpiewograch, ale tchnącej niekłamaną prawdą. Głos Fiory ucichł, lecz czar trwał jeszcze przez chwilę. Później zapadła cisza, tak głęboka, że stała się dla opowiadającej nie do wytrzymania. Ze ściśniętym gardłem czekała na werdykt, którego teraz się obawiała.
Chiara nie reagowała. Z zastygłą twarzą patrzyła w pustkę szeroko otwartymi oczami. Milczała. Nagle zerwała się z miejsca, a serce Fiory przestało bić... Zamiast jednak iść do drzwi, Chiara podeszła do przyjaciółki.
- Dlaczego myślałaś, że odwrócę się od ciebie?
- To chyba całkiem oczywiste?
- Nie dla mnie. Odpowiedz mi najpierw na jedno pytanie: co czujesz, gdy myślisz o swoich rodzicach? Wstyd?
- Nie... och, nie! Wielką litość, połączoną z czułością. Mam prawie tyle lat co moja matka w chwili śmierci i trudno mi wyobrazić sobie, że jestem jej córką. Rodzice są mi tak bliscy jak brat i siostra. Ludzi, którzy skazali ich na śmierć, nie mogę wspominać bez gniewu: nikczemnego męża, ojca, który nie tylko oddal córkę podłemu człowiekowi, ale w dodatku nie przeciwstawił się wyrokowi śmierci. I w końcu tych bezlitosnych władców, a szczególnie księcia Karola, któremu Jan de Brevailles służył wiernie, kochał jak...
Ugryzła się w język. Prawie powiedziała: „jak kocha go Filip"... Nie chciała mówić o mężczyźnie, z którym była związana małżeństwem opartym na kłamstwie, i szybko się poprawiła:
- Wobec wszystkich winowajców odczuwam tylko nienawiść i pragnienie zemsty...
- Zemsty? W jaki sposób? Książę Filip nie żyje, a nie wiesz nawet, czy żyją jeszcze pan du Hamel i twój dziadek.
- Nie nazywaj go w ten sposób! Nie ma do tego żadnego prawa. Póki żyję, Francesco Beltrami pozostanie dla mnie ojcem, jedynym, jakiego znałam i pokochałam. Sądzę jednak, że pewnego dnia, może już niedługo, pojadę do Burgundii, aby wyrównać rachunki. Jeśli Bóg jeszcze nie zdecydował o ich życiu, sama się tym zajmę. Zresztą, pozostał jeden winny: książę Karol!